motto:

"Tutaj wszystko pochodzi z wnętrza. Musi się zacząć głęboko w środku, a potem rozrastać się i rozrastać. Wtedy naprawdę zachodzą zmiany."

David Lynch "W Pogoni Za Wielką Rybą"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cerber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cerber. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 maja 2016

Anioły

To najwspanialsze przebudzenie od wielu dni. Odeszło gdzieś całe zmęczenie, a wraz z nim wątpliwości i poczucie przygnębienia. Raźno ruszamy w drogę i, to chyba cud, wkrótce odnajdujemy grotę, w której ukryła się Nisia - chyba tylko dzięki temu, że Cerber do nas dołączył.
Drobne, chłopięce ciało zaginionej jest blade i zziębnięte. Nika tuli dziewczynkę tak długo, aż skóra dziecka rozświetla się, na podobieństwo nieba o wschodzie słońca. Potem Damian bierze ją na ręce i zbieramy się do powrotu. Nika wskazuje drogę, a ja... cóż... zapamiętuję. Zapisuję w myślach, jak przystało na kronikarza.
A na końcu tej drogi...
Dominika Sanders.
Bierze Nisię z rąk Damiana
i przytula do siebie.
I ciepło tego uścisku powinno
przeniknąć moje ciało.
Jak gdyby ktoś rozpalił ogień.
Ogień, przy którym można się ogrzać.
Ogień kominka,
przed którym w zimowe wieczory
gromadzi się rodzina.
Ogień ogniska,
nad którym świecą gwiazdy.
A jednak...
wciąż chłodno.
Jak zawsze,
odkąd sięga moja pamięć.
Zamiast ognia,
maleńka intensywnie czerwona iskra.
Skulona czerwień.
Krew zbita w grudkę.
Wokół siny z zimna błękit
wygasłego popiołu,
zamknięty grubą, czarną pętlą,
która nic nie przepuszcza
na zewnątrz
białe nieznajome.
Widzę ten zziębnięty
przerażony płomyk.
A przecież czerwień stworzono
dla ciepła,
dla namiętności,
dla rozkoszy.
Czerwień to miłość.
Moc pulsująca w żyłach.
To pewność siebie.
Odwaga.
Siła i wola
walki.
I gniew!
Jakże to męczące
pilnować czerwieni.
Niech więc zakwitnie
z zapomnianego miejsca.
w którym udeptywano ją przez lata.
Niech gniew spali się
jak chrust w piecu,
drewno w kominku
w moim ciele
wreszcie
rozlewa się ciepło
ogień,
co nie pozostawia zgliszcz,
określony delikatnym konturem silnych ramion,
granicą
łagodnie i bezpiecznie łączącą
ze światem,
światłem...
Granicą przez którą blask przenika
delikatną poświatą.
Ognisko
w ciemnym lesie,
przy którym może ogrzać się dziecko.
Biorę je na ręce i podchodzę
Za blisko?
Kobieta z dzieckiem na ręku
Ciepło ogniska...
Coś nie pasuje mi w tym obrazku.
Sadzam dziecko na mchu
i oddalam się w mrok.
PATRZĘ:
Mała dziewczynka sama w wielkim lesie.
Gdzieś z samej głębi
łkanie
aż do bólu
w zaciśniętym jak pięść gardle.
Uderza z taką mocą,
aż przez wyrwę w krtani
przeciska się szloch,
łzy uciekają
wymykają się
spod zatrzaśniętych
powiek.
Twarz tężeje
z wysiłku,
lecz już brak jej sił
by zatrzymać
płacz
cudowny
pełną piersią.
Lecz jakże to?
Jak to wygląda?!
Te wszystkie grymasy,
kaprysy,
śmieszne,
zasmarkane dźwięki,
gile z nosa,
czerwone oczy…
A przecież nic się nie stało.
Takiej dzielnej dziewczynce
z płaczem nie do twarzy.
POPATRZ tylko!
Więc znów ból w gardle,
powieki zaciskają się jak pięści.
I nagle wiem!
Wreszcie wiem!
że to PATRZENIE
tak czule
ogarnia
te wszystkie głupstwa,
chlipania,
błyszczący nos,
spuchnięte powieki…
aż do samego źródła łez.
Wreszcie można się cieszyć
odzyskaną czerwienią,
płaczem, co otwiera oddech
na świeżość błękitu,
SPOJRZENIEM
pełnym bezgranicznej cierpliwości,
które nigdy mnie nie opuści
nawet wówczas, gdy mi się zdarzy
na chwilę o nim zapomnieć.
Otwieram oczy
i widzę nad sobą
dwa anioły. Jeden ma czerwoną, zbyt pociągłą twarz, jak na obrazach Modiglianiego, a drugi wielkie, wylewające się z dekoltu piersi, rozłożyste biodra i usta chętne do smaków i pocałunków.
Ja zaś jestem drzewem. Jakby ktoś wyprowadził mój krwiobieg na zewnątrz. Przejrzyste tętnice wyrastają z moich z przegubów i nadgarstków, niczym gałęzie błękitnej spragnionej świata rośliny.
- Obudziła się! - cycaty anioł ociera łzę wzruszenia.
Zaś anioł od Modiglianiego pochyla nade mną swą czerwoną, zniszczoną twarz:
- Coś ty zrobiła, dziecinko?! Ratuj się! Ratuj póki czas!

poniedziałek, 23 maja 2016

Nieoświecony stwórca

To wszystko jest dziwne. Coraz dziwniejsze.

