Zakładam ten blog, by uczcić wydarzenie (dość ponure zresztą), które odmieni mój los. Tak przynajmniej twierdzi Gabriel i, prawdę mówiąc, nie mam powodów, by mu nie wierzyć.
Gabriel, czyli anioł (może nawet, he, he... archanioł) o zbyt pociągłej, czerwonej twarzy. Przechodzień. Trzeźwy alkoholik. I - na moje szczęście - były sanitariusz. Dlatego bez wahania i, co najważniejsze, tak skutecznie zajął się reanimacją
To właśnie on - z drugim, nadzwyczaj seksownym aniołem, zwanym również Andżelą znaleźli mnie wczorajszej nocy na jednym z przystanków. A potem przyjechali tu ze mną i czekali, aż się na dobre przebudzę, choć przecież jestem (byłam?) dla nich całkiem obcą osobą.
Prawdziwe anioły.
Bliskich, którym w ostatnich czasach odmawiałam bliskości, ani przyjaciół, z którymi nie miałam czasu się przyjaźnić, nie ma w tej chwili ze mną. Nie dlatego, że zwiedli. Po prostu nikt jeszcze nie wie, że tu jestem. Ponoć, gdy Gabryś i Endżi mnie znaleźli, nie miałam przy sobie żadnych dokumentów. Nic, co pomogłoby w identyfikacji. Jeszcze przed chwilą nikt nawet nie wiedział jak mam na imię. Ani personel szpitalny. Ani moje anioły. Obawiam się, że nawet ja tego nie wiedziałam.
O jednym jednak muszę w tym miejscu zapewnić. To nie była próba samobójcza. Po prostu... łyknęłam coś na uspokojenie, a potem zapomniałam o tym i narąbałam się jak bąk. Ot, skutek uboczny stosowanej przeze mnie „kuracji znieczulającej”. Brzemienny w skutki skutek.
Leżę więc w szpitalnym łóżku, a z moich pokłutych od wenflonów i zastrzyków rąk „wyrastają” przezroczyste żyłki, po których spływa jakaś ożywcza (odżywcza) substancja i miesza się z moją krwią. Jednak w chwilach przerwy pomiędzy jedną a drugą kroplówką mogę pisać w wypożyczonym przez Gabrysia tablecie (od Andżeli dostałam czerwony flakonik z cudowną miksturą - „wcierać dwa razy dziennie” - która ponoć znakomicie wpływa na regenerację).
A więc do rzeczy!
Nazywam się Dominika Sanders. Jestem, jak napisali w dziale kulturalnym pewnej ważnej gazety, „młodą, obiecującą artystką, miłośniczką sportów ekstremalnych i niedoszłą buddystką”.
W moim życiu wiele ostatnio się działo. O tym gazety na szczęście nie donoszą. Wiele dobrego. I jeszcze więcej złego. Z dobrych rzeczy, najważniejsze było chyba to... że... po raz pierwszy czułam, że kocham. To piękne i straszne zarazem.
Inna dobra - choć też trochę przerażająca rzecz, bo przecież nie wiadomo czy podołam - polegała na tym, że dostałam propozycję wystawy w jednej z najlepszych w Europie galerii. Miałam pokazać nowy, właściwie dopiero powstający cykl rzeźb pod roboczym tytułem „Diabły frasobliwe”.
I - jakby tych wszystkich wyzwań było mało - przez kilka tygodni byłam prawie pewna, że jestem w ciąży.
Zawaliłam wszystko.
Prócz ciąży. Tu akurat nie było nic do zawalania. Z tej prostej przyczyny, że ciąży nie było. Ot zwykłe (choć dla mnie niezwykłe) opóźnienie miesiączki na skutek zaburzeń hormonalnych wywołanych stresem.
A więc, jak już wspomniałam – spierdoliłam.
Wystawa poszła się jebać.
Miłość poszła się jebać.
I parę innych rzeczy również poszło się jebać.
Nikt nie wie, jak bardzo tego żałuję.
Nawet ja nie wiedziałam.
Dopóki nie spotkał mnie ten „wypadek”.
Ale to nic to!
Wciąż przecież mogę „wskoczyć”...
w alternatywny
ciąg
dalszy.
To
przecież
jeszcze
nie
KONIEC.
motto:
"Tutaj wszystko pochodzi z wnętrza. Musi się zacząć głęboko w środku, a potem rozrastać się i rozrastać. Wtedy naprawdę zachodzą zmiany."
David Lynch "W Pogoni Za Wielką Rybą"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominika Sanders. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominika Sanders. Pokaż wszystkie posty
środa, 1 czerwca 2016
czwartek, 26 maja 2016
Anioły
To najwspanialsze przebudzenie od wielu dni. Odeszło gdzieś całe
zmęczenie, a wraz z nim wątpliwości i poczucie przygnębienia. Raźno
ruszamy w drogę i, to chyba cud, wkrótce odnajdujemy grotę, w której
ukryła się Nisia - chyba tylko dzięki temu, że Cerber do nas dołączył.
Drobne, chłopięce ciało zaginionej jest blade i zziębnięte. Nika tuli dziewczynkę tak długo, aż skóra dziecka rozświetla się, na podobieństwo nieba o wschodzie słońca. Potem Damian bierze ją na ręce i zbieramy się do powrotu. Nika wskazuje drogę, a ja... cóż... zapamiętuję. Zapisuję w myślach, jak przystało na kronikarza.
A na końcu tej drogi...
Dominika Sanders.
Bierze Nisię z rąk Damiana
i przytula do siebie.
I ciepło tego uścisku powinno
przeniknąć moje ciało.
Jak gdyby ktoś rozpalił ogień.
Ogień, przy którym można się ogrzać.
Ogień kominka,
przed którym w zimowe wieczory
gromadzi się rodzina.
Ogień ogniska,
nad którym świecą gwiazdy.
A jednak...
wciąż chłodno.
Jak zawsze,
odkąd sięga moja pamięć.
Zamiast ognia,
maleńka intensywnie czerwona iskra.
Skulona czerwień.
Krew zbita w grudkę.
Wokół siny z zimna błękit
wygasłego popiołu,
zamknięty grubą, czarną pętlą,
która nic nie przepuszcza
na zewnątrz
białe nieznajome.
Widzę ten zziębnięty
przerażony płomyk.
A przecież czerwień stworzono
dla ciepła,
dla namiętności,
dla rozkoszy.
Czerwień to miłość.
Moc pulsująca w żyłach.
To pewność siebie.
Odwaga.
Siła i wola
walki.
I gniew!
Jakże to męczące
pilnować czerwieni.
Niech więc zakwitnie
z zapomnianego miejsca.
w którym udeptywano ją przez lata.
Niech gniew spali się
jak chrust w piecu,
drewno w kominku
w moim ciele
wreszcie
rozlewa się ciepło
ogień,
co nie pozostawia zgliszcz,
określony delikatnym konturem silnych ramion,
granicą
łagodnie i bezpiecznie łączącą
ze światem,
światłem...
Granicą przez którą blask przenika
delikatną poświatą.
Ognisko
w ciemnym lesie,
przy którym może ogrzać się dziecko.
Biorę je na ręce i podchodzę
Za blisko?
Kobieta z dzieckiem na ręku
Ciepło ogniska...
Coś nie pasuje mi w tym obrazku.
Sadzam dziecko na mchu
i oddalam się w mrok.
PATRZĘ:
Mała dziewczynka sama w wielkim lesie.
Gdzieś z samej głębi
łkanie
aż do bólu
w zaciśniętym jak pięść gardle.
Uderza z taką mocą,
aż przez wyrwę w krtani
przeciska się szloch,
łzy uciekają
wymykają się
spod zatrzaśniętych
powiek.
Twarz tężeje
z wysiłku,
lecz już brak jej sił
by zatrzymać
płacz
cudowny
pełną piersią.
Lecz jakże to?
Jak to wygląda?!
Te wszystkie grymasy,
kaprysy,
śmieszne,
zasmarkane dźwięki,
gile z nosa,
czerwone oczy…
A przecież nic się nie stało.
Takiej dzielnej dziewczynce
z płaczem nie do twarzy.
POPATRZ tylko!
Więc znów ból w gardle,
powieki zaciskają się jak pięści.
I nagle wiem!
Wreszcie wiem!
że to PATRZENIE
tak czule
ogarnia
te wszystkie głupstwa,
chlipania,
błyszczący nos,
spuchnięte powieki…
aż do samego źródła łez.
Wreszcie można się cieszyć
odzyskaną czerwienią,
płaczem, co otwiera oddech
na świeżość błękitu,
SPOJRZENIEM
pełnym bezgranicznej cierpliwości,
które nigdy mnie nie opuści
nawet wówczas, gdy mi się zdarzy
na chwilę o nim zapomnieć.
Otwieram oczy
i widzę nad sobą
dwa anioły. Jeden ma czerwoną, zbyt pociągłą twarz, jak na obrazach Modiglianiego, a drugi wielkie, wylewające się z dekoltu piersi, rozłożyste biodra i usta chętne do smaków i pocałunków.
Ja zaś jestem drzewem. Jakby ktoś wyprowadził mój krwiobieg na zewnątrz. Przejrzyste tętnice wyrastają z moich z przegubów i nadgarstków, niczym gałęzie błękitnej spragnionej świata rośliny.
- Obudziła się! - cycaty anioł ociera łzę wzruszenia.
Zaś anioł od Modiglianiego pochyla nade mną swą czerwoną, zniszczoną twarz:
- Coś ty zrobiła, dziecinko?! Ratuj się! Ratuj póki czas!
Drobne, chłopięce ciało zaginionej jest blade i zziębnięte. Nika tuli dziewczynkę tak długo, aż skóra dziecka rozświetla się, na podobieństwo nieba o wschodzie słońca. Potem Damian bierze ją na ręce i zbieramy się do powrotu. Nika wskazuje drogę, a ja... cóż... zapamiętuję. Zapisuję w myślach, jak przystało na kronikarza.
A na końcu tej drogi...
Dominika Sanders.
Bierze Nisię z rąk Damiana
i przytula do siebie.
I ciepło tego uścisku powinno
przeniknąć moje ciało.
Jak gdyby ktoś rozpalił ogień.
Ogień, przy którym można się ogrzać.
Ogień kominka,
przed którym w zimowe wieczory
gromadzi się rodzina.
Ogień ogniska,
nad którym świecą gwiazdy.
A jednak...
wciąż chłodno.
Jak zawsze,
odkąd sięga moja pamięć.
Zamiast ognia,
maleńka intensywnie czerwona iskra.
Skulona czerwień.
Krew zbita w grudkę.
Wokół siny z zimna błękit
wygasłego popiołu,
zamknięty grubą, czarną pętlą,
która nic nie przepuszcza
na zewnątrz
białe nieznajome.
Widzę ten zziębnięty
przerażony płomyk.
A przecież czerwień stworzono
dla ciepła,
dla namiętności,
dla rozkoszy.
Czerwień to miłość.
Moc pulsująca w żyłach.
To pewność siebie.
Odwaga.
Siła i wola
walki.
I gniew!
Jakże to męczące
pilnować czerwieni.
Niech więc zakwitnie
z zapomnianego miejsca.
w którym udeptywano ją przez lata.
Niech gniew spali się
jak chrust w piecu,
drewno w kominku
w moim ciele
wreszcie
rozlewa się ciepło
ogień,
co nie pozostawia zgliszcz,
określony delikatnym konturem silnych ramion,
granicą
łagodnie i bezpiecznie łączącą
ze światem,
światłem...
Granicą przez którą blask przenika
delikatną poświatą.
Ognisko
w ciemnym lesie,
przy którym może ogrzać się dziecko.
Biorę je na ręce i podchodzę
Za blisko?
Kobieta z dzieckiem na ręku
Ciepło ogniska...
Coś nie pasuje mi w tym obrazku.
Sadzam dziecko na mchu
i oddalam się w mrok.
PATRZĘ:
Mała dziewczynka sama w wielkim lesie.
Gdzieś z samej głębi
łkanie
aż do bólu
w zaciśniętym jak pięść gardle.
Uderza z taką mocą,
aż przez wyrwę w krtani
przeciska się szloch,
łzy uciekają
wymykają się
spod zatrzaśniętych
powiek.
Twarz tężeje
z wysiłku,
lecz już brak jej sił
by zatrzymać
płacz
cudowny
pełną piersią.
Lecz jakże to?
Jak to wygląda?!
Te wszystkie grymasy,
kaprysy,
śmieszne,
zasmarkane dźwięki,
gile z nosa,
czerwone oczy…
A przecież nic się nie stało.
Takiej dzielnej dziewczynce
z płaczem nie do twarzy.
POPATRZ tylko!
Więc znów ból w gardle,
powieki zaciskają się jak pięści.
I nagle wiem!
Wreszcie wiem!
że to PATRZENIE
tak czule
ogarnia
te wszystkie głupstwa,
chlipania,
błyszczący nos,
spuchnięte powieki…
aż do samego źródła łez.
Wreszcie można się cieszyć
odzyskaną czerwienią,
płaczem, co otwiera oddech
na świeżość błękitu,
SPOJRZENIEM
pełnym bezgranicznej cierpliwości,
które nigdy mnie nie opuści
nawet wówczas, gdy mi się zdarzy
na chwilę o nim zapomnieć.
Otwieram oczy
i widzę nad sobą
dwa anioły. Jeden ma czerwoną, zbyt pociągłą twarz, jak na obrazach Modiglianiego, a drugi wielkie, wylewające się z dekoltu piersi, rozłożyste biodra i usta chętne do smaków i pocałunków.
Ja zaś jestem drzewem. Jakby ktoś wyprowadził mój krwiobieg na zewnątrz. Przejrzyste tętnice wyrastają z moich z przegubów i nadgarstków, niczym gałęzie błękitnej spragnionej świata rośliny.
- Obudziła się! - cycaty anioł ociera łzę wzruszenia.
Zaś anioł od Modiglianiego pochyla nade mną swą czerwoną, zniszczoną twarz:
- Coś ty zrobiła, dziecinko?! Ratuj się! Ratuj póki czas!
sobota, 21 maja 2016
Sześć grobów
Spełniło się. Wspólne wędrowanie. Stulenie ze sobą. Nika i ja. Ja i Nika. Więc może się uda?
Tę niezmąconą chwilę zespolenia zakłócił smutek, który pojawił się w moim ciele. Właściwie nie tyle pojawił - było dla mnie oczywiste, że tkwił w nim od dawna. Obudził się, a może raczej to Nika obudziła we mnie ten smutek, czy raczej śmiertelne znużenie ucieczką przed... no właśnie przed czym ja uciekam?
Do tej pory wszystko wydawało się bezpieczne. Te wszystkie teorie, domysły, interpretacje, teoretyczne rozważania... Tak dobrze mi było w kręgu spraw nie zagrażających poznaniem prawdy. Wbrew deklaracjom, wcale nie chciało mi się poza nie wychodzić.
No chyba, że byłaby to prawda, która niczego we mnie nie naruszy, niczego nie zmieni. Ale czy istnieją takie prawdy? Tak czy inaczej wcale nie było mi dobrze ze świadomością, że właśnie się do niej zbliżam.
Nika milczała dopóki nie dotarliśmy do ''określonego celu''. Celem tym okazał się cmentarz. Trochę mnie to zdziwiło:
- Umówiłaś się z Damianem na cmentarzu?
Tym razem Nika odpowiedziała. Najwyraźniej przeszła już przez smutek, ponieważ jej głos brzmiał tak rześko jak zwykle.
- Jak widzisz - uśmiechnęła się do mnie. - Mamy jeszcze chwilę czasu. Spróbujmy więc ustalić, jak będziemy szukać kryjówki Nisi.
- Chyba Damian nas do niej zaprowadzi?
- Wątpię.
- Jak to. Powiedziałaś, że nie nawali, zrobi wszystko, żeby naprawić swój błąd.
- Zgadza się, jestem pewna, że zrobi wszystko. Obawiam się jednak, że to my musimy go zaprowadzić do miejsca, w którym ukrył dziecko.
Cudowna chwila zjednoczenia najwyraźniej minęła. Było jak przedtem: moje zdumienie i brak jakichkolwiek wyjaśnień z jej strony.
Nie reagując na moje pytania wałęsała się po cmentarzu zaglądając grobom w pamiątkowe tablice, dokładnie w ten sam sposób, w jaki zwykła zaglądać ludziom w twarze.
- Spójrz na tego anioła! - roześmiała się wskazując posąg strzegący cmentarnej bramy - wygląda jak Andżela.
Fakt. Anioł miał wielkie, wylewające się z dekoltu piersi, rozłożyste biodra, dobroduszne spojrzenie i usta chętne do smaków i pocałunków. Prawdziwe kuriozum. Ciekawe, kto wpadł na pomysł, żeby postawić na cmentarzu tak osobliwą rzeźbę?
Nika powędrowała dalej. Wreszcie zatrzymała się przed jednym z nagrobków i przywołała mnie spojrzeniem.
- Odnaleźliśmy sprawcę - powiedziała pokazując mi pożółkłe zdjęcie na surowej, kamiennej tablicy. Zdjęcie, które oglądaliśmy całkiem niedawno u Damiana.
- A może tak naprawdę to oni są winni - pociągnęła mnie w stronę kolejnego grobu. Była to rodzinna mogiła dziadków Damiana.
- A może oni ?- zaprowadziła mnie do grobu jego pradziadków
- A może on? - zatrzymała się przed mogiłą prapradziadka i wpadła w jedno z tych swoich dziwnych zamyśleń. Po chwili ocknęła się i rozejrzała dookoła jakby obudzona z głębokiego snu. Wreszcie zaczęła biegać między grobami i coś liczyć. Po chwili przybiegła do mnie i tryumfalnym głosem oznajmiła:
- Sześć!
- Co sześć?
- Sześć grobów! Damian jest siódmy!
- O ile wiem Damian jeszcze żyje. Nie chcesz chyba powiedzieć... Mój Boże nie sądzisz chyba... że po tym wszystkim... że on... Masz rację, to całkiem możliwe. Pospieszmy się. Może jeszcze uda się coś zrobić!
Tym razem Nika wyglądała na zdziwioną.
- Co ci chodzi po głowie? On tego nie zrobi. Teraz już nie. To absolutnie niemożliwe. Miałam na myśli coś innego. Na tym cmentarzu, w tym mieście pochowano przedstawicieli sześciu pokoleń z rodziny Damiana. Damian jest z siódmego pokolenia. A może raczej z siódmego wcielenia? - zastanowiła się. - Nieważne. Rozumiesz z siódmego. Pamiętasz? Tak zapisano w Biblii: Będziecie cierpieć za grzechy wasze aż do siódmego pokolenia. Czy coś w tym stylu. Dokładnie nie pamiętam. Ważne, że Damian jest siódmy. Na nim się to skończy. Jest ostatnim, który będzie cierpiał. A w każdym razie może być ostatnim. To jego karma. Pamiętasz, co mówiła pani psycholog. Mieliśmy zająć się badaniem przeznaczenia. Jego przeznaczeniem, jego zadaniem jest... przerwać to, nie dopuścić, by znów się powtórzyło. I on naprawdę może tego dokonać. Bo on i Dominika są z siódmego pokolenia. Nie przeniosą tego cierpienia dalej.
- Jasne, że nie. Przecież Damian nie ma dzieci. To niby komu miałby przekazać?
- Nie rozumiesz mnie. To nie ma najmniejszego znaczenia, czy on ma dzieci, czy nie. Chodzi o to, że Damian może się uwolnić, zakończyć dziedziczenie traumy, odczarować „klątwę”. Może przejść przez to cierpienie, oczyścić się i iść dalej. Wolny. Wszystko może się zmienić, niezależnie, czy on ma dzieci, czy nie; czy będzie je miał... Nie poniesie tego cierpienia dalej. Nie zapominaj zresztą o Nisi. To prawda, w sensie biologicznym, nie jest jego dzieckiem, nawet w sensie prawnym nie jest, ale on już z nią to zaczął. „Uratował” ją, a tym samym obciążył swoim cierpieniem. Już zdążył jej to zrobić. Ale on jest z siódmego pokolenia. I wiesz co to znaczy dla Nisi? Że wszystko można jeszcze odkręcić, że można odebrać jej ten ciężar, a raczej, że jeszcze nie jest za późno, żeby ona go oddała, uświadamiając sobie, że w istocie oddaje coś co do niej nie należy.