Wychodzimy na prowadzącą z cmentarza aleją. I nagle przychodzi mi do głowy przerażająca myśl:
- A jeśli to nie jest żaden świat? Jeśli jesteśmy tylko... bytami, które zamieszkują czyjąś głowę?
- Czyją znowu głowę?
- Na przykład moją.
- Cóż za egocentryzm – śmieje się Nika. - Sugerujesz, że jesteś stwórcą tego świata. Nieoświeconym stwórcą. Stwórcą, który nawet nie wie, że stworzył świat.
- Albo w głowie Krysiana, tego od MPD?
- MPD? Aaaa MPD... Multiple Personality Disorder.
- A może to ja jestem Krystianem?
- Albo osobistym detektywem w mojej głowie? A ja właśnie śnię swoje życie podczas warsztatów „łagodnego przejścia” Morta Ictusa? - dywaguje Nika, która najwyraźniej próbuje przekuć mój lęk w jakąś osobliwą grę.
- Chcesz mi wmówić, że jestem tylko bytem w twojej głowie?
- Właściwie... czemu nie? Tak czy inaczej... jakieś miejsce przecież w niej zajmujesz. Znaczące miejsce – zaśmiała się.
- A może to ja jestem śniącą Niką? A ty, słonko, bytem symbolizującym... czy ja wiem... intuicję? Czy coś w tym guście. Chociaż to banał do entej potęgi.
- Fakt. Trochę banał. Ale... czemu nie? Bardzo mi ta rola pasuje.
Damian patrzy na nas kompletnie zdezorientowany.
- A Damian? Kim jest Damian? - uśmiechnęła się Nika.
- Wewnętrznym złoczyńcą?
- Dlaczego złoczyńcą?! - oburza się Damian.
- Właśnie, dlaczego złoczyńcą? - pyta zdziwiona Nika. - Jest raczej kimś, kto przyjął na siebie wszystkie krzywdy. Te które zdarzyły się teraz i te które miały miejsce w poprzednich pokoleniach. I te, które wydarzyły się osobom tak bliskim, że jakby nas samych spotkały.
- No dobrze.To jeszcze mogę przyjąć. Ale jak wytłumaczysz... kim jest Andżela?
- Andżela? Jak to kim? Andżela jest aniołem!
- Taaak... Ten kuriozalny posąg na cmentarzu.
- To anioł, który otworzył cię na ogień. Nie pamiętasz? – Nika wyciąga z kieszeni czerwony flakonik z perfumami o zapachu ognia i wciera kilka kropel w mój kark, po którym momentalnie rozchodzi się ciepło.
- A inne osoby? Na przykład pani Maria? Pani Smolińska? Albo Stefan Bartkowiak?
- To nasze myśli o ludziach, z którymi zetknął nas los.
- Albo... osoby, które wymyśliliśmy.
- Wszystko możliwe.
- W takim razie... dlaczego nie wiemy o sobie nawzajem?
- Jak to nie wiemy?
- Ty nie wiesz, o czym ja myślę. Ja nie wiem, o czym ty myślisz. A już najmniej wiem o o tm, co myśli Damian.
- Mogę powiedzieć – oznajmia Damian, który nagle stał się nadzwyczaj skłonny do zwierzeń.
- Skoro jesteśmy w czyjejś głowie...
- Może jednak nie w głowie, tylko w sercu?
- Wszystko jedno. Skoro jesteśmy częścią czyjejś osobowości, to powinniśmy znać ją na wylot. No chyba, że to jakieś cholerne MPD, a ja jestem świrem, który mieszkał wcześniej w moim pokoju.
- Jesteś kimś, kto mieszkał wcześniej w twoim pokoju? - dziwi się Damian. - To trochę... no... tego...
- Masz rację. Trochę no tego...
- Mieszkał lub nie mieszkał? - przekomarza się Nika. - Według twojej teorii mógł zostać wymyślony.
- Ja mógłbym kogoś takiego wymyślić – oświadcza z żarliwością Damian.
- Jeżeli MPD to... – zastanawia się moja partnerka - tylko w formie pewnej metafory.
- Co tobie z tymi metaforami? Aborcja to metafora. Artykuł o Sanders też metafora. Chyba... nie powiesz mi - nagle ogarnia mnie mroźny dreszcz i powraca obraz cmentarza, który właśnie opuściliśmy – że... ktoś właśnie... umiera, ktoś umrze... mówiłaś przecież... śmierć śniąca życie...
- Nie zdarza ci się czasem, że po prostu nie chcesz przyjąć czegoś do wiadomości. Zresztą, żebyśmy mogli poznać ją na wylot, to znaczy tę osobowość, tę osobę... koś jeszcze powinien dołączyć do naszego grona.
W tej chwili słyszymy donośne szczekanie. Cebrzyk! Kochany! Odnalazł mnie. Jak wtedy. W dniu mojego niedoszłego wyjazdu. Może trzeba było zabrać go do Damiana, zamiast zamykać w komórce?
- Kajtuś? – dopytuje Damian, który już chyba przejrzał naszą „grę“. - Kajtuś powinien do nas dołączyć?
- Jeśli już... to Cerber.
- Czemu nie – śmieje się Nika, tuląc łeb zasapanej z radości bestii. - Ale... nie to miałam na myśli. Chodzi o... dziecko.
- Słonko, przygotowujesz pseudopsychologiczną pogadankę dla kucharek? W poszukiwaniu wewnętrznego dziecka? W poszukiwaniu straconego dzieciństwa? Odpuść sobie.
- No i jeszcze ktoś, kto by się tym dzieckiem zaopiekował - dodaje Nika patrząc wymownie na Damiana.

poniedziałek, 9 maja 2016

Teatr Zbrodni

Wciąż jestem w X. Nie oznacza to jednak rezygnacji z wyjazdu. Wręcz przeciwnie. Dopiero teraz mam pewność, że to konieczne.
Dla dobra sprawy. Tej sprawy! Paradoksalnie, muszę wyjechać z X, żeby poznać tajemnicę popełnionej w X zbrodni.
I chcę, żeby Nika pojechała ze mną. Cerber też!
Rzecz w tym, że wreszcie mam to, czego najbardziej nam brakowało!!! Głównego podejrzanego! A właściwie podejrzaną.
Na początek jednak - w telegraficznym skrócie zrelacjonuję wydarzenia dzisiejszego poranka.
Zaczęło się od tego, że zepsuł mi się samochód (już po raz trzeci w tym pierdolonym X). Nic jednak nie było w stanie powstrzymać mnie przed wyjazdem. Żadne przeszkody. A co dopiero taki drobiazg? Od czego w końcu mamy publiczne środki transportu?! To, że dworzec znajduje się na drugim końcu miasteczka, to też żaden problem. Zostało mi jeszcze trochę kasy, choć to cholerne śledztwo przyniosło więcej strat niż zysków – również w materialnym sensie. Ale co tam, stać mnie jeszcze na taksówkę.
Taksówkarz (o dziwo!) przyjechał za wcześnie, co było świetnym pretekstem by uciąć kłopotliwą rozmowę z panią Marią, która usiłowała za wszelką cenę wyciągnąć ode mnie informacje na temat przyczyny tak nagłego wyjazdu, i na dodatek dość namolnie wypytywała, co się stało, że Nika siedzi zamknięta w pokoju. Uwięziony w kojcu Cebrzyk (tak ostatnio mówię na Cerbera) wył rozpaczliwie, jakby przeczuwając co nastąpi. Serce mi się krajało, ale... co robić.
Nawiasem mówiąc, taksówkarz ze swoją modiglianowską twarzą przypominał nieco listonosza, który przyniósł mi rozpaczliwą wiadomość z X.
Co za paradoks? Tamten wezwał mnie do rodzinnego miasteczka, a ten, symbolicznie rzecz ujmując, mnie z niego odwołuje.
Gdy wreszcie, już na dworcu, udało mi się dodzwonić do Klientki, tuż za moimi plecami rozległ się radosny bas.
Cebrzyk?
Cebrzyk!
Jakim cudem wydostał się z kojca?!
I jak to możliwe, że udało mu się dotrzeć za mną na dworzec?
Nie było czasu, żeby się nad tym zastanowić. Trzeba było przerwać rozmowę i pacyfikować psisko, bo zagrażało bezpieczeństwu publicznemu, a konkretnie bezpieczeństwu tych kilku osób, które prócz mnie znajdowały się w poczekalni i patrzyły na „bestię” z prawdziwym przerażeniem. Nie było to łatwe. Cebrzyk, nacieszywszy się moją osobą, nagle znieruchomiał z wzrokiem, a raczej węchem skierowanym w jakiś odległy cel. Potem rzucił się  pędem przed siebie. Ja za nim. Przebiegł przez ulicę, omal nie powodując wypadku i wbiegł na przystanek przed dworcem, płosząc czekających na autobus przechodniów.
Obiektem jego nagłej fascynacji okazała się dziewczyna w czerwonych butach, która swoim wyglądem i sposobem noszenia ogromnie się wyróżniała z, że tak się wyrażę, tła. Poza tym... przypominała trochę Sabinę. Przez chwilę zdawało mi się nawet, że to ona.
Jednak nie złudne podobieństwo do dawnej opiekunki skłoniło Cebrzyka do tak gwałtownej reakcji, tylko fakt, że dziewczyna trzymała na kolanach małego dziwacznego pieska. A raczej suczkę, jak można było wywnioskować z oznak niecierpliwej ekscytacji uzewnętrznionej przez mojego pupila.
Cudem udało mi się opanować rozradowaną „bestię” przy pomocy wyciągniętego z bagażu paska, który tym razem wystąpił w roli smyczy.
Dziewczyna (jedyna chyba w X osoba, która nie boi się Cerbera) powiedziała, że nic nie szkodzi, że spoko, nie ma za co przepraszać, wszak miłość nie wybiera, zwłaszcza w psim świecie - to ostatnie ze śmiechem, bo fakt, trudno wyobrazić sobie gorzej dobraną parę niż jej maleńka sunia i mój „potwór”. Na zakończenie pogłaskała Cerbusia po głowie i wraz z podopieczną zniknęła w autobusie.
Okazało się, że w zamieszaniu zostawiła na przystanku jakąś broszurę.
A może to nie ona?
Może książeczka leżała tam wcześniej?
Faktem jest, że na ławce pod wiatą walały się jakieś, z lekka wymięte, bezpańskie druki.

Z powodu miłosnej przygody Cebrzyka pociąg uciekł. Jednak nie to zdecydowało o moim (chwilowym!!!) powrocie do pensjonatu.
Nawet nie fakt, że podróż z uwiązanym na pasku Cerberem mogła się okazać się prawdziwą katastrofą.
Powodem była treść broszury.
Nie uwierzycie, opisywała ona.... działalność ''Teatru Zbrodni''!!! Na wstępie znalazła się skrócona biografia Dominiki Sanders i streszczenie ''Dwóch spotkań z diabłem''. To można sobie darować. To już znacie.
Całą resztę pozwolę sobie bez zmian i skrótów przytoczyć.

Rozumowanie Sanders wygląda w ten sposób: Skoro grzech posiada siłę oczyszczającą i uwalnia od poczucia winy, które do grzechu popycha, trzeba go doświadczyć i to w sposób jak najbardziej intensywny. Nie wystarczy jednorazowe oczyszczenie. Wspomnienie upadku po jakimś czasie blednie i rozum znów zaczyna pytać, skąd się właściwie wzięło poczucie winy? Zatem należy zachować czujność i doświadczać upadku bezustannie, z dnia na dzień, gdy tylko zaistnieje taka potrzeba.
Jak to robić, by jednocześnie nie krzywdzić innych?
W tym celu powołany został Teatr Zbrodni. Miało to być miejsce, w którym każdy potrzebujący mógłby unaocznić sobie swój grzech w całej jego potworności i w ten sposób uwolnić się od niego.
Działalność Teatru Zbrodni była półformalna. Jego siedziba znajdowała się w willi wynajętej przez ówczesnego przyjaciela Sanders, który finansował większość jej przedsięwzięć z tamtego okresu. Sanders, pomimo swej nieco autystycznej osobowości, miała szerokie znajomościom w świecie artystycznym (i nie tylko). Z teatrem współpracowało wielu aktorów, plastyków, scenografów, specjalistów od efektów specjalnych, konstruktorów, pisarzy, psychologów i wiele innych osób o bliżej nie sprecyzowanej profesji. Nie byli zatrudnieni w teatrze na stałe, lecz pracowali przy realizacji konkretnego przedsięwzięcia. Każdy spektakl przygotowywany był indywidualnie na potrzeby konkretnego klienta. Jednak procedura wyglądała na ogół w ten sposób: zainteresowany zgłaszał się do koordynatora ,,zbrodni'' i opowiadał z czym przyszedł. Czasami sama rozmowa wystarczała, by klient poczuł się oczyszczony. Jeśli jednak to nie nastąpiło, koordynator uzgadniał z nim szczegóły, zbierał dokumentację, starał się dowiedzieć jak najwięcej o jego życiu i otoczeniu. Następnie wspólnie z literatem lub psychologiem próbował przewidzieć wszystkie następstwa danego wydarzenia i opracowywał wstępny scenariusz, konsultując się oczywiście z samym zainteresowanym.
Scenariusz w trakcie realizacji ulegał licznym przekształceniom. Powstało w ten sposób wiele pasjonujących opowieści, które same w sobie stanowią o wartości spuścizny pozostałej po Teatrze Zbrodni. Wydano je niedawno w formie zbioru i trzeba przyznać, że to fascynująca lektura.
W dalszej kolejności zajmowano się przygotowaniem rekwizytów. Konstruowano specjalne manekiny oddające dokładnie wygląd upatrzonej ofiary z wmontowanym specjalnym mechanizmem, który powodował na przykład, że podczas duszenia twarz ofiary wykrzywiała się w straszliwym grymasie.
Czasem w roli świadków przestępstwa lub ofiar występowali odpowiednio ucharakteryzowani aktorzy. Dotyczyło to na ogół znęcania się psychicznego i morderstw z broni palnej.
W przypadku rękoczynów, w których istotną rolę odgrywała np. siła uderzenia, ew. gwałtów - stosowano manekiny.
Opracowywano też efekty dźwiękowe i scenografię, niejednokrotnie imitującą dokładnie wskazane przez klienta miejsce.
Spektakle najczęściej odbywały się w willi wynajętej przez Teatr Zbrodni, czasem jednak przenosiły się do prywatnych mieszkań, bądź w plener. W takim przypadku przebiegu ,,zbrodni'' pilnowała wynajęta firma ochroniarska.
Łatwo sobie wyobrazić, że każdy spektakl wymagał ogromnego wkładu pracy zarówno ze strony realizatorów jak i klientów. Chyba tylko magnetycznej osobowości Dominiki Sanders należy przypisać fakt, ze pracowano za pół darmo i w szaleńczym tempie.
Osoby najbardziej zamknięte w sobie, nie mające ochoty konsultować się w sprawie swojej zbrodni, mogły wejść, wybrać rekwizyty i samodzielnie ją zaaranżować.
Jednym z najefektowniejszych i najkosztowniejszych zarazem przedsięwzięć był spektakl przygotowany przez pewnego bogatego mężczyznę, który zgłosił się z zamiarem popełnienia samobójstwa.
Pod kontrolą pracowników teatru, w swoim gabinecie podjął próbę powieszenia się. Sznur odcięto wystarczająco wcześnie, by nic mu się nie stało i wystarczająco późno, aby się wystraszył, że opiekunowie o nim zapomnieli i faktycznie czeka go śmierć.
Następnie za pomocą zrealizowanej uprzednio dokumentacji video zapoznał się z reakcjami różnych osób na wieść o jego śmierci. Szczególnie wstrząsnęło nim zachowanie dzieci i matki.
Oczywiście postacie te zostały zagrane przez aktorów. Wziął również udział we własnym pogrzebie. W orszaku pogrzebowym szło kilkadziesiąt osób. Wszystkie ucharakteryzowane na bliskich, rodzinę, znajomych i współpracowników. On sam przebrany był za swojego syna i miał się wczuć w jego sytuację emocjonalną.