Nika mówiła szybko i bezładnie, obserwując jednocześnie, jakie wrażenie robią na mnie jej słowa. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek wcześniej obchodziło ją, co myślę na temat jej hipotez. Mimo to, trudno mi było skupić się na jej słowach. Nagły lęk o Damiana owładnął mną w takim stopniu, że monolog Niki docierał do mnie z wielkim trudem. Jakby przez gęstą mgłę. Aż dziwne, że to właśnie jej słowa wzbudziły mój lęk. Lęk, który ona teraz uważała go za całkiem bezpodstawny. Wywołały go jak zapomnianego ducha.
Nika zamilkła i przyglądała mi się przez krótką chwilę ciepło i łagodnie.
- Nie musisz się obawiać. On tego nie zrobi – powiedziała.
Zapewnienia Niki nie zdołały mnie przekonać. Ulga przyszła dopiero wtedy, gdy na końcu prowadzącej na cmentarz drogi pojawiła się muskularna postać.
Nika miała rację. Jak zwykle. Damian nie tylko nie popełnił samobójstwa, ale wypełnił zobowiązanie, stawiając się na czas na cmentarzu. Zdziwiło mnie tylko, że dźwiga na plecach kamień. Ten sam, jak wyjaśniła mi Nika, który leżał w piwnicy. Kamień był tak ciężki, że Damian pełzł przygięty jego ciężarem i zdawało się, że nie dotrze na cmentarz wcześniej niż za rok. Jednak zajęło mu to zadziwiająco mało czasu. Zdaje się, że nas nie zauważył, a może raczej był tak pochłonięty swoją misją, że w ogóle nie zwrócił na nas uwagi. Podszedł do grobu swojej macochy i zrzucił nań kamień ze słowami (wypowiadał je w taki sposób, jakby recytował jakieś zaklęcie):
- Oddaję, to co do mnie nie należy i do niczego nie jest mi potrzebne. Nie mogę odwrócić zdarzeń, ale mogę zamienić je w przeszłość. I to właśnie w tej chwili robię. Od dziś TAMTO staje się przeszłością.
Wyglądał jakoś inaczej. Jego plecy wyprostowały się, zmienił się kształt ust, które zdawały się zwolnić swój uścisk, skóra miała bardziej naturalny odcień, a z policzków i brody zniknęły jaskrawoczerwone rumieńce.
- To dlatego, że wstyd opuścił jego twarz - wyjaśniła Nika.
Przyglądała mu się ciepło. Mnie zaś pochłonęło liczenie grobów. Czy rzeczywiście jest ich sześć?
Tymczasem Damian dostrzegł nas wreszcie, a jego zwalista postać zaczęła do nas zbliżać. Nika czekała na niego z uroczystym, odświętnym uśmiechem. Uśmiechem matki, która przygotowała dla swojego dziecka miłą niespodziankę lub ma mu oznajmić ważną i dobrą wiadomość. Było dla mnie oczywiste, co chce mu powiedzieć. Jednak liczba grobów się nie zgadzała. Gwałtowne szarpnięcie za ramię sprawiło, że Nika oderwała wzrok od Damiana i popatrzyła na mnie.
- Co się stało?!
- Pomyliłaś się, Nika? Jest ich pięć. Słyszysz pięć. Damian jest szósty. Nie jest więc, jak mówisz, z siódmego pokolenia. Cyba nie powinnaś robić mu nadziei.
Nika roześmiała się.
- To nieważne. To naprawdę nie ma znaczenia. On może tego dokonać. Skoro pojawiła się taka myśl, zapadła taka decyzja, to on to zrobi! Niezależnie od tego, czy jest z siódmego, czy z szóstego pokolenia, mógłby być nawet z drugiego... Każde pokolenie może okazać się siódmym.
Kiedy opuszczaliśmy cmentarz moją uwagę zwrócił posąg pod murem, ledwie widoczny zza obrastających go bukszpanów. Przedarliśmy się przez krzewy i zatrzymaliśmy przed osobliwym pomnikiem. Kamienny diabeł z ułamanym rogiem. Skulony i porośnięty mchem. Taki sam jak w katalogu Dominiki Sanders. Na postumencie rzeczywiście wyryty był wiersz. Nie były to jednak ''Dwa Spotkania z Diabłem''
W Hołdzie Ofiarom Pomocy
Pomogę ci - powiedziała
więc uległeś pomocy
i utraciłeś siebie
Czy mogłeś jednak postąpić inaczej?
Wszak tak bardzo cię kochała.
Chciała dla ciebie jak najlepiej
Od tamtej chwili
bezustannie uciekasz
przed nią przed sobą
i nieodmiennie
spotykasz na swej drodze
hieny czyhające
komu by tu pomoc
czujne na każdy moment słabości,
by nie przegapić okazji
do wyciągnięcia cię z kłopotów
O jak to miło zastyc
w pełnej heroizmu pozie
i z ran zlizywać
niewymowną wdzięczność.
Tę niezmąconą chwilę zespolenia zakłócił smutek, który pojawił się w moim ciele. Właściwie nie tyle pojawił - było dla mnie oczywiste, że tkwił w nim od dawna. Obudził się, a może raczej to Nika obudziła we mnie ten smutek, czy raczej śmiertelne znużenie ucieczką przed... no właśnie przed czym ja uciekam?
Do tej pory wszystko wydawało się bezpieczne. Te wszystkie teorie, domysły, interpretacje, teoretyczne rozważania... Tak dobrze mi było w kręgu spraw nie zagrażających poznaniem prawdy. Wbrew deklaracjom, wcale nie chciało mi się poza nie wychodzić.
No chyba, że byłaby to prawda, która niczego we mnie nie naruszy, niczego nie zmieni. Ale czy istnieją takie prawdy? Tak czy inaczej wcale nie było mi dobrze ze świadomością, że właśnie się do niej zbliżam.
Nika milczała dopóki nie dotarliśmy do ''określonego celu''. Celem tym okazał się cmentarz. Trochę mnie to zdziwiło:
- Umówiłaś się z Damianem na cmentarzu?
Tym razem Nika odpowiedziała. Najwyraźniej przeszła już przez smutek, ponieważ jej głos brzmiał tak rześko jak zwykle.
- Jak widzisz - uśmiechnęła się do mnie. - Mamy jeszcze chwilę czasu. Spróbujmy więc ustalić, jak będziemy szukać kryjówki Nisi.
- Chyba Damian nas do niej zaprowadzi?
- Wątpię.
- Jak to. Powiedziałaś, że nie nawali, zrobi wszystko, żeby naprawić swój błąd.
- Zgadza się, jestem pewna, że zrobi wszystko. Obawiam się jednak, że to my musimy go zaprowadzić do miejsca, w którym ukrył dziecko.
Cudowna chwila zjednoczenia najwyraźniej minęła. Było jak przedtem: moje zdumienie i brak jakichkolwiek wyjaśnień z jej strony.
Nie reagując na moje pytania wałęsała się po cmentarzu zaglądając grobom w pamiątkowe tablice, dokładnie w ten sam sposób, w jaki zwykła zaglądać ludziom w twarze.
- Spójrz na tego anioła! - roześmiała się wskazując posąg strzegący cmentarnej bramy - wygląda jak Andżela.
Fakt. Anioł miał wielkie, wylewające się z dekoltu piersi, rozłożyste biodra, dobroduszne spojrzenie i usta chętne do smaków i pocałunków. Prawdziwe kuriozum. Ciekawe, kto wpadł na pomysł, żeby postawić na cmentarzu tak osobliwą rzeźbę?
Nika powędrowała dalej. Wreszcie zatrzymała się przed jednym z nagrobków i przywołała mnie spojrzeniem.
- Odnaleźliśmy sprawcę - powiedziała pokazując mi pożółkłe zdjęcie na surowej, kamiennej tablicy. Zdjęcie, które oglądaliśmy całkiem niedawno u Damiana.
- A może tak naprawdę to oni są winni - pociągnęła mnie w stronę kolejnego grobu. Była to rodzinna mogiła dziadków Damiana.
- A może oni ?- zaprowadziła mnie do grobu jego pradziadków
- A może on? - zatrzymała się przed mogiłą prapradziadka i wpadła w jedno z tych swoich dziwnych zamyśleń. Po chwili ocknęła się i rozejrzała dookoła jakby obudzona z głębokiego snu. Wreszcie zaczęła biegać między grobami i coś liczyć. Po chwili przybiegła do mnie i tryumfalnym głosem oznajmiła:
- Sześć!
- Co sześć?
- Sześć grobów! Damian jest siódmy!
- O ile wiem Damian jeszcze żyje. Nie chcesz chyba powiedzieć... Mój Boże nie sądzisz chyba... że po tym wszystkim... że on... Masz rację, to całkiem możliwe. Pospieszmy się. Może jeszcze uda się coś zrobić!
Tym razem Nika wyglądała na zdziwioną.
- Co ci chodzi po głowie? On tego nie zrobi. Teraz już nie. To absolutnie niemożliwe. Miałam na myśli coś innego. Na tym cmentarzu, w tym mieście pochowano przedstawicieli sześciu pokoleń z rodziny Damiana. Damian jest z siódmego pokolenia. A może raczej z siódmego wcielenia? - zastanowiła się. - Nieważne. Rozumiesz z siódmego. Pamiętasz? Tak zapisano w Biblii: Będziecie cierpieć za grzechy wasze aż do siódmego pokolenia. Czy coś w tym stylu. Dokładnie nie pamiętam. Ważne, że Damian jest siódmy. Na nim się to skończy. Jest ostatnim, który będzie cierpiał. A w każdym razie może być ostatnim. To jego karma. Pamiętasz, co mówiła pani psycholog. Mieliśmy zająć się badaniem przeznaczenia. Jego przeznaczeniem, jego zadaniem jest... przerwać to, nie dopuścić, by znów się powtórzyło. I on naprawdę może tego dokonać. Bo on i Dominika są z siódmego pokolenia. Nie przeniosą tego cierpienia dalej.
- Jasne, że nie. Przecież Damian nie ma dzieci. To niby komu miałby przekazać?
- Nie rozumiesz mnie. To nie ma najmniejszego znaczenia, czy on ma dzieci, czy nie. Chodzi o to, że Damian może się uwolnić, zakończyć dziedziczenie traumy, odczarować „klątwę”. Może przejść przez to cierpienie, oczyścić się i iść dalej. Wolny. Wszystko może się zmienić, niezależnie, czy on ma dzieci, czy nie; czy będzie je miał... Nie poniesie tego cierpienia dalej. Nie zapominaj zresztą o Nisi. To prawda, w sensie biologicznym, nie jest jego dzieckiem, nawet w sensie prawnym nie jest, ale on już z nią to zaczął. „Uratował” ją, a tym samym obciążył swoim cierpieniem. Już zdążył jej to zrobić. Ale on jest z siódmego pokolenia. I wiesz co to znaczy dla Nisi? Że wszystko można jeszcze odkręcić, że można odebrać jej ten ciężar, a raczej, że jeszcze nie jest za późno, żeby ona go oddała, uświadamiając sobie, że w istocie oddaje coś co do niej nie należy.
Nika mówiła szybko i bezładnie, obserwując jednocześnie, jakie wrażenie robią na mnie jej słowa. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek wcześniej obchodziło ją, co myślę na temat jej hipotez. Mimo to, trudno mi było skupić się na jej słowach. Nagły lęk o Damiana owładnął mną w takim stopniu, że monolog Niki docierał do mnie z wielkim trudem. Jakby przez gęstą mgłę. Aż dziwne, że to właśnie jej słowa wzbudziły mój lęk. Lęk, który ona teraz uważała go za całkiem bezpodstawny. Wywołały go jak zapomnianego ducha.
Nika zamilkła i przyglądała mi się przez krótką chwilę ciepło i łagodnie.
- Nie musisz się obawiać. On tego nie zrobi – powiedziała.
Zapewnienia Niki nie zdołały mnie przekonać. Ulga przyszła dopiero wtedy, gdy na końcu prowadzącej na cmentarz drogi pojawiła się muskularna postać.
Nika miała rację. Jak zwykle. Damian nie tylko nie popełnił samobójstwa, ale wypełnił zobowiązanie, stawiając się na czas na cmentarzu. Zdziwiło mnie tylko, że dźwiga na plecach kamień. Ten sam, jak wyjaśniła mi Nika, który leżał w piwnicy. Kamień był tak ciężki, że Damian pełzł przygięty jego ciężarem i zdawało się, że nie dotrze na cmentarz wcześniej niż za rok. Jednak zajęło mu to zadziwiająco mało czasu. Zdaje się, że nas nie zauważył, a może raczej był tak pochłonięty swoją misją, że w ogóle nie zwrócił na nas uwagi. Podszedł do grobu swojej macochy i zrzucił nań kamień ze słowami (wypowiadał je w taki sposób, jakby recytował jakieś zaklęcie):
- Oddaję, to co do mnie nie należy i do niczego nie jest mi potrzebne. Nie mogę odwrócić zdarzeń, ale mogę zamienić je w przeszłość. I to właśnie w tej chwili robię. Od dziś TAMTO staje się przeszłością.
Wyglądał jakoś inaczej. Jego plecy wyprostowały się, zmienił się kształt ust, które zdawały się zwolnić swój uścisk, skóra miała bardziej naturalny odcień, a z policzków i brody zniknęły jaskrawoczerwone rumieńce.
- To dlatego, że wstyd opuścił jego twarz - wyjaśniła Nika.
Przyglądała mu się ciepło. Mnie zaś pochłonęło liczenie grobów. Czy rzeczywiście jest ich sześć?
Tymczasem Damian dostrzegł nas wreszcie, a jego zwalista postać zaczęła do nas zbliżać. Nika czekała na niego z uroczystym, odświętnym uśmiechem. Uśmiechem matki, która przygotowała dla swojego dziecka miłą niespodziankę lub ma mu oznajmić ważną i dobrą wiadomość. Było dla mnie oczywiste, co chce mu powiedzieć. Jednak liczba grobów się nie zgadzała. Gwałtowne szarpnięcie za ramię sprawiło, że Nika oderwała wzrok od Damiana i popatrzyła na mnie.
- Co się stało?!
- Pomyliłaś się, Nika? Jest ich pięć. Słyszysz pięć. Damian jest szósty. Nie jest więc, jak mówisz, z siódmego pokolenia. Cyba nie powinnaś robić mu nadziei.
Nika roześmiała się.
- To nieważne. To naprawdę nie ma znaczenia. On może tego dokonać. Skoro pojawiła się taka myśl, zapadła taka decyzja, to on to zrobi! Niezależnie od tego, czy jest z siódmego, czy z szóstego pokolenia, mógłby być nawet z drugiego... Każde pokolenie może okazać się siódmym.
Kiedy opuszczaliśmy cmentarz moją uwagę zwrócił posąg pod murem, ledwie widoczny zza obrastających go bukszpanów. Przedarliśmy się przez krzewy i zatrzymaliśmy przed osobliwym pomnikiem. Kamienny diabeł z ułamanym rogiem. Skulony i porośnięty mchem. Taki sam jak w katalogu Dominiki Sanders. Na postumencie rzeczywiście wyryty był wiersz. Nie były to jednak ''Dwa Spotkania z Diabłem''
W Hołdzie Ofiarom Pomocy
Pomogę ci - powiedziała
więc uległeś pomocy
i utraciłeś siebie
Czy mogłeś jednak postąpić inaczej?
Wszak tak bardzo cię kochała.
Chciała dla ciebie jak najlepiej
Od tamtej chwili
bezustannie uciekasz
przed nią przed sobą
i nieodmiennie
spotykasz na swej drodze
hieny czyhające
komu by tu pomoc
czujne na każdy moment słabości,
by nie przegapić okazji
do wyciągnięcia cię z kłopotów
O jak to miło zastyc
w pełnej heroizmu pozie
i z ran zlizywać
niewymowną wdzięczność.
piątek, 20 maja 2016
Metafora
- Tak naprawdę Dominika Sanders nie była siostrą Damiana. Była jego „przyszywaną” kuzynką, siostrą cioteczną. To znaczy jej matka była siostrą macochy Damiana - wyjaśniała Nika prowadząc mnie w jakieś tajemnicze miejsce, w którym ponoć umówiła się z Damianem.
- Nie mogę uwierzyć! Pomyliłaś się! Choć raz się pomyliłaś!
- I tak i nie - odpowiedziała mi na to Nika. - Z punktu widzenia Damiana było tak, jak mówiłam przedtem. Uważał ją za siostrę, siostrę-bliźniaczkę. Nawet kogoś więcej. Była prawie nim samym. Jedyną bliską osobą, której się nie obawiał. Równie bezbronną jak on. I rzeczywiście przez jakiś czas mieszkała z nim w jednym domu. Jak siostra. Matka Dominiki wysłała ją do rodzinnego domu. Pozbyła się swojej córki być może po to, aby uchronić ją przed czymś strasznym.
- Przed czym konkretnie?
- Prawdopodobnie sama tego nie była pewna. Wiedziała jednak, że, bez wątpienia grozi jej coś złego.
Ostatnie słowa Niki sprawiły, że nagle mnie olśniło. W ułamku sekundy przez moją głowę przemknęły wszystkie wątki, które dotychczas pojawiły się w naszym śledztwie. Co więcej, wreszcie zaczęły wiązać się w całość, która niechybnie prowadziła do finału „powieści”. Prawda zdawała się być w zasięgu ręki, czy też raczej w zasięgu mojego umysłu, który w zawrotnym tempie zestawiał z sobą poszczególne elementy układanki: przeczytany kiedyś tekst o Dominice Sanders, powikłane motywy popełnionej przez Damiana „zbrodni”, zdjęcie krótko ostrzyżonej, małej dziewczynki, która wolała być dzielnym chłopcem i jej niezwykły list do samego Boga. To wszystko w jakiś sposób wiązało się ze sobą i wreszcie udało mi się te związki uchwycić. Nie było w moich intuicjach nic z psychologicznych dywagacji, nic z domysłów i hipotez konstruowanych pracowicie na podstawie niezliczonych, psychologicznych książek, które w swoim czasie stanowiły moją jedyną lekturę. Ten wgląd pochodziło z jakiegoś innego źródła. Choć niewątpliwie psychologiczna wiedza pomogła mi go zwerbalizować:
- Zaczekaj Nika! Posłuchaj! To mogło być tak, że matka Dominiki obawiała się o swoją córkę, gdyż uważała, że ma ona w sobie coś takiego, co przyciąga zło i cierpienie. I można ją uratować tylko w jeden sposób - wysyłając tam, gdzie jest najbliżej i najdalej zarazem. Być może nie myślała dokładnie w ten sposób. Ale w ten sposób działała. Chyba po prostu nie umiała pomyśleć o miejscu innym, niż jej rodzinny dom. Oczywiście miała racjonalne wyjaśnienia, że praca, mało czasu, mało pieniędzy, że taka konieczność... Ale naprawdę chodziło o to, że gdyby córka z nią została, musiałoby ją spotkać to, co i ją spotkało, gdy była małą dziewczynką. A może raczej, że ona sama musiałaby się tym spotkać. Wysłała więc córeczkę do siostry, by ją uchronić, by siebie uchronić przed tą prawdą, której nie chciała. To swoisty paradoks, ale w ramach ratowania wysłała ją tam, gdzie było najbardziej niebezpiecznie. Popchnęła ją wprost w ramiona sprawcy, bo przecież była tam i jej siostra, która, sama wiesz, co zrobiła swojemu pasierbowi i jej ojczym, który, z kolei, mógł być sprawcą wobec swoich przybranych córek. Tak sobie tylko kalkuluję, ale coś mi mówi, że to właśnie im się przytrafiło i one potem przekazały tę traumę swoim dzieciom. Każda na swój sposób. No a Damian znów zrobił to samo, też na swój sposób.