Po mniej więcej dwóch latach spokojnej i niczym nie zakłóconej działalności nad Teatrem Zbrodni zebrały się pierwsze chmury. W prasie zaczęły się ukazywać krytyczne artykuły na jego temat. Pojawiły się pierwsze przypadki ataków nerwowych, a nawet jeden zawał serca - niektóre osoby nie wytrzymywały napięcia wywołanego odtwarzaniem ,,zbrodni''.
Kilkakrotnie aresztowano uczestników ,,zbrodni plenerowych'', co prawda po złożeniu wyjaśnień zostali zwolnieni, jednak fakty te postawiły pod znakiem zapytania dalszą działalność Teatru.
Przysłowiową kroplą przepełniającą kielich była próba popełnienia gwałtu na małej dziewczynce. Tylko szybka interwencja obserwatorów kontrolujących przebieg „spektaklu” zapobiegła tragedii. Gwałtu usiłował dokonać jeden z samodzielnie aranżujących zbrodnię. Przy okazji wyszło na jaw, że w teatrze zatrudniane były również dzieci, choć w tym przypadku mężczyzna przyprowadził dziewczynkę z ulicy.

Dominika Sanders w wyniku długotrwałego procesu została uniewinniona. Przez jakiś czas próbowała wskrzesić Teatr Zbrodni. Bezskutecznie. Po ostatecznym rozwiązaniu Teatru słuch o niej zaginął. Dopiero kilka dni temu postać artystki przypomniała nam wiadomość o jej samobójczej śmierci.


Po przeczytaniu artykułu rozmaite fakty zaczęły układać mi się w całość. Sen Niki o molestowaniu seksualnym i fragment, w którym mowa o tym, że w ''Teatrze Zbrodni" omal nie doszło do gwałtu na małej dziewczynce. To, co mówiła Nika o porywaczu i  poczuciu winy oraz to, co o poczuciu winy pisała Sanders.
I nagle stało się dla mnie jasne, kto jest sprawcą tej zbrodni!
To ona! Słynna artystka z X!
A braciszek jej pomógł. Jest przecież za głupi, by sam coś takiego zaplanować.
To jej wina! Wymyśliła wszystko, wciągnęła go w swoje plany, a on zrobił, co kazała. Świruska! Zbok!
Czy ktoś przy zdrowych zmysłach założyłby ''Teatr Zbrodni''?!
Zaczynam rozumieć przesłanie książki, którą wypożyczyła nam pani psycholog. To była właśnie zwyrodniała forma pomocy. Pomoc będąca efektem wewnętrznych braków i siejąca wyłącznie spustoszenie.
A cała ta chora teoria na temat poczucia winy... Przypuszczam, że Sanders musiała zrobić coś, co wypełni jej przerośnięte poczucie winy i wykorzystała do tego porwane dziecko. Teatr już jej nie wystarczył.
Albo potrzebowała nieletnich aktorów do swoich nielegalnych spektakli.
Kto wie, co się teraz dzieje z tym biednym dzieckiem? Czy jeszcze żyje? A jeśli tak, czy kiedykolwiek będzie zdolne do normalnej egzystencji?
Pewne jest tylko to, że gdzieś je X wywiozła. Dlatego trzeba stąd wyjechać. Natychmiast!
Czekam na Nikę. Podobno, zaraz po tym, jak taksówka ruszyła z podjazdu, Nika otworzyła pokój i gdzieś sobie poszła.
Wracaj, słońce!
Wreszcie wiem, co musimy zrobić.

sobota, 7 maja 2016

Nika i ja

Nika: I jak? Było ci dobrze?
Ja: Bardzo.
Nika: Zostaniesz?
Milczenie.
Nika (niespokojnie): Zostaniesz?!
Ja (szeptem): Nie.
Nika: A myślałam... Wydawało mi się... Posłuchaj! To błąd! Aby dokończyć tę podróż trzeba nam... pozostać tutaj ze sobą.
Ja: (nerwowo) Jaką kurwa podróż? To ja wyruszam w podróż? Ty tu zostajesz! (spokojniej) Zaopiekujesz się Cerberem?
Nika: Cerbera też zostawiasz?! Dobra! Spierdalaj, ty tchórzu!!!

poniedziałek, 2 maja 2016

A może...

A może jednak eureka? Może to ślad bucika ofiary? Może ktoś trzymał dzieciaka w cerberowej budzie?!
Chyba naprawdę mi odbija!

Tiaaa...

Andżela z kolejnym butem. Właśnie odkryła, że ślady w kojcu zrobił któryś z siostrzeńców pani Marii. Tiaaa... to mi dopiero eureka.

niedziela, 24 kwietnia 2016

W OPARACH ABSURDU

Nika: A może my nie jesteśmy w powieści kryminalnej? Tylko w baśni?!
Ja: W baśni?! Co ty pieprzysz?!
Nika: No wiesz, może to nie kryminał, do którego piszemy zakończenie, tylko taka jakby... baśń kryminalna.
Ja: Baśń? Baśń kryminalna? Gdyby to była „baśń”, już dawno pojawiłaby się dobra wróżka i pomogła zakończyć śledztwo.
Nika: Ale może to... taka baśń bez czarów? Baśń w konwencji realistycznej?
Ja: Pierdolisz!
Nika: No wiesz... taka baśń, w której chodzi nie tyle o magiczne rekwizyty, co treść, esencję, istotę opowieści...
Ja: Czyli, że kurwa o co?
Nika: Wszystko, co nas spotyka w baśni, to metafory spraw, których świadomie nie potrafimy przyjąć. Zupełnie jak u Bettelheima...
Ja: Bettelheima? Tego, co to... pierdolone cudowne z pożytecznym?
Nika: Właśnie.
Ja: Tiaaa... Portret psychologiczny sprawcy? Rozumiem, że tym razem w duchu psychoanalizy.
Nika: Znalazłam nawet cytat. Bardzo ciekawy. Zaraz... zaraz... Jest! „To właśnie w najróżniejszy sposób przekazują (...) baśnie: walka z poważnymi trudnościami jest w życiu nieunikniona, jest nieodłączną częścią ludzkiego istnienia – ale jeśli się nie ucieka przed nią, lecz niewzruszenie stawia czoło niespodzianym i często niesprawiedliwym ciosom, pokonuje się wszelkie przeszkody i wreszcie odnosi zwycięstwo.”
Ja: Wybacz, ale kurwa, im dłużej cię słucham, tym bardziej tracę wiarę zarówno w pokonanie wszelkich przeszkód, jak i zwycięstwo.
Nika: Z powodu tego psa?
Ja: A co ma Cerber do tego?!
Nika: Jaki znowu Cerber? Nie Cerber. Mam na myśli psa ze snu. Tego z wielkim, okrągłym nosem. Masz rację! Uciekłam przed nim, zamiast stawić problemom czoło. Więcej tego nie zrobię.

Chyba oszaleję!!!

środa, 20 kwietnia 2016

Pies

I znów te zwariowane sny Niki. Opowiada je z takim przejęciem, jakby chodziło o jakieś objawienia.
- Pies! - zawołała, nim jeszcze zdążyła przekroczyć próg mojej biuro-sypialni.
Jak na zawołanie, Cerber, który na dobre się już u mnie zadomowił, zerwał się z posłania i podbiegł do niej machając ogonem
- Przyśnił mi się pies - wyjaśniała głaszcząc cerberową połyskliwą sierść. - Z początku wydawał mi się śmieszny. Miał taki wielki, okrągły nos. Zupełnie jak z kreskówki. Dopiero potem spostrzegłam, że powodem tego jest opuchlizna. Nos był straszliwie spuchnięty. I cały w ranach. A potem spostrzegłam, że tych ran jest więcej. Na całym smutnym psim ciele.
Wówczas odeszłam. Nie chciałam tego widzieć. Nie chciałam wiedzieć, co mu się przytrafiło. Wystraszyłam się. Bałam się... chyba tego, że i mi coś się stanie. Jakby bólem można było się zarazić. I jeszcze tego, że nie zdołam mu pomóc, że nawet nie warto próbować, jakby opatrzenie ran było zadaniem ponad moje siły.
A potem było mi tak żal, że opuściłam tego psa. Tak źle. Jakbym opuściła samą siebie.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Gra na zawłokę

Andżela przyniosła odpowiedź od Klientki. Trudno w to uwierzyć, ale... MAM SZANSĘ! Oczywiście warunki zatrudnienia są mniej korzystne, niż na początku. Jednak wciąż jest to bardzo interesująca propozycja. Tylko... dlaczego kurwa akurat teraz, kiedy jesteśmy dosłownie o krok od rozwiązania zagadki?! I co ja zrobię z Cerberem?
Będę grać na zwłokę. Zawsze można przecież rżnąć głupa, że list nie doszedł, poczta nawaliła itp. Nie lubię tego i taj jak bohaterka „Dwóch spotkań z diabłem” brzydzę się kłamstwem. Czy mam jednak inne wyjście? Nie odpuszczę przecież śledztwa w takim momencie!

niedziela, 17 kwietnia 2016

Hycel

Pani Maria najwyraźniej pozbierała się po stresach związanych z córeczką. Przyszła dziś do mnie w towarzystwie dwóch przypakowanych gości (jeden z nich uzbrojony w hyclowską pętlę). Po „Kajtusia”! Bo do czego to doszło, by niewdzięczny kundel warczał na rękę, która go karmi. „Takie zdegenerowane osobniki należy likwidować, ponieważ zagrażają życiu i zdrowiu ludzi.”.
Z trudem udało mi się ją ubłagać, żeby nie oddawała Cerbera (o przepraszam Kajtusia) hyclom, na pewną eutanazję, czyli tak zwane „uśpienie” (cóż za cholerny eufemizm).
Nawiasem mówiąc, pies, jakby wyczuwając, co się święci, zachowywał się wręcz wzorcowo. Nawet nie warknął. Leżał w kącie spoglądając czujnie na przybyszy. Widać było jednak, że jakby co, gotów jest do (że tak się wyrażę) interwencji. 
Nie było wyjścia. Trzeba było się zdeklarować, że biorę odpowiedzialność za „bestię” i obiecać, że ani pani Marii, ani jej gościom nic złego się nie stanie.
Od dziś to jest mój mój pies. Nie jej. Ona umywa ręce. Wygląda na to, że jeśli w ogóle kiedyś stąd wyjadę, to z Cerberem.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Względność czasoprzestrzeni

Niestety. Pisanie przerwała Andżela z kolejną spiskową „teorią dziejów”.
- Zobacz - podsunęła mi pod nos zabłoconego buta... bucika w typie glan, czy raczej glanik.
- Idealnie pasuje.
- Hmm? - trudno mi było skupić się na słowach Andżeli, bo podczas opisywania „gry” wróciły, a może raczej, należało by powiedzieć, „uwolniły” się związane z nią emocje.
- No... do tych śladów w kojcu... – nie dawała za wygraną Andżela.
- Aaa...
- A wiesz czyj to but?
- Nie mam pojęcia.
- Twojej, że tak się wyrażę, wspólniczki. Teraz rozumiem, dlaczego Cerber na nią nie warczał. Musiała już wcześniej go przekupić. 
- Endżi, wiem, że jej nie lubisz... ale... to się wydarzyło zanim Nika tu przyjechała.
- A względność czasoprzestrzeni?
Jedno należy Andżeli przyznać – potrafi człowieka zaskoczyć.
Spojrzała na mnie wyniośle i oznajmiła oschle:
- Nie jestem aż taką idiotką, jak sobie wyobrażasz!
- Ale... ja wcale...
- Z czasoprzestrzenią to był oczywiście żart. Mogła przecież pojawić się niepostrzeżenie w X jeszcze przed twoim przyjazdem.
- W X? Niepostrzeżenie?
- Skoro można było niepostrzeżenie dokonać porwania, do tego stopnia niepostrzeżenie, że do dziś nie możesz znaleźć porywacza, to równie dobrze można było niepostrzeżenie przyjechać – znów użyła swego wyniosłego spojrzenia i wyszła.
Jakoś mnie to wytrąciło z równowagi i muszę chyba chwilę ochłonąć.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Cholerne ćpuny!

Jakby mało było ostatnio paranoicznych sytuacji, dziś rano przytrafiła się kolejna. Pani Maria w odpowiedzi na moje „dzień dobry” chwyciła mnie za rękę i zaczęła krzyczeć:
- Pokaż żyły! Przecież widzę, że pokłute! To wszystko przez was!!! Cholerne ćpuny!!!
I wiecie co się wtedy stało?! Z głębi korytarza wyłonił się Cerber/Kajtuś/Czebrzyk i z groźnym pomrukiem ruszył w stronę pani Marii. Bronił mnie. Dosłownie w ostatniej chwili udało mi się chwycić za obrożę. Inaczej... Nie wiem jak to mogłoby się skończyć.

O jednym tylko marzę. Wyrwać się z tej paranoi! A Klientka wciąż milczy.