Nika spojrzała na mnie z uznaniem.
- Nieźle. Twoje psychologiczne hipotezy coraz bardziej zbliżają się do rzeczywistości.
- Myślisz, że Dominice Sanders również przytrafiło się coś takiego... No wiesz... to, co spotkało Damiana, jego macochę, ciotkę...
Nika tylko wzruszyła ramionami, potem pochyliła głowę i jakby posmutniała. Przez chwilę szliśmy obok siebie w milczeniu, jakby oddzieleni, każde zajęte swoim. W mojej głowie gorączkowo kiełkowały nowe koncepcje i domysły. Nika jakby zgasła, zapadła się w siebie. Zdawało się że całkiem straciła ochotę na rozmowę, że chce być sama, lecz moje podekscytowanie i potrzeba dzielenia się „odkryciami”, które na wyścigi pojawiały się w mojej głowie, była tak wielka, że słowa same wylewały się we mnie i bombardowały smutek, w którym zanurzyła się Nika.
- Być może Dominice nic konkretnego się nie stało. Po prostu została uratowana i stąd to wszystko. Pamiętasz jak napisała, że poczucie winy jest pierwotne wobec grzechu i te wszystkie zwariowane historie, dziwne wiersze, powieść, Teatr Zbrodni... To by się nawet zgadzało. Matka wysłała ją z domu, co Dominika odebrała, jak porzucenie. Co więcej, przyjęła niewerbalny przekaz od swojej matki. Uwierzyła, że jest w niej, to znaczy w Dominice, coś co sprowadzi na nią nieszczęście i jeszcze jakieś ukryte zło, czy jakby to nazwać, ten mrok, który widziała w niej matka. I czuła się potwornie zdezorientowana. Bo ta wiara nie była poparta była żadnymi faktami, żadnym jak to określała grzechem. Więc musiała to wewnętrzne poczucie jakoś zracjonalizować i szukała tego nieszczęścia, które, jak wierzyła, było jej pisane. Mogło tak być? Prawda? Wystarczyło ją uratować, żeby spieprzyć jej życie. Być może nie trzeba było nic więcej, żadne nadużycia nie były potrzebne.
Nika milczała i to ostudziło mój zapał. Wszystkie te hipotezy były bardzo prawdopodobne, ale jaki miały związek ze sprawą którą wraz z Niką prowadziliśmy?
- Wszystko jest OK. Tylko po co ja tyle energii marnuję na rozplątywanie emocjonalnych węzłów w życiu niejakiej Sanders, skoro moim zadaniem jest odnalezienie porwanego dziecka.
- Wreszcie robisz, co trzeba i co? - odezwała się wreszcie Nika. - Chcesz się z tego wycofać? Przecież to o nią chodzi. O Dominikę. Od samego początku. To ona mnie tutaj przysłała. Nisia musi do niej wrócić. To Dominika zleciła mi odnalezienie dziecka.
Muszę przyznać, że Nika kompletnie mnie zaskoczyła.
- Jak to?! Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?! A mi się zdawało, że wezwali cię stąd... z miasteczka... bo nie mogli się doczekać na efekty mojej pracy.
Nika milczała.
- Więc to ona... Dominika Sanders... To ona jest... Ale przecież w tym artykule napisani, że ona... no wiesz dokonała aborcji...
- Owszem, dokonała, ale nie tak jak myślisz. Nie dosłownie... jakby ci tu... W tym artykule... to była tylko taka metafora.
- Jaka znów metafora?
- Chodzi o to, że... w tym przynajmniej przypadku, aborcja jest metaforą wyzbycia się dziecka z siebie.
- Na tym to właśnie polega. Dosłownie na tym. Na „wyzbyciu się“, jak to określiłaś, płodu z siebie.
- Nie rozumiesz – zirytowała się Nika. - Chodzi raczej o... wyzbycie się dziecięcości.
- „Zapomnij o dziecku“. Jak w iście z szuflady. Tym który Sanders napisała do niejakiego Andrzeja. Ale to wcale nie wyklucza aborcji.
- Ona dokonała tego w swoich myślach, ale nie w swoim ciele. Może nawet w myślach tego nie zrobiła. W każdym razie nie w świadomości. Zresztą... Później ci wszystko wyjaśnię. Teraz przechodzę przez smutek. Więc nie zatrzymuj mnie. Żeby dotrzeć do Nisi, musimy najpierw przejść przez jej smutek. Kiedy się z niego wynurzę, zdecydujemy, co dalej. A teraz nie przeszkadzaj, bo to jest dobra pora na smutek. Jestem trochę sama, trochę nie. Nie robię nic konkretnego, ale zmierzam w określonym celu. Będzie mi miło jeżeli mnie przytulisz.
I nagle przypomniały mi się słowa Niki: ''Aby dokończyć tę podróż trzeba nam... pozostać tutaj ze sobą.''.
- Nie mogę uwierzyć! Pomyliłaś się! Choć raz się pomyliłaś!
- I tak i nie - odpowiedziała mi na to Nika. - Z punktu widzenia Damiana było tak, jak mówiłam przedtem. Uważał ją za siostrę, siostrę-bliźniaczkę. Nawet kogoś więcej. Była prawie nim samym. Jedyną bliską osobą, której się nie obawiał. Równie bezbronną jak on. I rzeczywiście przez jakiś czas mieszkała z nim w jednym domu. Jak siostra. Matka Dominiki wysłała ją do rodzinnego domu. Pozbyła się swojej córki być może po to, aby uchronić ją przed czymś strasznym.
- Przed czym konkretnie?
- Prawdopodobnie sama tego nie była pewna. Wiedziała jednak, że, bez wątpienia grozi jej coś złego.
Ostatnie słowa Niki sprawiły, że nagle mnie olśniło. W ułamku sekundy przez moją głowę przemknęły wszystkie wątki, które dotychczas pojawiły się w naszym śledztwie. Co więcej, wreszcie zaczęły wiązać się w całość, która niechybnie prowadziła do finału „powieści”. Prawda zdawała się być w zasięgu ręki, czy też raczej w zasięgu mojego umysłu, który w zawrotnym tempie zestawiał z sobą poszczególne elementy układanki: przeczytany kiedyś tekst o Dominice Sanders, powikłane motywy popełnionej przez Damiana „zbrodni”, zdjęcie krótko ostrzyżonej, małej dziewczynki, która wolała być dzielnym chłopcem i jej niezwykły list do samego Boga. To wszystko w jakiś sposób wiązało się ze sobą i wreszcie udało mi się te związki uchwycić. Nie było w moich intuicjach nic z psychologicznych dywagacji, nic z domysłów i hipotez konstruowanych pracowicie na podstawie niezliczonych, psychologicznych książek, które w swoim czasie stanowiły moją jedyną lekturę. Ten wgląd pochodziło z jakiegoś innego źródła. Choć niewątpliwie psychologiczna wiedza pomogła mi go zwerbalizować:
- Zaczekaj Nika! Posłuchaj! To mogło być tak, że matka Dominiki obawiała się o swoją córkę, gdyż uważała, że ma ona w sobie coś takiego, co przyciąga zło i cierpienie. I można ją uratować tylko w jeden sposób - wysyłając tam, gdzie jest najbliżej i najdalej zarazem. Być może nie myślała dokładnie w ten sposób. Ale w ten sposób działała. Chyba po prostu nie umiała pomyśleć o miejscu innym, niż jej rodzinny dom. Oczywiście miała racjonalne wyjaśnienia, że praca, mało czasu, mało pieniędzy, że taka konieczność... Ale naprawdę chodziło o to, że gdyby córka z nią została, musiałoby ją spotkać to, co i ją spotkało, gdy była małą dziewczynką. A może raczej, że ona sama musiałaby się tym spotkać. Wysłała więc córeczkę do siostry, by ją uchronić, by siebie uchronić przed tą prawdą, której nie chciała. To swoisty paradoks, ale w ramach ratowania wysłała ją tam, gdzie było najbardziej niebezpiecznie. Popchnęła ją wprost w ramiona sprawcy, bo przecież była tam i jej siostra, która, sama wiesz, co zrobiła swojemu pasierbowi i jej ojczym, który, z kolei, mógł być sprawcą wobec swoich przybranych córek. Tak sobie tylko kalkuluję, ale coś mi mówi, że to właśnie im się przytrafiło i one potem przekazały tę traumę swoim dzieciom. Każda na swój sposób. No a Damian znów zrobił to samo, też na swój sposób.
Nika spojrzała na mnie z uznaniem.
- Nieźle. Twoje psychologiczne hipotezy coraz bardziej zbliżają się do rzeczywistości.
- Myślisz, że Dominice Sanders również przytrafiło się coś takiego... No wiesz... to, co spotkało Damiana, jego macochę, ciotkę...
Nika tylko wzruszyła ramionami, potem pochyliła głowę i jakby posmutniała. Przez chwilę szliśmy obok siebie w milczeniu, jakby oddzieleni, każde zajęte swoim. W mojej głowie gorączkowo kiełkowały nowe koncepcje i domysły. Nika jakby zgasła, zapadła się w siebie. Zdawało się że całkiem straciła ochotę na rozmowę, że chce być sama, lecz moje podekscytowanie i potrzeba dzielenia się „odkryciami”, które na wyścigi pojawiały się w mojej głowie, była tak wielka, że słowa same wylewały się we mnie i bombardowały smutek, w którym zanurzyła się Nika.
- Być może Dominice nic konkretnego się nie stało. Po prostu została uratowana i stąd to wszystko. Pamiętasz jak napisała, że poczucie winy jest pierwotne wobec grzechu i te wszystkie zwariowane historie, dziwne wiersze, powieść, Teatr Zbrodni... To by się nawet zgadzało. Matka wysłała ją z domu, co Dominika odebrała, jak porzucenie. Co więcej, przyjęła niewerbalny przekaz od swojej matki. Uwierzyła, że jest w niej, to znaczy w Dominice, coś co sprowadzi na nią nieszczęście i jeszcze jakieś ukryte zło, czy jakby to nazwać, ten mrok, który widziała w niej matka. I czuła się potwornie zdezorientowana. Bo ta wiara nie była poparta była żadnymi faktami, żadnym jak to określała grzechem. Więc musiała to wewnętrzne poczucie jakoś zracjonalizować i szukała tego nieszczęścia, które, jak wierzyła, było jej pisane. Mogło tak być? Prawda? Wystarczyło ją uratować, żeby spieprzyć jej życie. Być może nie trzeba było nic więcej, żadne nadużycia nie były potrzebne.
Nika milczała i to ostudziło mój zapał. Wszystkie te hipotezy były bardzo prawdopodobne, ale jaki miały związek ze sprawą którą wraz z Niką prowadziliśmy?
- Wszystko jest OK. Tylko po co ja tyle energii marnuję na rozplątywanie emocjonalnych węzłów w życiu niejakiej Sanders, skoro moim zadaniem jest odnalezienie porwanego dziecka.
- Wreszcie robisz, co trzeba i co? - odezwała się wreszcie Nika. - Chcesz się z tego wycofać? Przecież to o nią chodzi. O Dominikę. Od samego początku. To ona mnie tutaj przysłała. Nisia musi do niej wrócić. To Dominika zleciła mi odnalezienie dziecka.
Muszę przyznać, że Nika kompletnie mnie zaskoczyła.
- Jak to?! Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?! A mi się zdawało, że wezwali cię stąd... z miasteczka... bo nie mogli się doczekać na efekty mojej pracy.
Nika milczała.
- Więc to ona... Dominika Sanders... To ona jest... Ale przecież w tym artykule napisani, że ona... no wiesz dokonała aborcji...
- Owszem, dokonała, ale nie tak jak myślisz. Nie dosłownie... jakby ci tu... W tym artykule... to była tylko taka metafora.
- Jaka znów metafora?
- Chodzi o to, że... w tym przynajmniej przypadku, aborcja jest metaforą wyzbycia się dziecka z siebie.
- Na tym to właśnie polega. Dosłownie na tym. Na „wyzbyciu się“, jak to określiłaś, płodu z siebie.
- Nie rozumiesz – zirytowała się Nika. - Chodzi raczej o... wyzbycie się dziecięcości.
- „Zapomnij o dziecku“. Jak w iście z szuflady. Tym który Sanders napisała do niejakiego Andrzeja. Ale to wcale nie wyklucza aborcji.
- Ona dokonała tego w swoich myślach, ale nie w swoim ciele. Może nawet w myślach tego nie zrobiła. W każdym razie nie w świadomości. Zresztą... Później ci wszystko wyjaśnię. Teraz przechodzę przez smutek. Więc nie zatrzymuj mnie. Żeby dotrzeć do Nisi, musimy najpierw przejść przez jej smutek. Kiedy się z niego wynurzę, zdecydujemy, co dalej. A teraz nie przeszkadzaj, bo to jest dobra pora na smutek. Jestem trochę sama, trochę nie. Nie robię nic konkretnego, ale zmierzam w określonym celu. Będzie mi miło jeżeli mnie przytulisz.
I nagle przypomniały mi się słowa Niki: ''Aby dokończyć tę podróż trzeba nam... pozostać tutaj ze sobą.''.
piątek, 13 maja 2016
Choroba
Skoro, jak twierdzi Nika, to nie Sanders porwała dziecko, po co się nią zajmujemy? Chwilami mam wrażenie, że to ona - Sanders, nie dziecko, jest obiektem naszych poszukiwań. Nika posunęła się do tego, by odbyć kolejną wizytę u Damiana, po to tylko, aby szczegółowo o nią wypytać. I to bynajmniej nie w kontekście porwania.
Damian, jak można było się spodziewać, nie za niewiele miał do powiedzenia. Nie przeszkodziło to Nice uznać wizyty za niezwykle udaną. Jak zwykle stwierdziła, że w sposób zasadniczy posunęła śledztwo do przodu.
Szkoda, że mogę podzielić jej opinii.
Jedyna informacja jaką udało nam się uzyskać, dotyczy tego, że Damian był (jest?) chory na jakąś tajemniczą chorobę.
- Powiedz nam coś o swojej siostrze - prosiła Nika
- A co? - dziwił się Damian
- Na przykład... dlaczego nie bawiłeś się z nikim innym?
- To było tak, że mama nie pozwalała mi bawić się z dziećmi, bo byłem chory. To była taka choroba, której w ogóle nie było widać i nie wiem na czym ona polegała, ale to chyba musiała być jakaś straszna choroba, bo mama nie chciała mi o niej nic opowiedzieć, pewnie z dobrego serca, jak to matka, żebym się nie wystraszył i żeby mnie pocieszyć mówiła, że to nie jest jakaś straszna choroba i żebym się nie martwił, ale ja wiedziałem, że tak tylko mi mówi, bo gdyby to była jakaś zwykła choroba, z której można się wyleczyć, nie ukrywałaby jej przede mną.
- Nie pozwalała ci bawić się z dziećmi? Dlatego, że mogły się od ciebie zarazić?
- Nie, nie. To było po to, żeby mnie ochronić, bo jakbym się bawił to mógłbym się za bardzo zmęczyć i to by mi zaszkodziło. To mogłoby być dla mnie okropnie złe. Dlatego nie miałem żadnego kolegi ani koleżanki. Tylko Dominikę. Z nią mogłem się bawić, bo była moją siostrą i nie mogła mi zaszkodzić. Dominika była bardzo dobra. Dzień, w którym wyjechała był najgorszym dniem w moim życiu.
Przyznaję, że trudno mi było uwierzyć własnym uszom. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby Damian powiedział tyle słów naraz.
- Byłeś strasznie samotny - drążyła Nika.
- Ależ skąd. Miałem przecież mamę. Tak mi mówiła. Nie jesteś samotny, syneczku. Dopóki mamy siebie nawzajem niczego nie może nam zabraknąć.
- A ojciec?
- Tatuś był daleko. Dużo pracował, żeby niczego nam nie zabrakło.
- No dobrze! Wróćmy do choroby. Czym ona się objawiała.
- Nie objawiała się. Ona po prostu była we mnie. I nadal jest. Czasami się boję, że wreszcie się objawi. A ja nawet nie wiem, co wtedy ze mną się stanie.
Damian, jak można było się spodziewać, nie za niewiele miał do powiedzenia. Nie przeszkodziło to Nice uznać wizyty za niezwykle udaną. Jak zwykle stwierdziła, że w sposób zasadniczy posunęła śledztwo do przodu.
Szkoda, że mogę podzielić jej opinii.
Jedyna informacja jaką udało nam się uzyskać, dotyczy tego, że Damian był (jest?) chory na jakąś tajemniczą chorobę.
- Powiedz nam coś o swojej siostrze - prosiła Nika
- A co? - dziwił się Damian
- Na przykład... dlaczego nie bawiłeś się z nikim innym?
- To było tak, że mama nie pozwalała mi bawić się z dziećmi, bo byłem chory. To była taka choroba, której w ogóle nie było widać i nie wiem na czym ona polegała, ale to chyba musiała być jakaś straszna choroba, bo mama nie chciała mi o niej nic opowiedzieć, pewnie z dobrego serca, jak to matka, żebym się nie wystraszył i żeby mnie pocieszyć mówiła, że to nie jest jakaś straszna choroba i żebym się nie martwił, ale ja wiedziałem, że tak tylko mi mówi, bo gdyby to była jakaś zwykła choroba, z której można się wyleczyć, nie ukrywałaby jej przede mną.
- Nie pozwalała ci bawić się z dziećmi? Dlatego, że mogły się od ciebie zarazić?
- Nie, nie. To było po to, żeby mnie ochronić, bo jakbym się bawił to mógłbym się za bardzo zmęczyć i to by mi zaszkodziło. To mogłoby być dla mnie okropnie złe. Dlatego nie miałem żadnego kolegi ani koleżanki. Tylko Dominikę. Z nią mogłem się bawić, bo była moją siostrą i nie mogła mi zaszkodzić. Dominika była bardzo dobra. Dzień, w którym wyjechała był najgorszym dniem w moim życiu.
Przyznaję, że trudno mi było uwierzyć własnym uszom. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby Damian powiedział tyle słów naraz.
- Byłeś strasznie samotny - drążyła Nika.
- Ależ skąd. Miałem przecież mamę. Tak mi mówiła. Nie jesteś samotny, syneczku. Dopóki mamy siebie nawzajem niczego nie może nam zabraknąć.
- A ojciec?
- Tatuś był daleko. Dużo pracował, żeby niczego nam nie zabrakło.
- No dobrze! Wróćmy do choroby. Czym ona się objawiała.
- Nie objawiała się. Ona po prostu była we mnie. I nadal jest. Czasami się boję, że wreszcie się objawi. A ja nawet nie wiem, co wtedy ze mną się stanie.
czwartek, 12 maja 2016
Manganowy błękit
Ponoć Sanders skontaktowała się z jakimś znajomym Niki i przekazała informację, że zamierza przyjechać do X.
Kiedy?
Nie wiadomo.
Czy to była na pewno ona?
Tego również nie wiadomo.
P.S. Powoli powracają wspomnienia. Pokój Dominiki Sanders, gdy była dorastającą dziewczyną. Pełen szkiców, kartek zabazgranych niewyraźnym pismem, szafką (czy burkiem?) pomalowaną osobiście przez Dominikę na kolor manganowego błękitu i rysunkami na ścianach.
Kiedy?
Nie wiadomo.
Czy to była na pewno ona?
Tego również nie wiadomo.
P.S. Powoli powracają wspomnienia. Pokój Dominiki Sanders, gdy była dorastającą dziewczyną. Pełen szkiców, kartek zabazgranych niewyraźnym pismem, szafką (czy burkiem?) pomalowaną osobiście przez Dominikę na kolor manganowego błękitu i rysunkami na ścianach.
środa, 11 maja 2016
Co może być przeciwieństwem porwania
Nika chyba ucieszyła się na mój widok. W każdym razie bez słowa sprzeciwu wysłuchała moich rewelacji. Upewniło mnie to w przekonaniu, że podziela mój pogląd o winie Sanders.
- Jest motyw. Jest patologiczna osobowość sprawcy. Jest, choć może ograniczony, kontakt z mieszkańcami X. Na pewno kontakt z Damianem, który co prawda sam nie ma żadnego motywu, ale struktura psychiczna predystynuje go do uległości wobec bliskiej, toksycznej i obdarzonej silną osobowością osoby. Sanders mogła namówić go do wszystkiego. Nawet do współudziału w zbrodni. To więcej niż pewne, że wywiozła stąd dzieciaka. Być może przy pomocy Damiana. Możliwe, że jego, to znaczy Damiana, też trzeba będzie stąd wywieźć.
- Ciekawe jak go do tego zmusisz? - wyraziła wątpliwość Nika, co było o tyle dziwne, że do tej pory nic nie stanowiło dla niej problemu, żadna z licznych przeszkód, które stawały w poprzek naszego śledztwa.
- Trzeba go będzie przekonać, że działamy na polecenie Sanders. Założę się, że nic nie wie o jej śmierci. A jeśli nawet... z pewnością w nią nie uwierzył. Słuchaj, wszystko mam przemyślane! To on nas do niej, a raczej do dziecka, zaprowadzi!
- Jeśli stąd wyjedziemy nie odnajdziemy dziecka - odparła ku memu zaskoczeniu Nika. - Ono jest już całkiem blisko. Bliżej niż ci się zdaje. Wyjazd będzie ucieczką. Już wcześniej próbowałam ci to powiedzieć.
- Nika, słońce, nie gniewaj się, ale czasem mam wrażenie, że sama przed czymś uciekasz. No dobrze, przyznaję. Mnie też się zdarza. Też stosuję różne uniki. Ale to temat na zupełnie inną rozmowę. Obawiam się, że podświadomie, tylko nie myśl, że cię o coś oskarżam, że... tak naprawdę nie chcesz tego dziecka znaleźć. I to rzutuje na efekty śledztwa. Czy nie masz czasem wrażenia, że my... po porostu korzystamy z okazji... aby... pozałatwiać jakieś swoje nierozwiązane problemy? Te wszystkie sny, intuicje, wymądrzanie się, psychologiczne interpretacje... Kurwa mać! Nika! Spójrzmy prawdzie w oczy! Fundujemy sobie kosztem dzieciaka autoterapię i jeszcze nam za to płacą!
- Nooo... teraz to już przeginasz? Zresztą... mów sobie co chcesz. To co robię jest najlepsze dla dziecka.
- Baba porwała dzieciaka i palnęła sobie w łeb! To by nawet pasowało, biorąc pod uwagę brednie, które pisała o wyrzutach sumienia. Nie mogła znieść myśli, że popełniła zbrodnię. To szczyt nieodpowiedzialności. Porwać dziecko, a potem się zabić, zostawiając je na łasce losu!
- To nieprawda. Dominika Sanders nie popełniła samobójstwa.
- Czemu więc napisali, że nie żyje?
- Ponieważ to... w pewien sposób... jest prawdą. Ale nie chodzi o śmierć w takim sensie jak ty ją pojmujesz. Chodzi raczej o to... że coś się skończyło. Wyczerpało. Wypełniło. Zamieniło w przeszłość. Umarło. Lecz jeszcze nie zmartwychwstało. Zostało zakopane w ziemi, lecz nie wykiełkowało. Dopiero pęcznieje. Wzbiera. Pomaleńku się rozchyla. Nie. Dopiero zacznie się rozchylać. Na razie zimuje. Kończy się pierwszy dzień. Drugiego dnia dowiemy się, gdzie jest dziecko. A trzeciego pojawi się kiełek.
- Nika, słonko, proszę... nie mogę już tego słuchać.
- A jeśli to nie był żaden artykuł tylko...
- Tylko co?
- Taki jakby utwór literacki, który przybrał formę artykułu. Baśń udająca literaturę faktu. No wiesz, chodzi o to, że to nie jest prawda tylko...
- Co?
- Tylko prawda, ale...
- Prawda, czyli prawda?
- No wiesz... prawda zapisana w formie fikcji. Historia, w której rzeczywiste wydarzenia splatają się z metaforami.
- Jakimi znowu metaforami?
- Na przykład samobójstwo to metafora odwrócenia się od świata. Chodzi o to, że ona zamknęła oczy i widzi już tylko siebie i właśnie dlatego nie może siebie zobaczyć.
- Nika, słońce, nie mieszaj mi w głowie, proszę! Sobie samej nie mieszaj. Właśnie teraz, kiedy wreszcie mamy trop.
- Ona żyje!
- Załóżmy, że to prawda. Żyje. Tym bardziej to podejrzane. Porwała dzieciaka i upozorowała samobójstwo, by uniknąć odpowiedzialności. Miała w tym, trzeba przyznać wprawę, biorąc pod uwagę praktykę w Teatrze Zbrodni. Te wszystkie skomplikowane inscenizacje, pozorowane zabójstwa, pozorowane pogrzeby. Może nawet zorganizowała własny pogrzeb i wystąpiła w roli jednego żałobników obserwując co się wokół dzieje. Tak! Nika, dzięki. Teraz mnie olśniło. Nie mam wątpliwości, że tak to właśnie się odbyło. Porwanie, a potem zainscenizowana śmierć! Piekielnie inteligentna i piekielnie zaburzona! To najgroźniejsze połączenie. Pamiętasz jej rzeźby... Już wtedy przyszło mi do głowy, że coś z nią jest nie tak.
- Może jest trochę... zaburzona, ale... nie skrzywdziłaby dziecka. Przynajmniej nie w tak jawny i świadomy sposób. Ona nie porwała tego dzieciaka. Wręcz przeciwnie.
- Tiaaa... ciekawe? Co może być przeciwieństwem porwania?
- Nie zrozumiesz tego, dopóki nie przestaniesz myśleć. Widzisz tylko to, co chcesz widzieć, tylko to, co ci pasuje. Spróbuj sobie przypomnieć, jaka była naprawdę. Kim była, gdy na sąsiednim podwórku bawiła się z Damianem.
I nagle przyszedł do mnie z przeszłości odrobinę zamglony wizerunek tamtej dziewczynki. Takie nie wiadomo co. Chudy dzieciak, z podrapanymi kolanami i fryzurą na chłopaka, delikatny i kanciasty zarazem. Zadziorny i nieśmiały. Z twarzą ułożoną w uśmiech i pełną wiary, że tak właśnie trzeba. Że trzeba się uśmiechać. I coś bardzo mocno ścisnęło mnie w sercu. Nie wiem co to było, ból czy wzruszenie?
- Nawet jeśli była najcudowniejszym, najbardziej niewinnym dzieckiem... to niestety... dziś nie ma to już żadnego znaczenia.
- Mam od niej wiadomość. Ona... próbowała mnie odnaleźć.
- Jest motyw. Jest patologiczna osobowość sprawcy. Jest, choć może ograniczony, kontakt z mieszkańcami X. Na pewno kontakt z Damianem, który co prawda sam nie ma żadnego motywu, ale struktura psychiczna predystynuje go do uległości wobec bliskiej, toksycznej i obdarzonej silną osobowością osoby. Sanders mogła namówić go do wszystkiego. Nawet do współudziału w zbrodni. To więcej niż pewne, że wywiozła stąd dzieciaka. Być może przy pomocy Damiana. Możliwe, że jego, to znaczy Damiana, też trzeba będzie stąd wywieźć.
- Ciekawe jak go do tego zmusisz? - wyraziła wątpliwość Nika, co było o tyle dziwne, że do tej pory nic nie stanowiło dla niej problemu, żadna z licznych przeszkód, które stawały w poprzek naszego śledztwa.
- Trzeba go będzie przekonać, że działamy na polecenie Sanders. Założę się, że nic nie wie o jej śmierci. A jeśli nawet... z pewnością w nią nie uwierzył. Słuchaj, wszystko mam przemyślane! To on nas do niej, a raczej do dziecka, zaprowadzi!
- Jeśli stąd wyjedziemy nie odnajdziemy dziecka - odparła ku memu zaskoczeniu Nika. - Ono jest już całkiem blisko. Bliżej niż ci się zdaje. Wyjazd będzie ucieczką. Już wcześniej próbowałam ci to powiedzieć.
- Nika, słońce, nie gniewaj się, ale czasem mam wrażenie, że sama przed czymś uciekasz. No dobrze, przyznaję. Mnie też się zdarza. Też stosuję różne uniki. Ale to temat na zupełnie inną rozmowę. Obawiam się, że podświadomie, tylko nie myśl, że cię o coś oskarżam, że... tak naprawdę nie chcesz tego dziecka znaleźć. I to rzutuje na efekty śledztwa. Czy nie masz czasem wrażenia, że my... po porostu korzystamy z okazji... aby... pozałatwiać jakieś swoje nierozwiązane problemy? Te wszystkie sny, intuicje, wymądrzanie się, psychologiczne interpretacje... Kurwa mać! Nika! Spójrzmy prawdzie w oczy! Fundujemy sobie kosztem dzieciaka autoterapię i jeszcze nam za to płacą!
- Nooo... teraz to już przeginasz? Zresztą... mów sobie co chcesz. To co robię jest najlepsze dla dziecka.
- Baba porwała dzieciaka i palnęła sobie w łeb! To by nawet pasowało, biorąc pod uwagę brednie, które pisała o wyrzutach sumienia. Nie mogła znieść myśli, że popełniła zbrodnię. To szczyt nieodpowiedzialności. Porwać dziecko, a potem się zabić, zostawiając je na łasce losu!
- To nieprawda. Dominika Sanders nie popełniła samobójstwa.
- Czemu więc napisali, że nie żyje?
- Ponieważ to... w pewien sposób... jest prawdą. Ale nie chodzi o śmierć w takim sensie jak ty ją pojmujesz. Chodzi raczej o to... że coś się skończyło. Wyczerpało. Wypełniło. Zamieniło w przeszłość. Umarło. Lecz jeszcze nie zmartwychwstało. Zostało zakopane w ziemi, lecz nie wykiełkowało. Dopiero pęcznieje. Wzbiera. Pomaleńku się rozchyla. Nie. Dopiero zacznie się rozchylać. Na razie zimuje. Kończy się pierwszy dzień. Drugiego dnia dowiemy się, gdzie jest dziecko. A trzeciego pojawi się kiełek.
- Nika, słonko, proszę... nie mogę już tego słuchać.
- A jeśli to nie był żaden artykuł tylko...
- Tylko co?
- Taki jakby utwór literacki, który przybrał formę artykułu. Baśń udająca literaturę faktu. No wiesz, chodzi o to, że to nie jest prawda tylko...
- Co?
- Tylko prawda, ale...
- Prawda, czyli prawda?
- No wiesz... prawda zapisana w formie fikcji. Historia, w której rzeczywiste wydarzenia splatają się z metaforami.
- Jakimi znowu metaforami?
- Na przykład samobójstwo to metafora odwrócenia się od świata. Chodzi o to, że ona zamknęła oczy i widzi już tylko siebie i właśnie dlatego nie może siebie zobaczyć.
- Nika, słońce, nie mieszaj mi w głowie, proszę! Sobie samej nie mieszaj. Właśnie teraz, kiedy wreszcie mamy trop.
- Ona żyje!
- Załóżmy, że to prawda. Żyje. Tym bardziej to podejrzane. Porwała dzieciaka i upozorowała samobójstwo, by uniknąć odpowiedzialności. Miała w tym, trzeba przyznać wprawę, biorąc pod uwagę praktykę w Teatrze Zbrodni. Te wszystkie skomplikowane inscenizacje, pozorowane zabójstwa, pozorowane pogrzeby. Może nawet zorganizowała własny pogrzeb i wystąpiła w roli jednego żałobników obserwując co się wokół dzieje. Tak! Nika, dzięki. Teraz mnie olśniło. Nie mam wątpliwości, że tak to właśnie się odbyło. Porwanie, a potem zainscenizowana śmierć! Piekielnie inteligentna i piekielnie zaburzona! To najgroźniejsze połączenie. Pamiętasz jej rzeźby... Już wtedy przyszło mi do głowy, że coś z nią jest nie tak.
- Może jest trochę... zaburzona, ale... nie skrzywdziłaby dziecka. Przynajmniej nie w tak jawny i świadomy sposób. Ona nie porwała tego dzieciaka. Wręcz przeciwnie.
- Tiaaa... ciekawe? Co może być przeciwieństwem porwania?
- Nie zrozumiesz tego, dopóki nie przestaniesz myśleć. Widzisz tylko to, co chcesz widzieć, tylko to, co ci pasuje. Spróbuj sobie przypomnieć, jaka była naprawdę. Kim była, gdy na sąsiednim podwórku bawiła się z Damianem.
I nagle przyszedł do mnie z przeszłości odrobinę zamglony wizerunek tamtej dziewczynki. Takie nie wiadomo co. Chudy dzieciak, z podrapanymi kolanami i fryzurą na chłopaka, delikatny i kanciasty zarazem. Zadziorny i nieśmiały. Z twarzą ułożoną w uśmiech i pełną wiary, że tak właśnie trzeba. Że trzeba się uśmiechać. I coś bardzo mocno ścisnęło mnie w sercu. Nie wiem co to było, ból czy wzruszenie?
- Nawet jeśli była najcudowniejszym, najbardziej niewinnym dzieckiem... to niestety... dziś nie ma to już żadnego znaczenia.
- Mam od niej wiadomość. Ona... próbowała mnie odnaleźć.
poniedziałek, 9 maja 2016
Teatr Zbrodni
Wciąż jestem w X. Nie oznacza to jednak rezygnacji z wyjazdu. Wręcz przeciwnie. Dopiero teraz mam pewność, że to konieczne.
Dla dobra sprawy. Tej sprawy! Paradoksalnie, muszę wyjechać z X, żeby poznać tajemnicę popełnionej w X zbrodni.
I chcę, żeby Nika pojechała ze mną. Cerber też!
Rzecz w tym, że wreszcie mam to, czego najbardziej nam brakowało!!! Głównego podejrzanego! A właściwie podejrzaną.
Na początek jednak - w telegraficznym skrócie zrelacjonuję wydarzenia dzisiejszego poranka.
Zaczęło się od tego, że zepsuł mi się samochód (już po raz trzeci w tym pierdolonym X). Nic jednak nie było w stanie powstrzymać mnie przed wyjazdem. Żadne przeszkody. A co dopiero taki drobiazg? Od czego w końcu mamy publiczne środki transportu?! To, że dworzec znajduje się na drugim końcu miasteczka, to też żaden problem. Zostało mi jeszcze trochę kasy, choć to cholerne śledztwo przyniosło więcej strat niż zysków – również w materialnym sensie. Ale co tam, stać mnie jeszcze na taksówkę.
Taksówkarz (o dziwo!) przyjechał za wcześnie, co było świetnym pretekstem by uciąć kłopotliwą rozmowę z panią Marią, która usiłowała za wszelką cenę wyciągnąć ode mnie informacje na temat przyczyny tak nagłego wyjazdu, i na dodatek dość namolnie wypytywała, co się stało, że Nika siedzi zamknięta w pokoju. Uwięziony w kojcu Cebrzyk (tak ostatnio mówię na Cerbera) wył rozpaczliwie, jakby przeczuwając co nastąpi. Serce mi się krajało, ale... co robić.
Nawiasem mówiąc, taksówkarz ze swoją modiglianowską twarzą przypominał nieco listonosza, który przyniósł mi rozpaczliwą wiadomość z X.
Co za paradoks? Tamten wezwał mnie do rodzinnego miasteczka, a ten, symbolicznie rzecz ujmując, mnie z niego odwołuje.
Gdy wreszcie, już na dworcu, udało mi się dodzwonić do Klientki, tuż za moimi plecami rozległ się radosny bas.
Cebrzyk?
Cebrzyk!
Jakim cudem wydostał się z kojca?!
I jak to możliwe, że udało mu się dotrzeć za mną na dworzec?
Nie było czasu, żeby się nad tym zastanowić. Trzeba było przerwać rozmowę i pacyfikować psisko, bo zagrażało bezpieczeństwu publicznemu, a konkretnie bezpieczeństwu tych kilku osób, które prócz mnie znajdowały się w poczekalni i patrzyły na „bestię” z prawdziwym przerażeniem. Nie było to łatwe. Cebrzyk, nacieszywszy się moją osobą, nagle znieruchomiał z wzrokiem, a raczej węchem skierowanym w jakiś odległy cel. Potem rzucił się pędem przed siebie. Ja za nim. Przebiegł przez ulicę, omal nie powodując wypadku i wbiegł na przystanek przed dworcem, płosząc czekających na autobus przechodniów.
Obiektem jego nagłej fascynacji okazała się dziewczyna w czerwonych butach, która swoim wyglądem i sposobem noszenia ogromnie się wyróżniała z, że tak się wyrażę, tła. Poza tym... przypominała trochę Sabinę. Przez chwilę zdawało mi się nawet, że to ona.
Jednak nie złudne podobieństwo do dawnej opiekunki skłoniło Cebrzyka do tak gwałtownej reakcji, tylko fakt, że dziewczyna trzymała na kolanach małego dziwacznego pieska. A raczej suczkę, jak można było wywnioskować z oznak niecierpliwej ekscytacji uzewnętrznionej przez mojego pupila.
Cudem udało mi się opanować rozradowaną „bestię” przy pomocy wyciągniętego z bagażu paska, który tym razem wystąpił w roli smyczy.
Dziewczyna (jedyna chyba w X osoba, która nie boi się Cerbera) powiedziała, że nic nie szkodzi, że spoko, nie ma za co przepraszać, wszak miłość nie wybiera, zwłaszcza w psim świecie - to ostatnie ze śmiechem, bo fakt, trudno wyobrazić sobie gorzej dobraną parę niż jej maleńka sunia i mój „potwór”. Na zakończenie pogłaskała Cerbusia po głowie i wraz z podopieczną zniknęła w autobusie.
Okazało się, że w zamieszaniu zostawiła na przystanku jakąś broszurę.
A może to nie ona?
Może książeczka leżała tam wcześniej?
Faktem jest, że na ławce pod wiatą walały się jakieś, z lekka wymięte, bezpańskie druki.
Z powodu miłosnej przygody Cebrzyka pociąg uciekł. Jednak nie to zdecydowało o moim (chwilowym!!!) powrocie do pensjonatu.
Nawet nie fakt, że podróż z uwiązanym na pasku Cerberem mogła się okazać się prawdziwą katastrofą.
Powodem była treść broszury.
Nie uwierzycie, opisywała ona.... działalność ''Teatru Zbrodni''!!! Na wstępie znalazła się skrócona biografia Dominiki Sanders i streszczenie ''Dwóch spotkań z diabłem''. To można sobie darować. To już znacie.
Całą resztę pozwolę sobie bez zmian i skrótów przytoczyć.
Rozumowanie Sanders wygląda w ten sposób: Skoro grzech posiada siłę oczyszczającą i uwalnia od poczucia winy, które do grzechu popycha, trzeba go doświadczyć i to w sposób jak najbardziej intensywny. Nie wystarczy jednorazowe oczyszczenie. Wspomnienie upadku po jakimś czasie blednie i rozum znów zaczyna pytać, skąd się właściwie wzięło poczucie winy? Zatem należy zachować czujność i doświadczać upadku bezustannie, z dnia na dzień, gdy tylko zaistnieje taka potrzeba.
Jak to robić, by jednocześnie nie krzywdzić innych?
W tym celu powołany został Teatr Zbrodni. Miało to być miejsce, w którym każdy potrzebujący mógłby unaocznić sobie swój grzech w całej jego potworności i w ten sposób uwolnić się od niego.