czwartek, 17 marca 2016

Demonstracja

Właściwie od dawna można się było tego spodziewać. Dziś doszło do protestu przed oknami mojego biura. Ciekawe, czy tajemnicze znaleziska z szuflady mają z tym jakiś związek? Być może to ostrzeżenie: Jeśli nic się nie zmieni, jeśli bardziej się nie postarasz, to tak oberwiesz, że wylądujesz w szpitalu, z wenflonem w żyle.
"Żądamy sprawiedliwości!"
"Chcemy czuć się bezpiecznie!"
"Gdzie nasze ukochane dziecko?!"
Oto niektóre z haseł, które widniały na chałupniczo wyprodukowanych transparentach.
Tradycyjnie „włączyło” mi się poczucie winy: A może oni mają rację, że markujemy tylko działania, tak naprawdę nie mając nic do zaoferowania?
I jednocześnie złość. Wielka złość. Gdyby nie było ich tak wielu, to chyba... No ale... nawet Cerber nie poradziłby sobie z tym tłumem. Dobrze jednak, że jest. W razie gdyby ktoś wtargnął...
Swoją drogą to dziwne. Wcześniej nikt nie zwracał uwagi na tego dzieciaka. Jakby w ogóle go nie było. A teraz wszyscy o nim mówią. Więcej! Urządzają manifestacje w jego obronie! Jakby zaczął istnieć, dopiero wtedy, gdy zniknął.
W pewnym momencie ktoś rzucił kamieniem i zbił okno w mojej biuro-sypialni, wrzeszcząc, że jesteśmy w zmowie z porywaczem. Nika bez zbędnych komentarzy podeszła do telefonu i wezwała policję. To ostudziło nieco zapały uniesionej „słusznym” gniewem ludności. Wówczas moja wspólniczka wychyliła głowę przez dziurę w szybie (że też nie bała się kolejnego kamienia?) i oznajmiła spokojnie i stanowczo:
- Doskonale rozumiem, że możecie nie akceptować sposobu, w jaki prowadzimy śledztwo. Nikogo to jednak nie upoważnia do wkraczania na nasz prywatny teren, a tym bardziej niszczenia naszej własności, właściwie, nawet nie naszej, pensjonat należy przecież do pani Marii. Nigdy się na to nie zgodzę i oczekuję, że jeszcze dziś szyba będzie wstawiona.
Żadnych usprawiedliwień, żadnego tłumaczenia, że nie mają racji podejrzewając nas o konszachty z porywaczem, choć mi osobiście wydało się niezbędne wyjaśnić tę sprawę tak, by nie pozostawić żadnych wątpliwości.
Towarzystwo rozeszło się, szemrając, a mniej więcej po godzinie (to naprawdę niesamowite!!!) pojawił się szklarz.
Zdawało mi się, że śnię. Skąd ta delikatna, eteryczna istota, to bujające w obłokach dziewczę, ma taką moc, by zmusić anonimowego niszczyciela do dobrowolnego naprawienia szkody? Wszystkie moje uprzedzenia wobec Niki stopniały jak wosk pod presją tego zdumiewającego faktu, choć, według moich kryteriów, dotychczasowe działania kwalifikowały ją raczej do głębokiej psychoterapii, niż prowadzenia śledztwa.
Można oczywiście uważać, że Nika zachowuje się jak obłąkana, można nie wierzyć jej metody pracy, ale nie sposób nie uwierzyć w nowiusieńką szybę. I prawdę mówiąc, wcale mi się to nie podoba, że ja ze swoim analitycznym umysłem, wybitną inteligencją i wiedzą psychologiczną potrafię jedynie wpaść na pomysł, że być może jednak trochę zasługujemy na to, by wybić nam szybę, bo za słabo się staramy.
Wkurzyło mnie to i, rykoszetem, oberwało się Nice.
- I co teraz? - ton mego głosu zawierał tyle złośliwej ironii ile tylko można upchnąć w trzech krótkich słowach. - Co proponujesz w tej sytuacji? Ja się nie wtrącam. W końcu to ty tworzysz tę swoją nielogiczną całość. Nieprawdaż?
- W tej sytuacji, to samo, co w tamtej. Nie widzę powodu, by zmieniać taktykę.
- Rozumiem więc, że na jutro planujemy herbatkę u pani Katelskiej, a potem pogawędkę przy kawie u pana Kucharczyka i jego żony. To może być całkiem interesujące. Tym bardziej, że wszyscy są mniej więcej w naszym wieku. Z pewnością będzie więcej wspólnych tematów, niż w przypadku naszych „zbrodniczych” staruszek.
- Nie ma potrzeby ich odwiedzać - powiedziała Nika, ignorując moje złośliwości. Zobacz, co znalazłam na strychu!
- Na strychu? A co ty właściwie robiłaś na strychu?
- Bawiłam się w chowanego z Martynką i Jankiem?
- Z kim?
- Z dziećmi sąsiadów?
- No to fajnie zajmujesz się śledztwem.
- Ważne, że skutecznie.
Nika podała mi pożółkłą gazetę. Był to lokalny dziennik sprzed lat. Na pierwszej stronie wypunktowano tłustym drukiem: ''Serdeczne gratulacje dla naszych kochanych dzieciaków, które zajęły pierwsze miejsce w okręgowym konkursie chórów szkolnych.'' Pod spodem widniała duża fotografia zwycięskiej drużyny. Wśród uśmiechniętych i upozowanych dzieci była i Basia Katelska i Jasio Kucharczyk i Danusia Piekarska, czyli jego obecna żona. Był nawet malutki Krystian.
- Sprawdzałam. Żadne z nich nie jest podobne do zaginionego dziecka. Ale spójrz na to! - Nika wskazała palcem na jedną z postaci, która nie wiadomo czemu stała tyłem. Widać było tylko plecy i jasne loki.
- A to kto? Co to za dziewczynka?
- Jaka znowu dziewczynka? Przecież to Damian - powiedziała spokojnie Nika.
Rzeczywiście, dopiero teraz wrócił do mnie obraz Damiana z dawnych lat. Obraz, który całkiem zatarł się w mojej pamięci. Być może dlatego, że tak bardzo nie pasował do dzisiejszego wizerunku „bestii”. Bo czy można uwierzyć, że to małomiasteczkowe monstrum o potężnym cielsku pokrytym tatuażami i bliznami nosiło kiedyś złote loki, których zazdrościły mu dziewczynki, a różowa karnacja jego delikatnej skóry zachwycała wszystkie sąsiadki w okolicy. Ich zachwyt był tym większy, że w dzieciństwie Damian był bardzo grzecznym i posłusznym dzieckiem, co z kolei nie bardzo podobało się rówieśnikom. Pamiętam jego niezdarne, ociężałe ruchy, tak bardzo odmienne od kanciastej gibkości chłopaków kopiących całymi dniami piłkę. Być może właśnie z powodu tej niezgrabności stawał się często obiektem kpin i żartów. Wstyd się przyznać, ale i mi zdarzało się uczestniczyć w tym procederze, choć bez specjalnego zaangażowania. Ot tak po prostu, tylko tyle, żeby za bardzo nie różnić się od rówieśników. A może również z obawy, by ich kpiny nie skierowały się przeciw mojej osobie.
Damian zwykle nie reagował, lecz od czasu do czasu zdarzało mu się zachować bardzo agresywnie, nieadekwatnie do przyczyny. Dzieciaki jednak i na to znalazły sposób. Nie wiem kto pierwszy wpadł na pomysł, że Damian boi się ręcznika. Wystarczyło zbliżyć się do niego z ręcznikiem w rękach, a on sztywniał, jego spojrzenie zapadało się, jakby całym swoim jestestwem gdzieś odlatywał, emigrował ze swego ciała gdzieś bardzo, bardzo daleko, w miejsce, do którego nie docierały żadne sygnały z tu i teraz. Kiedy był w takim stanie można z nim było zrobić wszystko. Dosłownie wszystko.

środa, 16 marca 2016

Czerwone oko

Dziś wieczorem jakieś piekielne charczenie pod drzwiami.
Wyglądam przez judasza, a tam... okrągłe, czerwono oko spoglądające na mnie z mroku.  
Kurwa, co jest grane?!
To tylko Cerber. Z świecącą na czerwono źrenicą w niebieskiej tęczówce.
Chodź piesku. Dobrze, że jesteś.