Działalność Teatru Zbrodni była półformalna. Jego siedziba znajdowała się w willi wynajętej przez ówczesnego przyjaciela Sanders, który finansował większość jej przedsięwzięć z tamtego okresu. Sanders, pomimo swej nieco autystycznej osobowości, miała szerokie znajomościom w świecie artystycznym (i nie tylko). Z teatrem współpracowało wielu aktorów, plastyków, scenografów, specjalistów od efektów specjalnych, konstruktorów, pisarzy, psychologów i wiele innych osób o bliżej nie sprecyzowanej profesji. Nie byli zatrudnieni w teatrze na stałe, lecz pracowali przy realizacji konkretnego przedsięwzięcia. Każdy spektakl przygotowywany był indywidualnie na potrzeby konkretnego klienta. Jednak procedura wyglądała na ogół w ten sposób: zainteresowany zgłaszał się do koordynatora ,,zbrodni'' i opowiadał z czym przyszedł. Czasami sama rozmowa wystarczała, by klient poczuł się oczyszczony. Jeśli jednak to nie nastąpiło, koordynator uzgadniał z nim szczegóły, zbierał dokumentację, starał się dowiedzieć jak najwięcej o jego życiu i otoczeniu. Następnie wspólnie z literatem lub psychologiem próbował przewidzieć wszystkie następstwa danego wydarzenia i opracowywał wstępny scenariusz, konsultując się oczywiście z samym zainteresowanym.
Scenariusz w trakcie realizacji ulegał licznym przekształceniom. Powstało w ten sposób wiele pasjonujących opowieści, które same w sobie stanowią o wartości spuścizny pozostałej po Teatrze Zbrodni. Wydano je niedawno w formie zbioru i trzeba przyznać, że to fascynująca lektura.
W dalszej kolejności zajmowano się przygotowaniem rekwizytów. Konstruowano specjalne manekiny oddające dokładnie wygląd upatrzonej ofiary z wmontowanym specjalnym mechanizmem, który powodował na przykład, że podczas duszenia twarz ofiary wykrzywiała się w straszliwym grymasie.
Czasem w roli świadków przestępstwa lub ofiar występowali odpowiednio ucharakteryzowani aktorzy. Dotyczyło to na ogół znęcania się psychicznego i morderstw z broni palnej.
W przypadku rękoczynów, w których istotną rolę odgrywała np. siła uderzenia, ew. gwałtów - stosowano manekiny.
Opracowywano też efekty dźwiękowe i scenografię, niejednokrotnie imitującą dokładnie wskazane przez klienta miejsce.
Spektakle najczęściej odbywały się w willi wynajętej przez Teatr Zbrodni, czasem jednak przenosiły się do prywatnych mieszkań, bądź w plener. W takim przypadku przebiegu ,,zbrodni'' pilnowała wynajęta firma ochroniarska.
Łatwo sobie wyobrazić, że każdy spektakl wymagał ogromnego wkładu pracy zarówno ze strony realizatorów jak i klientów. Chyba tylko magnetycznej osobowości Dominiki Sanders należy przypisać fakt, ze pracowano za pół darmo i w szaleńczym tempie.
Osoby najbardziej zamknięte w sobie, nie mające ochoty konsultować się w sprawie swojej zbrodni, mogły wejść, wybrać rekwizyty i samodzielnie ją zaaranżować.
Jednym z najefektowniejszych i najkosztowniejszych zarazem przedsięwzięć był spektakl przygotowany przez pewnego bogatego mężczyznę, który zgłosił się z zamiarem popełnienia samobójstwa.
Pod kontrolą pracowników teatru, w swoim gabinecie podjął próbę powieszenia się. Sznur odcięto wystarczająco wcześnie, by nic mu się nie stało i wystarczająco późno, aby się wystraszył, że opiekunowie o nim zapomnieli i faktycznie czeka go śmierć.
Następnie za pomocą zrealizowanej uprzednio dokumentacji video zapoznał się z reakcjami różnych osób na wieść o jego śmierci. Szczególnie wstrząsnęło nim zachowanie dzieci i matki.
Oczywiście postacie te zostały zagrane przez aktorów. Wziął również udział we własnym pogrzebie. W orszaku pogrzebowym szło kilkadziesiąt osób. Wszystkie ucharakteryzowane na bliskich, rodzinę, znajomych i współpracowników. On sam przebrany był za swojego syna i miał się wczuć w jego sytuację emocjonalną.
Po mniej więcej dwóch latach spokojnej i niczym nie zakłóconej działalności nad Teatrem Zbrodni zebrały się pierwsze chmury. W prasie zaczęły się ukazywać krytyczne artykuły na jego temat. Pojawiły się pierwsze przypadki ataków nerwowych, a nawet jeden zawał serca - niektóre osoby nie wytrzymywały napięcia wywołanego odtwarzaniem ,,zbrodni''.
Kilkakrotnie aresztowano uczestników ,,zbrodni plenerowych'', co prawda po złożeniu wyjaśnień zostali zwolnieni, jednak fakty te postawiły pod znakiem zapytania dalszą działalność Teatru.
Przysłowiową kroplą przepełniającą kielich była próba popełnienia gwałtu na małej dziewczynce. Tylko szybka interwencja obserwatorów kontrolujących przebieg „spektaklu” zapobiegła tragedii. Gwałtu usiłował dokonać jeden z samodzielnie aranżujących zbrodnię. Przy okazji wyszło na jaw, że w teatrze zatrudniane były również dzieci, choć w tym przypadku mężczyzna przyprowadził dziewczynkę z ulicy.
Dominika Sanders w wyniku długotrwałego procesu została uniewinniona. Przez jakiś czas próbowała wskrzesić Teatr Zbrodni. Bezskutecznie. Po ostatecznym rozwiązaniu Teatru słuch o niej zaginął. Dopiero kilka dni temu postać artystki przypomniała nam wiadomość o jej samobójczej śmierci.
Po przeczytaniu artykułu rozmaite fakty zaczęły układać mi się w całość. Sen Niki o molestowaniu seksualnym i fragment, w którym mowa o tym, że w ''Teatrze Zbrodni" omal nie doszło do gwałtu na małej dziewczynce. To, co mówiła Nika o porywaczu i poczuciu winy oraz to, co o poczuciu winy pisała Sanders.
I nagle stało się dla mnie jasne, kto jest sprawcą tej zbrodni!
To ona! Słynna artystka z X!
A braciszek jej pomógł. Jest przecież za głupi, by sam coś takiego zaplanować.
To jej wina! Wymyśliła wszystko, wciągnęła go w swoje plany, a on zrobił, co kazała. Świruska! Zbok!
Czy ktoś przy zdrowych zmysłach założyłby ''Teatr Zbrodni''?!
Zaczynam rozumieć przesłanie książki, którą wypożyczyła nam pani psycholog. To była właśnie zwyrodniała forma pomocy. Pomoc będąca efektem wewnętrznych braków i siejąca wyłącznie spustoszenie.
A cała ta chora teoria na temat poczucia winy... Przypuszczam, że Sanders musiała zrobić coś, co wypełni jej przerośnięte poczucie winy i wykorzystała do tego porwane dziecko. Teatr już jej nie wystarczył.
Albo potrzebowała nieletnich aktorów do swoich nielegalnych spektakli.
Kto wie, co się teraz dzieje z tym biednym dzieckiem? Czy jeszcze żyje? A jeśli tak, czy kiedykolwiek będzie zdolne do normalnej egzystencji?
Pewne jest tylko to, że gdzieś je X wywiozła. Dlatego trzeba stąd wyjechać. Natychmiast!
Czekam na Nikę. Podobno, zaraz po tym, jak taksówka ruszyła z podjazdu, Nika otworzyła pokój i gdzieś sobie poszła.
Wracaj, słońce!
Wreszcie wiem, co musimy zrobić.
Dla dobra sprawy. Tej sprawy! Paradoksalnie, muszę wyjechać z X, żeby poznać tajemnicę popełnionej w X zbrodni.
I chcę, żeby Nika pojechała ze mną. Cerber też!
Rzecz w tym, że wreszcie mam to, czego najbardziej nam brakowało!!! Głównego podejrzanego! A właściwie podejrzaną.
Na początek jednak - w telegraficznym skrócie zrelacjonuję wydarzenia dzisiejszego poranka.
Zaczęło się od tego, że zepsuł mi się samochód (już po raz trzeci w tym pierdolonym X). Nic jednak nie było w stanie powstrzymać mnie przed wyjazdem. Żadne przeszkody. A co dopiero taki drobiazg? Od czego w końcu mamy publiczne środki transportu?! To, że dworzec znajduje się na drugim końcu miasteczka, to też żaden problem. Zostało mi jeszcze trochę kasy, choć to cholerne śledztwo przyniosło więcej strat niż zysków – również w materialnym sensie. Ale co tam, stać mnie jeszcze na taksówkę.
Taksówkarz (o dziwo!) przyjechał za wcześnie, co było świetnym pretekstem by uciąć kłopotliwą rozmowę z panią Marią, która usiłowała za wszelką cenę wyciągnąć ode mnie informacje na temat przyczyny tak nagłego wyjazdu, i na dodatek dość namolnie wypytywała, co się stało, że Nika siedzi zamknięta w pokoju. Uwięziony w kojcu Cebrzyk (tak ostatnio mówię na Cerbera) wył rozpaczliwie, jakby przeczuwając co nastąpi. Serce mi się krajało, ale... co robić.
Nawiasem mówiąc, taksówkarz ze swoją modiglianowską twarzą przypominał nieco listonosza, który przyniósł mi rozpaczliwą wiadomość z X.
Co za paradoks? Tamten wezwał mnie do rodzinnego miasteczka, a ten, symbolicznie rzecz ujmując, mnie z niego odwołuje.
Gdy wreszcie, już na dworcu, udało mi się dodzwonić do Klientki, tuż za moimi plecami rozległ się radosny bas.
Cebrzyk?
Cebrzyk!
Jakim cudem wydostał się z kojca?!
I jak to możliwe, że udało mu się dotrzeć za mną na dworzec?
Nie było czasu, żeby się nad tym zastanowić. Trzeba było przerwać rozmowę i pacyfikować psisko, bo zagrażało bezpieczeństwu publicznemu, a konkretnie bezpieczeństwu tych kilku osób, które prócz mnie znajdowały się w poczekalni i patrzyły na „bestię” z prawdziwym przerażeniem. Nie było to łatwe. Cebrzyk, nacieszywszy się moją osobą, nagle znieruchomiał z wzrokiem, a raczej węchem skierowanym w jakiś odległy cel. Potem rzucił się pędem przed siebie. Ja za nim. Przebiegł przez ulicę, omal nie powodując wypadku i wbiegł na przystanek przed dworcem, płosząc czekających na autobus przechodniów.
Obiektem jego nagłej fascynacji okazała się dziewczyna w czerwonych butach, która swoim wyglądem i sposobem noszenia ogromnie się wyróżniała z, że tak się wyrażę, tła. Poza tym... przypominała trochę Sabinę. Przez chwilę zdawało mi się nawet, że to ona.
Jednak nie złudne podobieństwo do dawnej opiekunki skłoniło Cebrzyka do tak gwałtownej reakcji, tylko fakt, że dziewczyna trzymała na kolanach małego dziwacznego pieska. A raczej suczkę, jak można było wywnioskować z oznak niecierpliwej ekscytacji uzewnętrznionej przez mojego pupila.
Cudem udało mi się opanować rozradowaną „bestię” przy pomocy wyciągniętego z bagażu paska, który tym razem wystąpił w roli smyczy.
Dziewczyna (jedyna chyba w X osoba, która nie boi się Cerbera) powiedziała, że nic nie szkodzi, że spoko, nie ma za co przepraszać, wszak miłość nie wybiera, zwłaszcza w psim świecie - to ostatnie ze śmiechem, bo fakt, trudno wyobrazić sobie gorzej dobraną parę niż jej maleńka sunia i mój „potwór”. Na zakończenie pogłaskała Cerbusia po głowie i wraz z podopieczną zniknęła w autobusie.
Okazało się, że w zamieszaniu zostawiła na przystanku jakąś broszurę.
A może to nie ona?
Może książeczka leżała tam wcześniej?
Faktem jest, że na ławce pod wiatą walały się jakieś, z lekka wymięte, bezpańskie druki.
Z powodu miłosnej przygody Cebrzyka pociąg uciekł. Jednak nie to zdecydowało o moim (chwilowym!!!) powrocie do pensjonatu.
Nawet nie fakt, że podróż z uwiązanym na pasku Cerberem mogła się okazać się prawdziwą katastrofą.
Powodem była treść broszury.
Nie uwierzycie, opisywała ona.... działalność ''Teatru Zbrodni''!!! Na wstępie znalazła się skrócona biografia Dominiki Sanders i streszczenie ''Dwóch spotkań z diabłem''. To można sobie darować. To już znacie.
Całą resztę pozwolę sobie bez zmian i skrótów przytoczyć.
Rozumowanie Sanders wygląda w ten sposób: Skoro grzech posiada siłę oczyszczającą i uwalnia od poczucia winy, które do grzechu popycha, trzeba go doświadczyć i to w sposób jak najbardziej intensywny. Nie wystarczy jednorazowe oczyszczenie. Wspomnienie upadku po jakimś czasie blednie i rozum znów zaczyna pytać, skąd się właściwie wzięło poczucie winy? Zatem należy zachować czujność i doświadczać upadku bezustannie, z dnia na dzień, gdy tylko zaistnieje taka potrzeba.
Jak to robić, by jednocześnie nie krzywdzić innych?
W tym celu powołany został Teatr Zbrodni. Miało to być miejsce, w którym każdy potrzebujący mógłby unaocznić sobie swój grzech w całej jego potworności i w ten sposób uwolnić się od niego.
Działalność Teatru Zbrodni była półformalna. Jego siedziba znajdowała się w willi wynajętej przez ówczesnego przyjaciela Sanders, który finansował większość jej przedsięwzięć z tamtego okresu. Sanders, pomimo swej nieco autystycznej osobowości, miała szerokie znajomościom w świecie artystycznym (i nie tylko). Z teatrem współpracowało wielu aktorów, plastyków, scenografów, specjalistów od efektów specjalnych, konstruktorów, pisarzy, psychologów i wiele innych osób o bliżej nie sprecyzowanej profesji. Nie byli zatrudnieni w teatrze na stałe, lecz pracowali przy realizacji konkretnego przedsięwzięcia. Każdy spektakl przygotowywany był indywidualnie na potrzeby konkretnego klienta. Jednak procedura wyglądała na ogół w ten sposób: zainteresowany zgłaszał się do koordynatora ,,zbrodni'' i opowiadał z czym przyszedł. Czasami sama rozmowa wystarczała, by klient poczuł się oczyszczony. Jeśli jednak to nie nastąpiło, koordynator uzgadniał z nim szczegóły, zbierał dokumentację, starał się dowiedzieć jak najwięcej o jego życiu i otoczeniu. Następnie wspólnie z literatem lub psychologiem próbował przewidzieć wszystkie następstwa danego wydarzenia i opracowywał wstępny scenariusz, konsultując się oczywiście z samym zainteresowanym.
Scenariusz w trakcie realizacji ulegał licznym przekształceniom. Powstało w ten sposób wiele pasjonujących opowieści, które same w sobie stanowią o wartości spuścizny pozostałej po Teatrze Zbrodni. Wydano je niedawno w formie zbioru i trzeba przyznać, że to fascynująca lektura.
W dalszej kolejności zajmowano się przygotowaniem rekwizytów. Konstruowano specjalne manekiny oddające dokładnie wygląd upatrzonej ofiary z wmontowanym specjalnym mechanizmem, który powodował na przykład, że podczas duszenia twarz ofiary wykrzywiała się w straszliwym grymasie.
Czasem w roli świadków przestępstwa lub ofiar występowali odpowiednio ucharakteryzowani aktorzy. Dotyczyło to na ogół znęcania się psychicznego i morderstw z broni palnej.
W przypadku rękoczynów, w których istotną rolę odgrywała np. siła uderzenia, ew. gwałtów - stosowano manekiny.
Opracowywano też efekty dźwiękowe i scenografię, niejednokrotnie imitującą dokładnie wskazane przez klienta miejsce.
Spektakle najczęściej odbywały się w willi wynajętej przez Teatr Zbrodni, czasem jednak przenosiły się do prywatnych mieszkań, bądź w plener. W takim przypadku przebiegu ,,zbrodni'' pilnowała wynajęta firma ochroniarska.
Łatwo sobie wyobrazić, że każdy spektakl wymagał ogromnego wkładu pracy zarówno ze strony realizatorów jak i klientów. Chyba tylko magnetycznej osobowości Dominiki Sanders należy przypisać fakt, ze pracowano za pół darmo i w szaleńczym tempie.
Osoby najbardziej zamknięte w sobie, nie mające ochoty konsultować się w sprawie swojej zbrodni, mogły wejść, wybrać rekwizyty i samodzielnie ją zaaranżować.
Jednym z najefektowniejszych i najkosztowniejszych zarazem przedsięwzięć był spektakl przygotowany przez pewnego bogatego mężczyznę, który zgłosił się z zamiarem popełnienia samobójstwa.
Pod kontrolą pracowników teatru, w swoim gabinecie podjął próbę powieszenia się. Sznur odcięto wystarczająco wcześnie, by nic mu się nie stało i wystarczająco późno, aby się wystraszył, że opiekunowie o nim zapomnieli i faktycznie czeka go śmierć.
Następnie za pomocą zrealizowanej uprzednio dokumentacji video zapoznał się z reakcjami różnych osób na wieść o jego śmierci. Szczególnie wstrząsnęło nim zachowanie dzieci i matki.
Oczywiście postacie te zostały zagrane przez aktorów. Wziął również udział we własnym pogrzebie. W orszaku pogrzebowym szło kilkadziesiąt osób. Wszystkie ucharakteryzowane na bliskich, rodzinę, znajomych i współpracowników. On sam przebrany był za swojego syna i miał się wczuć w jego sytuację emocjonalną.
Po mniej więcej dwóch latach spokojnej i niczym nie zakłóconej działalności nad Teatrem Zbrodni zebrały się pierwsze chmury. W prasie zaczęły się ukazywać krytyczne artykuły na jego temat. Pojawiły się pierwsze przypadki ataków nerwowych, a nawet jeden zawał serca - niektóre osoby nie wytrzymywały napięcia wywołanego odtwarzaniem ,,zbrodni''.
Kilkakrotnie aresztowano uczestników ,,zbrodni plenerowych'', co prawda po złożeniu wyjaśnień zostali zwolnieni, jednak fakty te postawiły pod znakiem zapytania dalszą działalność Teatru.
Przysłowiową kroplą przepełniającą kielich była próba popełnienia gwałtu na małej dziewczynce. Tylko szybka interwencja obserwatorów kontrolujących przebieg „spektaklu” zapobiegła tragedii. Gwałtu usiłował dokonać jeden z samodzielnie aranżujących zbrodnię. Przy okazji wyszło na jaw, że w teatrze zatrudniane były również dzieci, choć w tym przypadku mężczyzna przyprowadził dziewczynkę z ulicy.
Dominika Sanders w wyniku długotrwałego procesu została uniewinniona. Przez jakiś czas próbowała wskrzesić Teatr Zbrodni. Bezskutecznie. Po ostatecznym rozwiązaniu Teatru słuch o niej zaginął. Dopiero kilka dni temu postać artystki przypomniała nam wiadomość o jej samobójczej śmierci.
Po przeczytaniu artykułu rozmaite fakty zaczęły układać mi się w całość. Sen Niki o molestowaniu seksualnym i fragment, w którym mowa o tym, że w ''Teatrze Zbrodni" omal nie doszło do gwałtu na małej dziewczynce. To, co mówiła Nika o porywaczu i poczuciu winy oraz to, co o poczuciu winy pisała Sanders.
I nagle stało się dla mnie jasne, kto jest sprawcą tej zbrodni!
To ona! Słynna artystka z X!
A braciszek jej pomógł. Jest przecież za głupi, by sam coś takiego zaplanować.
To jej wina! Wymyśliła wszystko, wciągnęła go w swoje plany, a on zrobił, co kazała. Świruska! Zbok!
Czy ktoś przy zdrowych zmysłach założyłby ''Teatr Zbrodni''?!
Zaczynam rozumieć przesłanie książki, którą wypożyczyła nam pani psycholog. To była właśnie zwyrodniała forma pomocy. Pomoc będąca efektem wewnętrznych braków i siejąca wyłącznie spustoszenie.