czwartek, 10 marca 2016

Herbatka u podejrzanej

Pierwsza wizyta u potencjalnych „sprawców” zaliczona. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi w odniesieniu do tak nobliwej niewiasty jak pani Bartkowiak.
Nie obyło się bez drobnych komplikacji, które zaczęły się od niefortunnego zbiegu okoliczności, jeszcze w pensjonacie. Chodzi konkretnie o przypadkowo podsłuchaną rozmowę telefoniczną, w ramach której nasza gospodyni obcyndalała za coś Sabinę. Ogromnie to panią Marię skonfundowało, że została „przyłapana” w tak „kompromitującej” sytuacji.
- Wciąż z szanowną córeczką jakieś problemy – wyjaśniła nam po chwili Andżela.
Pani Maria z kolei, choć raczej nie przypadkiem, podsłuchała naszą rozmowę. Tak ją ta niedyskrecja Andżeli rozjuszyła, że omal nie wywaliła biedaczki z roboty.
Potem biegający po podwórku Cerber z radości ubłocił nam ubranie. Trzeba było wrócić do pokoju i przebrać się. Choć dla Niki brudne ciuchy nie stanowią żadnej przeszkody w składaniu wizyt.
Na koniec okazało się, że nawalił alternator. Złośliwość rzeczy martwych? Nie dla mojej wspólniczki. Nikę ten fakt nadzwyczaj uszczęśliwił. Od samego początku upierała się, by iść do naszych „podejrzanych” na piechotę, choć dom pani Bartkowiak leży na drugim końcu miasteczka. I tym oto nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności dopięła swego.
W sumie może to i na dobre dobre wyszło. To znaczy dobrze dla śledztwa, choć źle dla mojej i tak sponiewieranej psychiki. Spacer w towarzystwie Niki (przy niej wszystko odbiera się intensywniej) pozwolił mi bowiem z większą mocą doświadczyć X, które jakby nie patrzeć, jest tłem ponurej historii, która mnie tu przywiodła, posmakować (a mdły to smak) jego dziwnej dwoistości.
Na pierwszy rzut oka nic nie budzi podejrzeń ani złych emocji. Zadbane domki z kolorowymi rabatami od frontu, świeżo bielone ściany, starannie pomalowane płoty i nienagannie wysprzątane pokoje. Jednak przez zapach kwiatów, farb i środków czystości (wszyscy tu wciąż coś szorują i myją) przebija dziwna, niepokojąca woń kurzu, pleśni i rozkładających się odpadków.
Wnikliwy obserwator szybko zauważy, że wszystkie śmietniki w miasteczku są pełne. Jakby firmy zajmujące się wywozem odpadów całkiem o X zapomniały. Przepełnione są również upchnięte w kuchennych szafkach kubły na śmieci. Lodówki wypełnione przeterminowanym żarciem, trzymanym obok świeżych produktów, które bardzo szybko zaczynają się psuć, przez bezpośredni kontakt z gnijącą żywnością. We wszystkich możliwych kątkach i zakamarkach poutykano stare, niepotrzebne sprzęty. To samo na podwórkach, których nie widać od drogi. Od frontu kwiatki i bielone ściany, a z tyłu sterta zardzewiałych gratów. Podobnie prezentują się skwerki i ulice. Jeżeli zagłębisz się w mało uczęszczane zakamarki X z pewnością trafisz na góry, lub przynajmniej górki śmieci.
Inna rzecz, że trudno te „tajne” śmieciowiska odnaleźć, ponieważ w powietrzu niemal nieustannie unosi się mgła. Niezależnie od pory dnia, czy roku.
Swoją drogą to dziwne. Skąd ona się bierze? Z powodu tej mgły wszystko wydaje się mniej wyraźne, rozmazane. Jak pejzaż, który niezadowolony ze swego dzieła rysownik próbował wytrzeć gumką, lecz nie do końca mu się to udało. Owa mglistość zdaje się przenosić na ludzkie działania, które cechuje jakieś niedookreślenie, nieuchwytność. Wszystko w X wydaje się niezaczęte lub niedokończone.
A pod drzewami niezależnie od pory roku sterty butwiejących liści. Dziwne. Butwiejące liście, wilgoć w powietrzu, mgła, a ziemia sucha. Tak sucha, że wyhodowanie kolorowych kwiatków przed domem wymaga nie lada wysiłków. A przecież każdy musi mieć rabatkę od frontu! Każdy!
Może dlatego mieszkańcom X brakuje energii na jakiekolwiek inne działania. Na to, by coś zacząć lub dokończyć. Niestety, mam wrażenie, że mnie również ten stan się udziela.
Cudaczne miasteczko. Trudno uwierzyć, że dawniej wydawało mi się całkiem zwyczajne. Nawet ten wszechobecny, choć bardzo subtelny zapach gnicia i rozkładu nie dziwił. Teraz wszystko wydaje się groźne. A może to moja podejrzliwość sprawia, że to, co zwyczajne i bezpieczne wydaje mi się tylko fasadą, za którą domyślam się czegoś strasznego. Mam jednak przeczucie, że nie chodzi tylko o sposób w jaki ten świat postrzegam, zniekształcony przez kłębiące się w głowie domysły. Tu faktycznie jest inaczej. W każdym razie inaczej niż w świecie, w którym dane mi było spędzić kilka ostatnich, całkiem udanych lat swojego życia. Trzeba mi było wyjechać stąd i powrócić, żeby to dostrzec.
Z zadumy wyrwały mnie jakieś okrzyki. To syn pani Bartkowiak czytał gazetę. Ktoś niezorientowany mógłby pomyśleć, że u Bartkowiaków wybuchła straszna awantura, a to tylko Bartkowiak Junior robił przegląd prasy podczas drugiego śniadania. Potrafił w ciągu kilku sekund wybrać artykuł, który najbardziej go zirytuje, a potem czytał go na głos matce, komentując ze wzburzeniem i tak głośno, że słychać było na drugim końcu ulicy.
- Co to za brednie! - dobiegł nas jego podniesiony głos. - ''Pewien ksiądz przekonywał podczas niedzielnego kazania, że ten, kto podniesie rękę na swoich rodziców zasługuje na to, by mu ją odrąbać. Podpowiedział nawet narzędzie, którego można użyć, aby zadośćuczynić sprawiedliwości. Miała być nim siekiera. Oskarżony o nawoływanie do agresji tłumaczył, że jego wypowiedź miała charakter metaforyczny. Reakcje wiernych świadczyły jednak o tym, że została przyjęta w dosłowny sposób. Czy więc duszpasterz, którego zadaniem jest nakłanianie do miłości bliźniego, możne używać metafor podnoszących i tak wysoki poziom wcale nie metaforycznej agresji, ujawniającej się na każdym kroku w życiu naszego społeczeństwa?'' – wydzierał się Bartkowiak junior. - Jak oni mogli puścić coś takiego do druku?! Napisali wczoraj w gazecie, że syn zarąbał siekierą rodziców! I co?! To jest w porządku?! A odrąbać rękę takiemu, co ją na własną matkę podniesie to nie jest?! A ja bym powiedział nie tylko rękę! Ale i łeb! I łeb!
Nika energicznie nacisnęła przycisk przy furtce i wrzaski mężczyzny przerwał natarczywy dźwięk dzwonka.
Otworzyła nam pani Batrkowiak, kobieta blisko siedemdziesięcioletnia, choć nikomu chyba nie przyszłoby do głowy nazwać ją starszą panią. Jest na to zbyt energiczna, zbyt aktywna, zbyt pracowita, a przy tym z pewnością nie wygląda na swoje lata. Uprzejma, choć jednocześnie szorstka i nieco sztywna, co znajduje odbicie w jej gestach i sposobie bycia, zachowuje się... nawet nie wiem jak to nazwać... jakby miała poczucie, że nieustannie ktoś ją obserwuje.