A cała ta chora teoria na temat poczucia winy... Przypuszczam, że Sanders musiała zrobić coś, co wypełni jej przerośnięte poczucie winy i wykorzystała do tego porwane dziecko. Teatr już jej nie wystarczył.
Albo potrzebowała nieletnich aktorów do swoich nielegalnych spektakli.
Kto wie, co się teraz dzieje z tym biednym dzieckiem? Czy jeszcze żyje? A jeśli tak, czy kiedykolwiek będzie zdolne do normalnej egzystencji?
Pewne jest tylko to, że gdzieś je X wywiozła. Dlatego trzeba stąd wyjechać. Natychmiast!
Czekam na Nikę. Podobno, zaraz po tym, jak taksówka ruszyła z podjazdu, Nika otworzyła pokój i gdzieś sobie poszła.
Wracaj, słońce!
Wreszcie wiem, co musimy zrobić.
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Pomagający i pomagani
Nika dała się namówić na konsultacje u psychologa - biegłego sądowego, speca od osobowości patologicznych. Nareszcie! Ileż to razy taka wizyta pomogła mi popchnąć śledztwo do przodu!
Nie tym razem jednak. A wszystko przez to, że to Nika dokonała wyboru konsultanta.
Pani psycholog już od początku zrobiła na mnie dość osobliwe wrażenie. Śniada, pomarszczona, ciemnowłosa, poobwieszana kolczykami i naszyjnikami wyglądała, jak zmaterializowany stereotyp starej Cyganki, w dość kiczowatym zresztą wydaniu.
Najwyraźniej Nika zbyt dosłownie potraktowała moją uwagę o wróżce, która powinna pomóc nam w śledztwie. Choć, po prawdzie, nasza specjalistka przypominała raczej czarownicę lub wiedźmę. Jednak zamiast wyciągnąć kryształową kulę, postawić tarota, czy wróżyć z fusów, zaproponowała... przejrzenie swojej biblioteki, bo „może któraś z książek przyda się w śledztwie?”.
Półki w jej gabinecie uginały się od opasłych specjalistycznych, tomiszcz, jednak autorzy tych dzieł w większości nie byli mi znani. Dosyć to dziwne zważywszy na fakt, że w pewnym okresie czytanie książek psychologicznych było moim podstawowym zajęciem (co poniekąd jest związane z moim zawodem).
Również tytuły dzieł brzmiały osobliwie: ''Terapia Ofiar Pomocy w Rodzinie" ("pomocy", a nie "przemocy" - to nie jest pomyłka), "Pomagający i Pomagani", "Toksyczna Pomoc", ''Toksyczna wdzięczność'', ''Ofiary poświęcenia", ''Jak Uratować Ratowanych'' i.t.p. Było tam nawet (nie uwierzycie!), poszukiwane przeze mnie niegdyś dzieło pt. „Śmierć śniąca życie”.
Najbardziej zdumiał mnie fakt, że motto jednej z pozycji stanowił, a jakże(!) wiersz Dominiki Sanders:
Pomogę ci
a ty w zamian
będziesz wdzięczny
do końca swoich dni
i będą cię dręczyć wyrzuty sumienia
za każdym razem
kiedy pomyślisz o mnie coś złego
i w każdej chwili każdej minucie
będziesz czuł się niewdzięcznikiem
niegodnym mych nadzwyczajnych poświęceń
Pomogę ci
a ty w zamian
ofiarujesz mi swoje życie
i władzę nad sobą
i wiąż będziesz musiał mi udowadniać
że to ja jestem górą
ja jestem lepsza
Będę wyciągać cię z kłopotów
więc nie zapomnij
w nie popadać
Nie zaniedbaj codziennego
dostarczania mi powodów
do tego abym mogła cię ratować
bo jeżeli ich zabraknie
to z pewnością
w swej wielkiej dobroci
je stworzę
Inaczej w jaki sposób mogłabym
poświęcać się dla ciebie
Niki książki zupełnie nie zainteresowały. Nie zaciekawiło jej nawet to, że tajemnicza postać Dominiki Sanders po raz kolejny pojawiła się w naszym śledztwie. Natychmiast wdała się z panią psycholog w pogawędkę na jakieś zupełnie nie związane ze sprawą tematy.
- Każdy z nas nosi to w sobie - monologowała nasza konsultantka - nazwij to jak chcesz: losem, karmą, przeznaczeniem. I to COŚ – wiedźmowata pani psycholog uniosła chudy, kościsty palec - uzewnętrznia się w postaci rozmaitych cech, talentów, ograniczeń, sytuacji życiowych, w których zostaliśmy umieszczeni. Są to narzędzia pozwalające zrealizować nasze przeznaczenie. Bo naszym zadaniem jest jednocześnie wypełniać je i przekraczać. Wypełniamy swój los, przekraczając go. Przekraczamy, realizując swoje przeznaczenie. I służą nam do tego zarówno talenty jak ograniczenia, bo każda ułomność jest zarazem talentem, każdy talent ułomnością. Wszystko zależy od sposobu w jaki z nich korzystamy. To nie jest tak, że ponosimy karę za swoje działania w poprzednich istnieniach. Ponosimy konsekwencje, ale nie karę. Bo karma, los... to nie jest kara tylko wyzwanie, które zostało przed nami postawione na tu i na teraz. Na to życie. Od nas jednak zależy czy i w jaki sposób je wypełnimy. Dlatego między posiadaniem wolnej woli, a działaniem przeznaczenia nie ma żadnej sprzeczności. I myślę, że chcąc rozwikłać tę zagadkę musicie się skoncentrować na badaniu przeznaczenia. Co o tym sądzisz? - ni z tego ni z owego zwróciła się do mnie, po czym spojrzała na trzymaną przeze mnie książkę.
- Dobry wybór - oświadczyła z uznaniem. - Bardzo interesująca pozycja. Mogę ją wam pożyczyć.
- Znam - powiedziała Nika. - Ale to naprawdę super książka! - spojrzała na mnie z ożywieniem. - Może ci się przydać do portretu psychologicznego sprawcy.
Nie tym razem jednak. A wszystko przez to, że to Nika dokonała wyboru konsultanta.
Pani psycholog już od początku zrobiła na mnie dość osobliwe wrażenie. Śniada, pomarszczona, ciemnowłosa, poobwieszana kolczykami i naszyjnikami wyglądała, jak zmaterializowany stereotyp starej Cyganki, w dość kiczowatym zresztą wydaniu.
Najwyraźniej Nika zbyt dosłownie potraktowała moją uwagę o wróżce, która powinna pomóc nam w śledztwie. Choć, po prawdzie, nasza specjalistka przypominała raczej czarownicę lub wiedźmę. Jednak zamiast wyciągnąć kryształową kulę, postawić tarota, czy wróżyć z fusów, zaproponowała... przejrzenie swojej biblioteki, bo „może któraś z książek przyda się w śledztwie?”.
Półki w jej gabinecie uginały się od opasłych specjalistycznych, tomiszcz, jednak autorzy tych dzieł w większości nie byli mi znani. Dosyć to dziwne zważywszy na fakt, że w pewnym okresie czytanie książek psychologicznych było moim podstawowym zajęciem (co poniekąd jest związane z moim zawodem).
Również tytuły dzieł brzmiały osobliwie: ''Terapia Ofiar Pomocy w Rodzinie" ("pomocy", a nie "przemocy" - to nie jest pomyłka), "Pomagający i Pomagani", "Toksyczna Pomoc", ''Toksyczna wdzięczność'', ''Ofiary poświęcenia", ''Jak Uratować Ratowanych'' i.t.p. Było tam nawet (nie uwierzycie!), poszukiwane przeze mnie niegdyś dzieło pt. „Śmierć śniąca życie”.
Najbardziej zdumiał mnie fakt, że motto jednej z pozycji stanowił, a jakże(!) wiersz Dominiki Sanders:
Pomogę ci
a ty w zamian
będziesz wdzięczny
do końca swoich dni
i będą cię dręczyć wyrzuty sumienia
za każdym razem
kiedy pomyślisz o mnie coś złego
i w każdej chwili każdej minucie
będziesz czuł się niewdzięcznikiem
niegodnym mych nadzwyczajnych poświęceń
Pomogę ci
a ty w zamian
ofiarujesz mi swoje życie
i władzę nad sobą
i wiąż będziesz musiał mi udowadniać
że to ja jestem górą
ja jestem lepsza
Będę wyciągać cię z kłopotów
więc nie zapomnij
w nie popadać
Nie zaniedbaj codziennego
dostarczania mi powodów
do tego abym mogła cię ratować
bo jeżeli ich zabraknie
to z pewnością
w swej wielkiej dobroci
je stworzę
Inaczej w jaki sposób mogłabym
poświęcać się dla ciebie
Niki książki zupełnie nie zainteresowały. Nie zaciekawiło jej nawet to, że tajemnicza postać Dominiki Sanders po raz kolejny pojawiła się w naszym śledztwie. Natychmiast wdała się z panią psycholog w pogawędkę na jakieś zupełnie nie związane ze sprawą tematy.
- Każdy z nas nosi to w sobie - monologowała nasza konsultantka - nazwij to jak chcesz: losem, karmą, przeznaczeniem. I to COŚ – wiedźmowata pani psycholog uniosła chudy, kościsty palec - uzewnętrznia się w postaci rozmaitych cech, talentów, ograniczeń, sytuacji życiowych, w których zostaliśmy umieszczeni. Są to narzędzia pozwalające zrealizować nasze przeznaczenie. Bo naszym zadaniem jest jednocześnie wypełniać je i przekraczać. Wypełniamy swój los, przekraczając go. Przekraczamy, realizując swoje przeznaczenie. I służą nam do tego zarówno talenty jak ograniczenia, bo każda ułomność jest zarazem talentem, każdy talent ułomnością. Wszystko zależy od sposobu w jaki z nich korzystamy. To nie jest tak, że ponosimy karę za swoje działania w poprzednich istnieniach. Ponosimy konsekwencje, ale nie karę. Bo karma, los... to nie jest kara tylko wyzwanie, które zostało przed nami postawione na tu i na teraz. Na to życie. Od nas jednak zależy czy i w jaki sposób je wypełnimy. Dlatego między posiadaniem wolnej woli, a działaniem przeznaczenia nie ma żadnej sprzeczności. I myślę, że chcąc rozwikłać tę zagadkę musicie się skoncentrować na badaniu przeznaczenia. Co o tym sądzisz? - ni z tego ni z owego zwróciła się do mnie, po czym spojrzała na trzymaną przeze mnie książkę.
- Dobry wybór - oświadczyła z uznaniem. - Bardzo interesująca pozycja. Mogę ją wam pożyczyć.
- Znam - powiedziała Nika. - Ale to naprawdę super książka! - spojrzała na mnie z ożywieniem. - Może ci się przydać do portretu psychologicznego sprawcy.
wtorek, 19 kwietnia 2016
Skarby z szuflady
To jednak oddala podejrzenia od Sanders i wskazuje, że sprawcą jest ktoś, kto wciąż przebywa w X i na dodatek ma dostęp do pensjonatu (ze szczególnym uwzględnieniem mojej szuflady).
Teraz mam również pewność, że to nie moja wspólniczka podrzuca mi „skarby”. Inaczej nie wspomniałaby o znalezisku.
Teraz mam również pewność, że to nie moja wspólniczka podrzuca mi „skarby”. Inaczej nie wspomniałaby o znalezisku.
Potyczki z Niką
- I co z tego?! - wzruszyła ramionami Nika, wysłuchawszy moich rewelacji na temat artykułu. - Nie wiem skąd absurdalny pomysł, że zbrodniarz mieszkał kiedyś w twoim pokoju? Jakieś tam ble, ble, ble... w liście na temat bliżej nieokreślonego dziecka, to żaden dowód. Nawet nie poszlaka. Równie dobrze może chodzić o narzeczeńską sprzeczkę, że on chciał dziecka, a ona nie. Albo na odwrót.
- To po cholerę w ogóle przynosiłaś mi ten artykuł?!
- Wciąż uważam, że jest ważny. Nie sądziłam jednak, że przyjmiesz go w tak dosłowny sposób?
Niech sobie gada co chce. Wiem swoje. Udało mi się zdobyć próbkę pisma Dominiki Sanders z pewnej instytucji kulturalnej, z którą kiedyś współpracowała. Niby, że potrzebna mi „do graficznego projektu publikacji poświęconej twórczości słynnej artystki”. Już na pierwszy rzut oka widać, że to ten sam charakter pisma. Nie zaszkodzi jednak się upewnić. Przesyłka do najlepszego w kraju specjalisty od grafologii już w drodze!
- To po cholerę w ogóle przynosiłaś mi ten artykuł?!
- Wciąż uważam, że jest ważny. Nie sądziłam jednak, że przyjmiesz go w tak dosłowny sposób?
Niech sobie gada co chce. Wiem swoje. Udało mi się zdobyć próbkę pisma Dominiki Sanders z pewnej instytucji kulturalnej, z którą kiedyś współpracowała. Niby, że potrzebna mi „do graficznego projektu publikacji poświęconej twórczości słynnej artystki”. Już na pierwszy rzut oka widać, że to ten sam charakter pisma. Nie zaszkodzi jednak się upewnić. Przesyłka do najlepszego w kraju specjalisty od grafologii już w drodze!
niedziela, 17 kwietnia 2016
To ona!!!
Podczas ponownego czytania artykułu uderzyło mnie coś, co początkowo umknęło mojej uwadze. Chodzi cytat, ten o Marii Magdalenie ''całej w poczuciu winy, jak w zbyt luźnych szatach''.
To przecież fragment wiersza, który w tajemniczych okolicznościach pojawił się wśród moich notatek. Wiersza napisanego tą samą ręką, co list znaleziony w szufladzie!
Nie mam już wątpliwości. W moim pokoju mieszkała niegdyś Dominika Sanders!!!
Zaś Andrzej z artykułu to ten sam Andrzej, który był adresatem listu znalezionego w szufladzie sekretarzyka!!!
To przecież fragment wiersza, który w tajemniczych okolicznościach pojawił się wśród moich notatek. Wiersza napisanego tą samą ręką, co list znaleziony w szufladzie!
Nie mam już wątpliwości. W moim pokoju mieszkała niegdyś Dominika Sanders!!!
Zaś Andrzej z artykułu to ten sam Andrzej, który był adresatem listu znalezionego w szufladzie sekretarzyka!!!
sobota, 16 kwietnia 2016
Co było pierwsze grzech, czy poczucie winy, czyli... zbrodnicza kaczuszka
I znów o poczuciu winy.
I znów na scenie pojawia się Dominika Sanders.
Powstrzymam się od komentarzy. Po prostu przytoczę tekst, który przyniosła mi dzisiaj Nika. Jest to artykuł na temat wspomnianej już w tym dzienniku powieści, zdobyty (jak to zwykle z moją wspólniczką bywa) w dość osobliwych okolicznościach. Tym razem Nika otrzymała go wprost z rąk pewnej księżniczki zaklętej przez jakąś wiedźmę w panią Krysię z mięsnego. Otóż owa Królewna z Nadąsaną Miną (ta mina tylko po to, by nikt nie miał wątpliwości, kim ma do czynienia), wyczekująca za ladą pełną ochłapów na Księcia-Wyzwoliciela, zapakowała wołowinę dla Cerbera (trzeba Nice przyznać, że dba o pieska) w kawałek gazety. Tyle że to była taka, można by rzec, Zaklęta Gazeta. Niewtajemniczeni widzieli w niej wyłącznie skrawek zatłuszczonej makulatury – tu ujawnia się ładna analogia z powierzchownością pani pani Krysi, która na co dzień, zamiast należnej jej korony, nosi biały czepek (żeby jej królewskie blond loczki nie wpadały w mielone wieprzowo-wołowe) - dla mnie jednak ten skrawek zadrukowanego papieru, prócz tłustych plam, zawierał... klucz do tajemnicy. Zresztą sami przeczytajcie.
Dwa Spotkania z Diabłem
czyli analiza wczesnej twórczości Dominiki Sanders
„Dwa Spotkania z Diabłem'' to książka o szczególnym znaczeniu. Podobno Dominika Sanders wpadła na pomysł założenia Teatru Zbrodni podczas jej pisania. Powieść doczekała się licznych opracowań, które łatwiej dziś zdobyć niż samą książkę, praktycznie niedostępną na rynku. Dlatego tak ważne wydaje się choćby skrótowe przytoczenie jej treści.
Główna bohaterka - Sylwia, analizując dotychczasowe życie uświadamia sobie, że uczuciem, które zawsze w nim dominowało jest poczucie winy.
Sylwia racjonalizuje je na różne sposoby szukając zależności między skłonnością do ulegania tej emocji, a swoimi doświadczeniami, kontaktami z otoczeniem, upodobaniem do pewnych lektur (Kafka, Dostojewski), odwołuje się do wspomnień z dzieciństwa i napisanych w przeszłości wierszy interpretowanych teraz na nowo. Chaotyczna z pozoru kompozycja (luźne notatki i wiersze pochodzące z różnych okresów życia) konsekwentnie prowadzi do końcowego wniosku będącego swego rodzaju filozofią poczucia winy.
Jednym z najwcześniejszych wspomnień Sylwii jest wspomnienie pierwszego kłamstwa: ,,Miałam ze cztery lata (...) Po dłuższej chorobie po raz pierwszy wyszłam na podwórko (...) Zabrałam ze sobą żółtą kaczuszkę. Bawiłam się, że moja kaczuszka przeskakuje z róży na różę. Wtem, jeden z kwiatów, bardziej wiotki, a może nieco nadłamany, spadł. Przeraziłam się, wszak kwiatów z klombów zrywać nie wolno (...) ze wszystkich stron, zza krzewów, szyb, chmur, zza samochodów, z nieba i ziemi... patrzyły na mnie srogie oczy dozorcy (...) Jak bomba wpadłam do domu, już z daleka wołając: ,Mamo, mamo! Jakieś niedobre dziecko zerwało różę!' - a przecież nie chciałam oszukać kochanej mamusi, tylko zyskać alibi wobec dozorcy. (...) Od tamtej chwili wyrzuty sumienia nie dawały mi spokoju. Dręczyło mnie pytanie: czy kłamstwo jest grzechem?''
Sylwia wychowała się w rodzinie katolicko-ateistycznej. Z jednej strony od dzieciństwa uczono ją, że należy modlić się, chodzić do kościoła i kochać Bozię (robiła to głównie babcia), z drugiej kontakt z kościołem został ograniczony ze względu na światopogląd ojca. Tak wykształcił się konflikt pomiędzy lojalnością wobec rodziców i lojalnością wobec własnych przekonań („Jeśli nie grzeszysz wobec najbliższych, grzeszysz przeciw własnej drodze.”).
Ze względu na zainwestowany w walkę o prawo do religijności wysiłek emocjonalny, Sylwia wyjątkowo mocno angażuje się w religijne praktyki. Któregoś wieczoru, podczas samotnej modlitwy, ukazują się jej ociekające krwią plecy Jezusa Chrystusa. Sylwia uświadamia sobie, że każde, nawet najmniejsze przewinienie, to jeszcze jeden krwawy znak na chrystusowych plecach. Jest wstrząśnięta. Współczucie i podziw miesza się z przerażeniem, że jest przyczyną tak wielkich cierpień. W późniejszym okresie obraz ten będzie ją wielokrotnie prześladował i zrośnie się z zatroskanym obliczem matki, cierpiącej za nią, rozpaczającej z powodu jej niepowodzeń i grzechów - potęgując w Sylwii ból, wyrzuty sumienia i pragnienie ucieczki. To właśnie wtedy zrodzi się bunt przeciwko światu, w którym nie można cierpieć na własny rachunek. Jednocześnie Sylwia utwierdza się w przekonaniu, że miłość i wolność są wartościami nie do pogodzenia.
Mimo to związuje się z pewnym młodym człowiekiem, do czego, jak twierdzi, również popchnęło ją poczucie winy. Wkrótce jednak odchodzi od niego oskarżając o nadmierne ograniczanie jej niezależności. Zaczyna w jakimś autodestrukcyjnym zaślepieniu występować przeciw wartościom, które są dla niej ważne. Pije, łyka prochy, sypia z różnymi, jak to sama określa, ,,beznadziejnymi facetami''. Jednocześnie własne postępowanie wpędza ją w przygnębienie, by nie powiedzieć, głęboką depresję. Sylwia czuje niesmak wobec samej siebie. Z kolei stopniowa utrata szacunku do własnej osoby popycha ją do coraz to nowych ''wyczynów''.
Bohaterka miota się między wyrzutami sumienia, niemą troską w spojrzeniu matki i przekonaniem, że jej poczucie winy jest niewspółmierne w stosunku do popełnionych przez nią grzechów. Wydają się one banalne i niemal śmieszne w porównaniu z tym, co widzi wokół siebie na co dzień. Zaczyna więc szukać innych, niezwiązanych z aktualnym postępowaniem przyczyn poczucia winy. Usiłuje wygrzebać z podświadomości jakieś przestępstwo, o którym już zapomniała: „a może zdarzyło się to w jakimś innym, wcześniejszym życiu”. Analizuje swoje dzieciństwo.
Rozgrzebywanie dawnych uraz doprowadza ją do jeszcze gorszego stanu psychicznego. Przez kilka tygodni trwa w bezruchu i apatii, z której zaczyna powoli wychodzić konstruując jednocześnie pierwszą (nazwijmy ją optymistyczną) wersję „teorii poczucia winy”.
„To prawda, chciałam być zepsuta (...) zepsuta przynajmniej tak jak one. Patrzyłam na nie i myślałam - one już mogą mówić o normach i przyzwoitości, bo już zaznały zepsucia i zazdrościłam im (...) moje grzeszki były tak banalne, tak niepozorne (...) wstydziłam się ich i brnęłam dalej, żeby jakoś swoje poczucie winy uzasadnić (...) ale poczucie winy było zanim to wszystko nastąpiło (...) to właśnie ono sprawiło, że przypadkowe strącenie kwiatu róży uznałam za przestępstwo i w konsekwencji popchnęło mnie do kłamstwa (…). Nie wiem, czy człowiek rodzi się naznaczony grzechem, wiem jednak, że bardzo wcześnie zostaje obciążony poczuciem winy (...) A może to świadomość grzechu pierworodnego popycha człowieka do zła (...) jednak poczucie winy było we mnie zanim jeszcze usłyszałam o grzechu pierworodnym.”
Nasza bohaterka dochodzi do wniosku, że poczucie winy jest pierwotne wobec grzechu. Nie tylko go poprzedza, jest również jego przyczyną. Religie zaś, według Sylwii, stanowią formę racjonalizacji poczucia winy, odwracają porządek rzeczy i, utrzymując, że to grzech wywołuje poczucie winy, a nie na odwrót, wprowadzają zamęt w ludzkie umysły. Z jednej strony narzucają grzech podsycając wyrzuty sumienia i częstokroć na nich żerując, z drugiej poprzez system nakazów i zakazów zabraniają go.
Człowiek, by uzasadnić wyrzuty sumienia, zaczyna różne swoje zachowania nazywać grzesznymi. Zaczyna też wypełniać grzechami poczucie winy, które jednak wydaje się workiem bez dna, ponieważ rośnie wprost proporcjonalnie do gromadzenia się grzechów i zwiększania ich ciężaru gatunkowego. Można powiedzieć, że wina nigdy nie może dogonić poczucia winy, które staje się siłą napędową ludzkich działań, motorem zbrodni.
Wystarczy wspomnieć Marię Magdalenę ze znanego wiersza Dominiki Sanders ,,całą w poczuciu winy / jak w zbyt luźnych szatach / do których nigdy nie umiała dorosnąć.”
Tak więc poczucie winy prowokuje zbrodnię, która sprawia, że poczucie ono rośnie, co z kolei jest powodem następnej zbrodni i tak w nieskończoność.
Czy nie ma wyjścia z tego zaklętego koła?
Sylwia twierdzi, że jest, a upatruje go w doświadczeniu upadku, niezależnie od tego, co to dla kogo oznacza: ,,Każdy ma swoje dno na innym poziomie.''.
W chwili, gdy następuje przesyt wyrzutów sumienia, pojawia się akceptacja poczucia winy jako czegoś niewspółmiernego i nieuzasadnionego. Człowiek uwalnia się od przymusu racjonalizowania go i uzasadniania swoim postępowaniem. Jest to naturalna reakcja na nadmierne cierpienie.
Doszedłszy do tych konstruktywnych wniosków Sylwia odzyskuje wiarę, że jest zdolna do pozytywnych uczuć i normalnej egzystencji. Pragnie podzielić się swoim doświadczeniem. Zgodnie z zasadą, że „nie ma tego złego, co by na dobry wiersz nie wyszło” dużo pisze. Jednym z efektów jest tytułowy wiersz.
W ramach nowego życia związuje się z Andrzejem i zaczyna prowadzić w miarę spokojny i ustabilizowany tryb życia. Po dwóch latach sielanki okazuje się, że jest w ciąży. Obydwoje bardzo się z tego cieszą. Wkrótce jednak nasza bohaterka nieoczekiwanie i bez słowa wyjaśnienia odchodzi, usuwa ciążę, choć zawsze było to sprzeczne z jej zasadami i znów pogrąża się w rozpaczy i wyrzutach sumienia.
Dlaczego? Miliony kobiet na świecie dokonuje aborcji i porzuca swoich partnerów nie robiąc z tego tragedii. Dlaczego więc ona tak to przeżywa i dlaczego znów zrobiła coś, czego wcale nie chciała zrobić. Sylwia przegląda swoje dawne notatki, analizuje przeszłość i planuje prawdziwie wielką zbrodnię, która raz na zawsze uwolni ją od poczucia winy.
Dominika Sanders nie podsunęła swojej bohaterce rozwiązania, na które wpadła podczas pisania powieści. Zachowuje je dla siebie, a właściwie dla Teatru Zbrodni, który założyła wkrótce po napisaniu powieści.
I to wszystko. Jeszcze tylko cytowany już tutaj wiersz ''Dwa Spotkania z Diabłem...'' (w charakterze motta). Ani słowa o tym, czym właściwie jest Teatr Zbrodni. Mimo to mam przeświadczenie, graniczące z pewnością, że ma on związek z dokonaną w X zbrodnią.
I znów na scenie pojawia się Dominika Sanders.
Powstrzymam się od komentarzy. Po prostu przytoczę tekst, który przyniosła mi dzisiaj Nika. Jest to artykuł na temat wspomnianej już w tym dzienniku powieści, zdobyty (jak to zwykle z moją wspólniczką bywa) w dość osobliwych okolicznościach. Tym razem Nika otrzymała go wprost z rąk pewnej księżniczki zaklętej przez jakąś wiedźmę w panią Krysię z mięsnego. Otóż owa Królewna z Nadąsaną Miną (ta mina tylko po to, by nikt nie miał wątpliwości, kim ma do czynienia), wyczekująca za ladą pełną ochłapów na Księcia-Wyzwoliciela, zapakowała wołowinę dla Cerbera (trzeba Nice przyznać, że dba o pieska) w kawałek gazety. Tyle że to była taka, można by rzec, Zaklęta Gazeta. Niewtajemniczeni widzieli w niej wyłącznie skrawek zatłuszczonej makulatury – tu ujawnia się ładna analogia z powierzchownością pani pani Krysi, która na co dzień, zamiast należnej jej korony, nosi biały czepek (żeby jej królewskie blond loczki nie wpadały w mielone wieprzowo-wołowe) - dla mnie jednak ten skrawek zadrukowanego papieru, prócz tłustych plam, zawierał... klucz do tajemnicy. Zresztą sami przeczytajcie.
Dwa Spotkania z Diabłem
czyli analiza wczesnej twórczości Dominiki Sanders
„Dwa Spotkania z Diabłem'' to książka o szczególnym znaczeniu. Podobno Dominika Sanders wpadła na pomysł założenia Teatru Zbrodni podczas jej pisania. Powieść doczekała się licznych opracowań, które łatwiej dziś zdobyć niż samą książkę, praktycznie niedostępną na rynku. Dlatego tak ważne wydaje się choćby skrótowe przytoczenie jej treści.
Główna bohaterka - Sylwia, analizując dotychczasowe życie uświadamia sobie, że uczuciem, które zawsze w nim dominowało jest poczucie winy.
Sylwia racjonalizuje je na różne sposoby szukając zależności między skłonnością do ulegania tej emocji, a swoimi doświadczeniami, kontaktami z otoczeniem, upodobaniem do pewnych lektur (Kafka, Dostojewski), odwołuje się do wspomnień z dzieciństwa i napisanych w przeszłości wierszy interpretowanych teraz na nowo. Chaotyczna z pozoru kompozycja (luźne notatki i wiersze pochodzące z różnych okresów życia) konsekwentnie prowadzi do końcowego wniosku będącego swego rodzaju filozofią poczucia winy.
Jednym z najwcześniejszych wspomnień Sylwii jest wspomnienie pierwszego kłamstwa: ,,Miałam ze cztery lata (...) Po dłuższej chorobie po raz pierwszy wyszłam na podwórko (...) Zabrałam ze sobą żółtą kaczuszkę. Bawiłam się, że moja kaczuszka przeskakuje z róży na różę. Wtem, jeden z kwiatów, bardziej wiotki, a może nieco nadłamany, spadł. Przeraziłam się, wszak kwiatów z klombów zrywać nie wolno (...) ze wszystkich stron, zza krzewów, szyb, chmur, zza samochodów, z nieba i ziemi... patrzyły na mnie srogie oczy dozorcy (...) Jak bomba wpadłam do domu, już z daleka wołając: ,Mamo, mamo! Jakieś niedobre dziecko zerwało różę!' - a przecież nie chciałam oszukać kochanej mamusi, tylko zyskać alibi wobec dozorcy. (...) Od tamtej chwili wyrzuty sumienia nie dawały mi spokoju. Dręczyło mnie pytanie: czy kłamstwo jest grzechem?''
Sylwia wychowała się w rodzinie katolicko-ateistycznej. Z jednej strony od dzieciństwa uczono ją, że należy modlić się, chodzić do kościoła i kochać Bozię (robiła to głównie babcia), z drugiej kontakt z kościołem został ograniczony ze względu na światopogląd ojca. Tak wykształcił się konflikt pomiędzy lojalnością wobec rodziców i lojalnością wobec własnych przekonań („Jeśli nie grzeszysz wobec najbliższych, grzeszysz przeciw własnej drodze.”).
Ze względu na zainwestowany w walkę o prawo do religijności wysiłek emocjonalny, Sylwia wyjątkowo mocno angażuje się w religijne praktyki. Któregoś wieczoru, podczas samotnej modlitwy, ukazują się jej ociekające krwią plecy Jezusa Chrystusa. Sylwia uświadamia sobie, że każde, nawet najmniejsze przewinienie, to jeszcze jeden krwawy znak na chrystusowych plecach. Jest wstrząśnięta. Współczucie i podziw miesza się z przerażeniem, że jest przyczyną tak wielkich cierpień. W późniejszym okresie obraz ten będzie ją wielokrotnie prześladował i zrośnie się z zatroskanym obliczem matki, cierpiącej za nią, rozpaczającej z powodu jej niepowodzeń i grzechów - potęgując w Sylwii ból, wyrzuty sumienia i pragnienie ucieczki. To właśnie wtedy zrodzi się bunt przeciwko światu, w którym nie można cierpieć na własny rachunek. Jednocześnie Sylwia utwierdza się w przekonaniu, że miłość i wolność są wartościami nie do pogodzenia.
Mimo to związuje się z pewnym młodym człowiekiem, do czego, jak twierdzi, również popchnęło ją poczucie winy. Wkrótce jednak odchodzi od niego oskarżając o nadmierne ograniczanie jej niezależności. Zaczyna w jakimś autodestrukcyjnym zaślepieniu występować przeciw wartościom, które są dla niej ważne. Pije, łyka prochy, sypia z różnymi, jak to sama określa, ,,beznadziejnymi facetami''. Jednocześnie własne postępowanie wpędza ją w przygnębienie, by nie powiedzieć, głęboką depresję. Sylwia czuje niesmak wobec samej siebie. Z kolei stopniowa utrata szacunku do własnej osoby popycha ją do coraz to nowych ''wyczynów''.
Bohaterka miota się między wyrzutami sumienia, niemą troską w spojrzeniu matki i przekonaniem, że jej poczucie winy jest niewspółmierne w stosunku do popełnionych przez nią grzechów. Wydają się one banalne i niemal śmieszne w porównaniu z tym, co widzi wokół siebie na co dzień. Zaczyna więc szukać innych, niezwiązanych z aktualnym postępowaniem przyczyn poczucia winy. Usiłuje wygrzebać z podświadomości jakieś przestępstwo, o którym już zapomniała: „a może zdarzyło się to w jakimś innym, wcześniejszym życiu”. Analizuje swoje dzieciństwo.
Rozgrzebywanie dawnych uraz doprowadza ją do jeszcze gorszego stanu psychicznego. Przez kilka tygodni trwa w bezruchu i apatii, z której zaczyna powoli wychodzić konstruując jednocześnie pierwszą (nazwijmy ją optymistyczną) wersję „teorii poczucia winy”.
„To prawda, chciałam być zepsuta (...) zepsuta przynajmniej tak jak one. Patrzyłam na nie i myślałam - one już mogą mówić o normach i przyzwoitości, bo już zaznały zepsucia i zazdrościłam im (...) moje grzeszki były tak banalne, tak niepozorne (...) wstydziłam się ich i brnęłam dalej, żeby jakoś swoje poczucie winy uzasadnić (...) ale poczucie winy było zanim to wszystko nastąpiło (...) to właśnie ono sprawiło, że przypadkowe strącenie kwiatu róży uznałam za przestępstwo i w konsekwencji popchnęło mnie do kłamstwa (…). Nie wiem, czy człowiek rodzi się naznaczony grzechem, wiem jednak, że bardzo wcześnie zostaje obciążony poczuciem winy (...) A może to świadomość grzechu pierworodnego popycha człowieka do zła (...) jednak poczucie winy było we mnie zanim jeszcze usłyszałam o grzechu pierworodnym.”
Nasza bohaterka dochodzi do wniosku, że poczucie winy jest pierwotne wobec grzechu. Nie tylko go poprzedza, jest również jego przyczyną. Religie zaś, według Sylwii, stanowią formę racjonalizacji poczucia winy, odwracają porządek rzeczy i, utrzymując, że to grzech wywołuje poczucie winy, a nie na odwrót, wprowadzają zamęt w ludzkie umysły. Z jednej strony narzucają grzech podsycając wyrzuty sumienia i częstokroć na nich żerując, z drugiej poprzez system nakazów i zakazów zabraniają go.
Człowiek, by uzasadnić wyrzuty sumienia, zaczyna różne swoje zachowania nazywać grzesznymi. Zaczyna też wypełniać grzechami poczucie winy, które jednak wydaje się workiem bez dna, ponieważ rośnie wprost proporcjonalnie do gromadzenia się grzechów i zwiększania ich ciężaru gatunkowego. Można powiedzieć, że wina nigdy nie może dogonić poczucia winy, które staje się siłą napędową ludzkich działań, motorem zbrodni.
Wystarczy wspomnieć Marię Magdalenę ze znanego wiersza Dominiki Sanders ,,całą w poczuciu winy / jak w zbyt luźnych szatach / do których nigdy nie umiała dorosnąć.”
Tak więc poczucie winy prowokuje zbrodnię, która sprawia, że poczucie ono rośnie, co z kolei jest powodem następnej zbrodni i tak w nieskończoność.
Czy nie ma wyjścia z tego zaklętego koła?
Sylwia twierdzi, że jest, a upatruje go w doświadczeniu upadku, niezależnie od tego, co to dla kogo oznacza: ,,Każdy ma swoje dno na innym poziomie.''.
W chwili, gdy następuje przesyt wyrzutów sumienia, pojawia się akceptacja poczucia winy jako czegoś niewspółmiernego i nieuzasadnionego. Człowiek uwalnia się od przymusu racjonalizowania go i uzasadniania swoim postępowaniem. Jest to naturalna reakcja na nadmierne cierpienie.
Doszedłszy do tych konstruktywnych wniosków Sylwia odzyskuje wiarę, że jest zdolna do pozytywnych uczuć i normalnej egzystencji. Pragnie podzielić się swoim doświadczeniem. Zgodnie z zasadą, że „nie ma tego złego, co by na dobry wiersz nie wyszło” dużo pisze. Jednym z efektów jest tytułowy wiersz.
W ramach nowego życia związuje się z Andrzejem i zaczyna prowadzić w miarę spokojny i ustabilizowany tryb życia. Po dwóch latach sielanki okazuje się, że jest w ciąży. Obydwoje bardzo się z tego cieszą. Wkrótce jednak nasza bohaterka nieoczekiwanie i bez słowa wyjaśnienia odchodzi, usuwa ciążę, choć zawsze było to sprzeczne z jej zasadami i znów pogrąża się w rozpaczy i wyrzutach sumienia.
Dlaczego? Miliony kobiet na świecie dokonuje aborcji i porzuca swoich partnerów nie robiąc z tego tragedii. Dlaczego więc ona tak to przeżywa i dlaczego znów zrobiła coś, czego wcale nie chciała zrobić. Sylwia przegląda swoje dawne notatki, analizuje przeszłość i planuje prawdziwie wielką zbrodnię, która raz na zawsze uwolni ją od poczucia winy.
Dominika Sanders nie podsunęła swojej bohaterce rozwiązania, na które wpadła podczas pisania powieści. Zachowuje je dla siebie, a właściwie dla Teatru Zbrodni, który założyła wkrótce po napisaniu powieści.
I to wszystko. Jeszcze tylko cytowany już tutaj wiersz ''Dwa Spotkania z Diabłem...'' (w charakterze motta). Ani słowa o tym, czym właściwie jest Teatr Zbrodni. Mimo to mam przeświadczenie, graniczące z pewnością, że ma on związek z dokonaną w X zbrodnią.
czwartek, 7 kwietnia 2016
Chluba i zakała
Teraz rzeczywiście przypominam sobie dziecko, które bawiło się w tamtych czasach z Damianem.
Swoją drogą to zabawne, Damian (choć dzisiaj trudno w to uwierzyć) ze złotymi lokami, które nosił w dzieciństwie, wyglądał jak dziewczyna, a krótko ostrzyżona Dominika sprawiała wrażenie chłopca. „Chłopaciara”. Tak się wówczas wśród dzieci mówiło. Bawili wyłącznie ze sobą i zawsze widziano ich razem. Potem Dominika gdzieś znikła, a wiele lat później, kiedy jej nazwisko zaczęło pojawiać się w prasie i telewizji, ludzie gadali, że powinniśmy być dumni z naszej słynnej krajanki. Potem, za sławą, przyszły również skandale i okazało się, że Dominika przynosi wstyd naszej porządnej, bogobojnej społeczności. I tak już zostało. Raz była chlubą, a raz zakałą naszego społeczeństwa.
Swoją drogą to zabawne, Damian (choć dzisiaj trudno w to uwierzyć) ze złotymi lokami, które nosił w dzieciństwie, wyglądał jak dziewczyna, a krótko ostrzyżona Dominika sprawiała wrażenie chłopca. „Chłopaciara”. Tak się wówczas wśród dzieci mówiło. Bawili wyłącznie ze sobą i zawsze widziano ich razem. Potem Dominika gdzieś znikła, a wiele lat później, kiedy jej nazwisko zaczęło pojawiać się w prasie i telewizji, ludzie gadali, że powinniśmy być dumni z naszej słynnej krajanki. Potem, za sławą, przyszły również skandale i okazało się, że Dominika przynosi wstyd naszej porządnej, bogobojnej społeczności. I tak już zostało. Raz była chlubą, a raz zakałą naszego społeczeństwa.
Diabły frasobliwe w świetle krzyża
Nieomal całą noc zajęło mi przeglądanie katalogów, które zostawiła Nika. Największe wrażenie zrobił na mnie cykl rzeźb, któremu autorka nadała osobliwy tytuł ''Diabły Frasobliwe w Świetle Krzyża''. Był tam diabeł ze sznurem, a właściwie pętlą zamiast ogona siedzący w pozie Chrystusa Frasobliwego, a także drewniana głowa diabła, któremu spomiędzy rogów wyrastały jakieś liście. Komentarz zamieszczony w katalogu wyjaśniał, że woda, którą podlewa się roślinę, spływa specjalnymi kanalikami do otworów umieszczonych w kącikach oczu. Jest to więc diabeł, który płacze. Działanie wody i ekspansja korzeni powodują, że diabelska głowa gnije od wewnątrz, rozkłada się przekształcając w pożywkę dla rośliny, zamieniając w ziemię. Dokładna dokumentacja tego procesu również znalazła się w katalogu.
Można w nim również przeczytać takie oto zdanie: ,,Któż może nas zbawić, jeśli nie ten, co sam grzeszył?'' oraz informację, że reprodukcje dzieł z tego cyklu stanowią szatę graficzną pierwszego wydania powieści Dominiki Sanders pt. ,,Dwa Spotkania z Diabłem''. Wspólne jest również motto, czyli wiersz Sanders zatytułowany tak samo jak cykl rzeźb i powieść. Myślę, że warto go zacytować:
DWA SPOTKANIA Z DIABŁEM,
CZYLI O TYM JAK DOSTAŁAM AMULET PRZECIW ZŁYM SNOM
SPOTKANIE PIERWSZE
Przyśnił mi się diabeł
barczysty i ogromny
płakał jak dziewczynka
która stłukła filiżankę:
- Co ci jest?
- Rogi! rogi mnie
bolą.
SPOTKANIE DRUGIE
Obciął sobie lewy róg
kiedy usnęłam
kończył już
kaleczyć go i pieścić.
- Masz to dla ciebie -
- podał mi krucyfiks
tak piękny jakby
dłuta wszystkich mistrzów
naraz zaczęły szlochać.
- Znałem takiego - rzekł
- który powiesił się na własnym ogonie.
Jeżeli boli niech przynajmniej
na coś się przyda.
Jedna z reprodukowanych rzeźb wydaje mi się dziwnie znajoma, choć za cholerę nie mogę sobie przypomnieć skąd ją znam. Kamienny diabeł z ułamanym rogiem (zupełnie jak z wiersza). Głowę podparł na brodzie, jakby ciążyły mu złe myśli. Zgiął kark i skulił ciało. Jego okrągłe plecy porasta mech. Widać, że posąg ustawiono w plenerze. Postument pod rzeźbą zaopatrzony jest w napisy, których nie sposób odczytać ze zdjęcia. Sądząc z układu strof jest to wiersz. Czyżby ''Dwa Spotkania z Diabłem''?
Cokolwiek to wszystko miałoby oznaczać jedno jest pewne - tajemnicza siostra Damiana jest niezwykle wszechstronną artystką.
Ale jaki to ma związek ze sprawą?
Można w nim również przeczytać takie oto zdanie: ,,Któż może nas zbawić, jeśli nie ten, co sam grzeszył?'' oraz informację, że reprodukcje dzieł z tego cyklu stanowią szatę graficzną pierwszego wydania powieści Dominiki Sanders pt. ,,Dwa Spotkania z Diabłem''. Wspólne jest również motto, czyli wiersz Sanders zatytułowany tak samo jak cykl rzeźb i powieść. Myślę, że warto go zacytować:
DWA SPOTKANIA Z DIABŁEM,
CZYLI O TYM JAK DOSTAŁAM AMULET PRZECIW ZŁYM SNOM
SPOTKANIE PIERWSZE
Przyśnił mi się diabeł
barczysty i ogromny
płakał jak dziewczynka
która stłukła filiżankę:
- Co ci jest?
- Rogi! rogi mnie
bolą.
SPOTKANIE DRUGIE
Obciął sobie lewy róg
kiedy usnęłam
kończył już
kaleczyć go i pieścić.
- Masz to dla ciebie -
- podał mi krucyfiks
tak piękny jakby
dłuta wszystkich mistrzów
naraz zaczęły szlochać.
- Znałem takiego - rzekł
- który powiesił się na własnym ogonie.
Jeżeli boli niech przynajmniej
na coś się przyda.
Jedna z reprodukowanych rzeźb wydaje mi się dziwnie znajoma, choć za cholerę nie mogę sobie przypomnieć skąd ją znam. Kamienny diabeł z ułamanym rogiem (zupełnie jak z wiersza). Głowę podparł na brodzie, jakby ciążyły mu złe myśli. Zgiął kark i skulił ciało. Jego okrągłe plecy porasta mech. Widać, że posąg ustawiono w plenerze. Postument pod rzeźbą zaopatrzony jest w napisy, których nie sposób odczytać ze zdjęcia. Sądząc z układu strof jest to wiersz. Czyżby ''Dwa Spotkania z Diabłem''?
Cokolwiek to wszystko miałoby oznaczać jedno jest pewne - tajemnicza siostra Damiana jest niezwykle wszechstronną artystką.
Ale jaki to ma związek ze sprawą?
środa, 6 kwietnia 2016
Klucz do rozwiązania zagadki
- Zgadnij, co mnie dzisiaj spotkało! - zawołała podekscytowana Nika i nie czekając na odpowiedź, oświadczyła - Postanowiłam pozwiedzać sobie X i w jednym ze śmietników...
- Zwiedzałaś śmietniki?
- No wiesz, chciałam poznać miasteczko, że tak się wyrażę... od kuchni.
- Od kuchni, czyli od śmietnika?
- Nie łap mnie za słówka! Czasem warto poszperać po śmietnikach. Zobacz co znalazłam. No... nie rób takiej miny. Oczyściłam, zdezynfekowałam i czego tam jeszcze sobie życzysz. Bez obawy możesz wziąć w ręce. Nawet bez jednorazowych rękawiczek.
- Bardzo śmieszne...
- Nie marudź tylko patrz! Naprawdę warto.
Fakt! Było warto. Znaleziskiem okazał się czerwony segregator wypełniony katalogami wystaw niejakiej Dominiki Sanders. Nika wyciągnęła jeden z nich i przewertowała szybko.
- O tu!
Położyła przede mną piękną, kolorową reprodukcję obrazu, który widzieliśmy u Damiana. Było to bez wątpienia to samo dzieło, tyle, że kolory na zdjęciu były żywsze, szczególnie błękit. Widocznie drukarz podciągnął nieco barwy, bo wydawało mu się, że obraz nie powinien robić aż tak przygnębiającego wrażenia.
- Więc jednak to ona jest jego siostrą?
- Co? - spytała Nika roztargnionym głosem.
- No wiesz. Ten obraz... Ten sam, co u Damiana.
- Ach tak! - westchnęła Nika, jakby właśnie ocknęła z snu i w tej chwili stało się dla mnie jasne, że chodziło jej o coś zupełnie innego.
- No tak, ale... ja chciałam pokazać ten drugi obraz, ten na sąsiedniej stronie.
Reprodukcja przedstawiała... Czy ja wiem... Powiedzmy płomień. Płomień, którego źródło znajdowało się poza formatem płótna. Płomień, można by rzec, w pełni rozwinięty. Intensywny, ciepły, by nie powiedzieć gorący. Ale nie groźny. Płomień w pewnym stopniu ułożony. Porządkowała go bardzo staranna, namalowana laserunkowo, delikatna, lecz jednocześnie zdecydowana linia, która kreśliła wokół rozświetlonej czerwieni kontur. Zarys przypominał kształt mocnych, barczystych ramion. A właściwie ich fragment, jakby reszta postaci istniała gdzieś poza „kadrem”. Płomień zdawał się delikatnie przenikać granice konturu, tworząc wokół niego subtelną poświatę, nakładającą się na bogate, zarówno pod względem faktury jak i koloru, tło.
- Ten obraz to klucz do rozwiązania naszej zagadki – oznajmiła Nika.
- Zwiedzałaś śmietniki?
- No wiesz, chciałam poznać miasteczko, że tak się wyrażę... od kuchni.
- Od kuchni, czyli od śmietnika?
- Nie łap mnie za słówka! Czasem warto poszperać po śmietnikach. Zobacz co znalazłam. No... nie rób takiej miny. Oczyściłam, zdezynfekowałam i czego tam jeszcze sobie życzysz. Bez obawy możesz wziąć w ręce. Nawet bez jednorazowych rękawiczek.
- Bardzo śmieszne...
- Nie marudź tylko patrz! Naprawdę warto.
Fakt! Było warto. Znaleziskiem okazał się czerwony segregator wypełniony katalogami wystaw niejakiej Dominiki Sanders. Nika wyciągnęła jeden z nich i przewertowała szybko.
- O tu!
Położyła przede mną piękną, kolorową reprodukcję obrazu, który widzieliśmy u Damiana. Było to bez wątpienia to samo dzieło, tyle, że kolory na zdjęciu były żywsze, szczególnie błękit. Widocznie drukarz podciągnął nieco barwy, bo wydawało mu się, że obraz nie powinien robić aż tak przygnębiającego wrażenia.
- Więc jednak to ona jest jego siostrą?
- Co? - spytała Nika roztargnionym głosem.
- No wiesz. Ten obraz... Ten sam, co u Damiana.
- Ach tak! - westchnęła Nika, jakby właśnie ocknęła z snu i w tej chwili stało się dla mnie jasne, że chodziło jej o coś zupełnie innego.
- No tak, ale... ja chciałam pokazać ten drugi obraz, ten na sąsiedniej stronie.
Reprodukcja przedstawiała... Czy ja wiem... Powiedzmy płomień. Płomień, którego źródło znajdowało się poza formatem płótna. Płomień, można by rzec, w pełni rozwinięty. Intensywny, ciepły, by nie powiedzieć gorący. Ale nie groźny. Płomień w pewnym stopniu ułożony. Porządkowała go bardzo staranna, namalowana laserunkowo, delikatna, lecz jednocześnie zdecydowana linia, która kreśliła wokół rozświetlonej czerwieni kontur. Zarys przypominał kształt mocnych, barczystych ramion. A właściwie ich fragment, jakby reszta postaci istniała gdzieś poza „kadrem”. Płomień zdawał się delikatnie przenikać granice konturu, tworząc wokół niego subtelną poświatę, nakładającą się na bogate, zarówno pod względem faktury jak i koloru, tło.
- Ten obraz to klucz do rozwiązania naszej zagadki – oznajmiła Nika.
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
W jaskini bestii
Przyznam, że zrobiło mi się naprawdę nieswojo, kiedy to miasteczkowe monstrum przez ledwo uchylone drzwi zaprosiło nas do środka. Jeżeli w ogóle tych kilka pomruków, jakie z siebie wydobył można nazwać zaproszeniem. Na samą myśl, że właśnie znajduję się w miejscu, w którym od lat nie bywał nikt, prócz głównego lokatora, ogarnął mnie jakiś dziwny, nieokreślony niepokój.
A zaraz potem zachciało mi się wymiotować.
To przez ten zapach. Piwniczna woń przesiąknięta odorem zgnilizny, pleśni i butwiejących szmat. Smród nie mytego ciała i nigdy nie pranych, przepoconych ubrań. Jak gdyby kwintesencja tej delikatnej, ledwo wyczuwalnej woni przenikającej atmosferę miasteczka.
I żadnych innych bodźców poza tym odorem, ponieważ w „jaskini Damiana” było tak ciemno, że funkcjonował w niej wyłącznie zmysł węchu.
Dopiero po chwili, gdy moje oczy przyzwyczaiły się do panującego tam mroku, udało mi się dostrzec majaczące wśród kurzu i ciemności kształty porozrzucanych w bezładzie sprzętów.
W kącie stało płótno odwrócone malowidłem do ściany. Nika przeniosła je w pobliże okna i prowizorycznie oczyściła z grubej warstwy kurzu i pajęczyn. Promienie słońca z trudem przenikały przez brudne szyby ledwie oświetlając obraz.
W samym centrum pustej płaszczyzny widniała mała, intensywnie czerwona plamka, niczym drobny, skulony płomyk. Wokół niej rozpościerał się obszar przeraźliwie sinego błękitu otoczony grubą, czarną krechą, która nic nie przepuszcza na zewnątrz. A wokół tej czarnej, nieprzekraczalnej granicy... nawet nie wiem jak to określić... było białe... nieznajome, po prostu fragment płótna pokryty farbą w ten sposób, jakby ktoś malował ścianę, nie obraz. Bez tych wszystkich drgnięć, impastów, śladów pędzla, które ożywiały śmiercionośny chłód sino-błękitnej szarości zamkniętej czarną kreską.
- To mój autoportret – oznajmił nieoczekiwanie Damian.
Zaskoczyło mnie to wyznanie.
- Naprawdę? Więc... ty malujesz?
- Niezupełnie. Ten obraz namalowała moja siostra.
Informacja ta zdumiała mnie jeszcze bardziej. Zawsze zdawało mi się, że Damian jest jedynakiem.
- Masz siostrę? Pierwszy raz słyszę. A więc... to autoportret twojej siostry? Czy może twój portret przez nią namalowany?
Damian nie odpowiedział na pytanie. Spojrzał na mnie tak, jakby w ogóle go nie zrozumiał.
- Portret - wyszeptała Nika patrząc mi w oczy. - Portret – powtórzyła. - To był naprawdę genialny pomysł z tymi portretami.
piątek, 18 marca 2016
Psychiatryczna artystka
Nika podniosła głowę znad znalezionego w sekretarzyku listu i uśmiechnęła się do mnie:
- Nareszcie!
- Prawda, że to ważny trop! Można powiedzieć, decydujący!
- Nie to miałam na myśli - pokręciła głową. - Chodzi o zaufanie. Bez niego nie może funkcjonować żadna spółka.
Tiaaa... dobrze, że nie wie o innym liście. Liście wysłanym do mojej (byłej?) Klientki.
- Czułam, że kręcisz coś na boku i cieszę się, że z tym koniec – kontynuowała Nika. - Naprawdę doceniam, że zaczynasz się dzielić ze mną swoimi „odkryciami” - słowo „odkryciami” powiedziała takim tonem, że wręcz czuło się cudzysłów. Zdawało mi się również, że po jej twarzy przemknął drwiący uśmieszek.
Przyznam, że zabolało mnie lekceważenie, z którym potraktowała efekty mojego osobistego śledztwa. Ale mógł to być przecież tylko odwet za brak lojalności. Faktem jest przecież, że dopiero „spektakularny sukces w szkleniu okien” skłonił mnie do odkrycia wszystkich kart. No... prawie wszystkich. Nika miała prawo czuć się rozżalona.
- Nie rozumiem tylko – oznajmiła po chwili milczenia – po co wracasz do sprawy Krystiana?
- Nie wierzę sekretarzowi. Myślę, że próbuje chronić burmistrza.
- Przecież porównywaliśmy zdjęcia Krystiana. Dwukrotnie!
Po tych słowach znów ogarnęły mnie wątpliwości, czy to był dobry ruch, z tym odkrywaniem kart.
- I to wystarczy twoim zdaniem?
- Mnie wystarczy – westchnęła. - Ale tobie chyba nie - wyciągnęła z torby jakieś druki. Była to kopia karty szpitalnej Krystiana, z której jasno wynikało, że nie mógł być w X w dniu porwania.
- Ale... Skąd to...? Przecież nie interesują cię dokumenty... ani fakty, nie zaprzątasz sobie głowy...
- A jak inaczej miałbym cię przekonać?
Na chwilę zapadło milczenie.
- A „psychiatryczna artystka”?
- Psychiatryczna artystka - powtórzyła cicho Nika.
Przez chwilę zdawało mi się, że w jej oku zabłysła łza.
- Nareszcie!
- Prawda, że to ważny trop! Można powiedzieć, decydujący!
- Nie to miałam na myśli - pokręciła głową. - Chodzi o zaufanie. Bez niego nie może funkcjonować żadna spółka.
Tiaaa... dobrze, że nie wie o innym liście. Liście wysłanym do mojej (byłej?) Klientki.
- Czułam, że kręcisz coś na boku i cieszę się, że z tym koniec – kontynuowała Nika. - Naprawdę doceniam, że zaczynasz się dzielić ze mną swoimi „odkryciami” - słowo „odkryciami” powiedziała takim tonem, że wręcz czuło się cudzysłów. Zdawało mi się również, że po jej twarzy przemknął drwiący uśmieszek.
Przyznam, że zabolało mnie lekceważenie, z którym potraktowała efekty mojego osobistego śledztwa. Ale mógł to być przecież tylko odwet za brak lojalności. Faktem jest przecież, że dopiero „spektakularny sukces w szkleniu okien” skłonił mnie do odkrycia wszystkich kart. No... prawie wszystkich. Nika miała prawo czuć się rozżalona.
- Nie rozumiem tylko – oznajmiła po chwili milczenia – po co wracasz do sprawy Krystiana?
- Nie wierzę sekretarzowi. Myślę, że próbuje chronić burmistrza.
- Przecież porównywaliśmy zdjęcia Krystiana. Dwukrotnie!
Po tych słowach znów ogarnęły mnie wątpliwości, czy to był dobry ruch, z tym odkrywaniem kart.
- I to wystarczy twoim zdaniem?
- Mnie wystarczy – westchnęła. - Ale tobie chyba nie - wyciągnęła z torby jakieś druki. Była to kopia karty szpitalnej Krystiana, z której jasno wynikało, że nie mógł być w X w dniu porwania.
- Ale... Skąd to...? Przecież nie interesują cię dokumenty... ani fakty, nie zaprzątasz sobie głowy...
- A jak inaczej miałbym cię przekonać?
Na chwilę zapadło milczenie.
- A „psychiatryczna artystka”?
- Psychiatryczna artystka - powtórzyła cicho Nika.
Przez chwilę zdawało mi się, że w jej oku zabłysła łza.
piątek, 11 marca 2016
Równoległe śledztwo
No dobrze. Prawda jest taka, że równolegle prowadzę własne śledztwo. Trop z listem znalezionym w szufladzie wciąż wydaje się obiecujący. Jednak nie zdradzam się z nim przed Niką. To nawet nie to, że jej nie ufam. Raczej... nie mam zaufania do jej metod. Miła z niej dziewczynka i rzeczywiście czasem potrafi zauroczyć jakąś błyskotliwą sentencją. Ma ten uwodzicielski dar przekonywania do najbardziej nawet szalonych pomysłów.
I właśnie dlatego nic jej nie powiem. Żeby nie próbowała namieszać mi w głowie.
Zwłaszcza, że wreszcie mam pewne sukcesy.
Udało mi się wykluczyć z grona podejrzanych człowieka, który zamiast „kapuchy” do spłacania swoich długów używa mebli (osobliwie dziewiętnastowiecznych sekretarzyków). Zmarł biedak dwa lata temu.
Również dziwna para, „facet milkliwy trochę” i „kompletna wariatka” pozostają poza kręgiem podejrzeń. Wiem, że od 5 lat nie ma ich w kraju.
Obecnie rozpracowuję tożsamość „słynnej artystki” „trochę psychiatrycznej”.
Nie daje mi również spokoju sprawa Krystiana. Niby od lat przebywa za granicą. Czy rzeczywiście?! Jakoś nie wierzę słowom sekretarza.
I właśnie dlatego nic jej nie powiem. Żeby nie próbowała namieszać mi w głowie.
Zwłaszcza, że wreszcie mam pewne sukcesy.
Udało mi się wykluczyć z grona podejrzanych człowieka, który zamiast „kapuchy” do spłacania swoich długów używa mebli (osobliwie dziewiętnastowiecznych sekretarzyków). Zmarł biedak dwa lata temu.
Również dziwna para, „facet milkliwy trochę” i „kompletna wariatka” pozostają poza kręgiem podejrzeń. Wiem, że od 5 lat nie ma ich w kraju.
Obecnie rozpracowuję tożsamość „słynnej artystki” „trochę psychiatrycznej”.
Nie daje mi również spokoju sprawa Krystiana. Niby od lat przebywa za granicą. Czy rzeczywiście?! Jakoś nie wierzę słowom sekretarza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