Uwielbia dawać dobre rady. W jej głosie słychać wówczas starannie wypracowane wysokie tony będące swoistą mieszaniną obojętności, władczości i irytacji. Zaczyna na ogół od słowa ''Musisz...'' a kończy stwierdzeniem ''...zrobisz jak zechcesz''. W tym zakończeniu profilaktycznie pobrzmiewa nutka urazy, jakby owo ''robienie jak się zechce'', wbrew dobrym radom tej nobliwej niewiasty, było aktem w najwyższym stopniu niestosownym.
Gospodyni zaprosiła nas do środka nie okazując nawet cienia zdziwienia naszym najściem, jakby ta niezapowiedziana wizyta była dla niej czymś najoczywistszym w świecie. Syn siedział w kuchni i z wyrazem wściekłości na poczerwieniałym z emocji obliczu przeżuwał kanapkę. Na nasz widok uniósł się nieco i wymamrotał burkliwie coś, co zapewne miało być powitaniem. Ktoś, kto go nie zna, mógłby tę burkliwość wziąć do siebie. Prawda jest jednak taka, że Stefan Barkowiak zawsze używa tego tonu, niezależnie od okoliczności. Poza ową „burkliwością” w głosie niczym specjalnym się nie wyróżnia. Jest mężczyzną w średnim wieku, średnio grubym, średnio wysokim, szpakowatym, o wyrazie twarzy naburmuszonego chłopca. Zajmuje się stolarką, a prowadzony przez niego warsztat znajduje się na posesji matki, toteż często można go u niej spotkać.
Gdy zasiedliśmy przy herbacie, pani domu uśmiechnęła się uprzejmie i zaczęła zabawiać nas rozmową. Zdawałoby się, że powinna zapytać o cel wizyty, ale najwyraźniej nie miała takiego zamiaru.
Nika przerwała jej w sposób niezupełnie grzeczny, wyjaśniając, że chodzi nam o zdjęcia. Pani Bartkowiak uśmiechnęła się jeszcze bardziej uprzejmie (i wyniośle zarazem), po czym oznajmiła, że owszem bardzo chętnie pokaże nam fotografie, ale na miejscu. Obrzuciła nas przy tym takim spojrzeniem, że prawdę mówiąc zrobiło mi się nieswojo na myśl, że Nika ośmieliła się zaproponować jej coś tak niestosownego, jak wypożyczenie rodzinnych zdjęć. Potem nasza gospodyni sięgnęła do szuflady i zaczęła pokazywać pożółkłe fotografie: swoje, syna, oraz najrozmaitszych krewnych i znajomych..
Opowiadała przy tym rozmaite historie: na przykład o tym, że syn ufarbował sobie kiedyś włosy, ale potem zmądrzał i ze szczegółami opisywała jego dolegliwości z dzieciństwa, co, nie ukrywam, wprawiło mnie w lekkie zażenowanie.
Stefan Bartkowiak burczał tylko coś pod nosem burkliwym głosem.
Nika słuchała tego wszystkiego z roztargnieniem rozglądając się nerwowo po pokoju. Zdziwiło mnie trochę, że zamiast oglądać fotografie gapi się na meble i ściany, ale okazało się, że tam również jest pełno zdjęć oprawionych w ozdobne ramki.
Wracaliśmy do biura w milczeniu. Nika sprawiała wrażenie nadzwyczaj zadumanej.
- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo ta wizyta posunęła nasze śledztwo do przodu – odezwała się nagle zwracając jasną, delikatną twarz w moim kierunku.
- Uważasz, że to któreś z nich porwało dziecko?
- Ależ skąd?
- Więc o co chodzi?
- Podobno malujesz portret psychologiczny sprawcy? - spytała tym swoim osobliwym, pełnym metafor językiem.
- Zgadza się. Ty piszesz kryminał, a ja maluję portret sprawcy.
Nika zdawała się nie zauważyć ironii zawartej w moich słowach.
- Więc rób to dalej. A ja będę dostarczać kolorów i faktur lub, jeśli wolisz, fragmentów układanki.
Fragmentów układanki? Nie wiem jak to się stało, ale na krótką chwilę osobliwa logika (czy raczej nielogiczność) detektyw Niki zdominowała mój sposób myślenia. Przypomniało mi się, co o niej mówiono. Że posiada niesamowitą intuicję, że zawsze potrafi się znaleźć w takim miejscu i takiej sytuacji, która w najmniej oczekiwany sposób odkrywa fragment tajemnicy. Nie wprost, lecz w jakiś dziwny metaforyczny sposób, który chyba tylko ona jest w stanie rozpoznać.
Wyobraźmy sobie na przykład, że Nika poszła na spacer i spotkała dwie panie, które rozprawiają o cenach mięsa. Nie oznacza to bynajmniej, że któraś z tych pań ma związek ze sprawą, lecz może na przykład znaczyć, że przestępca zajmuje się produkcją wędlin lub coś w tym rodzaju. Tak to przynajmniej rozumiem. Jeżeli w ogóle jest tu coś do rozumienia. Tak więc wizyta u pani Bartkowiak dostarczyła nam fragmentu układanki. Cóż to może w praktyce oznaczać, biorąc pod uwagę fakt, że, jak twierdzi Nika, żadne z nich nie dokonało porwania? Czyżby dokonał tego jakiś ksiądz, a może sprzedawca gazet? To byłoby zbyt oczywiste. A może nobliwa, starsza pani, po której nikt się tego nie spodziewa? Albo nastolatek, żywiący nienawiść do swoich rodziców? Artykuł, o którym mówił/krzyczał Stefan Bartkowiak o tym właśnie opowiadał.
I nagle mnie olśniło. Złość! To oczywiste! Sprawca przeniósł złość z rodziców na dziecko. Rodzice z jakichś powodów nie nadawali się do tego, aby na nich się złościć. Zupełnie jak pani Bartkowiak. Jest przecież tak akuratna. Dlatego porwano dziecko, a oszczędzono dorosłych. Mój Boże! Czy to może oznaczać, że ktoś je zarąbał siekierą?!
Jedno jest pewne. Chodzi o zjawisko przeniesienia złości. I proces magazynowania jej przez lata. Ilekroć zdarzyło mi się spotkać Stefana Bartkowiaka, zawsze powtarzała się identyczna sytuacja. Kiedy siadał z matką do drugiego śniadania, nieodmiennie wyciągał gazetę i wyszukiwał taki artykuł, przy którym mógł się porządnie zezłościć. I potem, zawsze to samo, czytał głośno, nawet bardzo głośno, a jego głos był pełen wściekłości, która zdawała się pochodzić z jakiegoś innego źródła, z innego świata. Tak jakby czerpał ją z głęboko ukrytego miejsca, w którym przez wiele lat na siłę ją upychał i w którym ona już nie może się zmieścić. Więc on znalazł sobie właśnie taki sposób, by choć trochę tej złości upuścić. Jakby gazety służyły tylko do tego, by można się było przy nich bezpiecznie zdenerwować.
- W zasadzie nie ma się do czego przyczepić, ale przepsychologizowane - skomentowała moje wywody Nika.
- Prze-co? Przepraszam?
- Przepsychologizowane. Poza tym mało konkretne. Znajdź mi przestępcę, który nie posiada w sobie, jak to określasz, pokładów gromadzonej przez lata złości - powiedziała i zaczęła z wielką uwagą oglądać swoje poobgryzane paznokcie. Po chwili oderwała wzrok od tej fascynującej, choć nieco wątpliwej ozdoby swoich bardzo zgrabnych, trzeba przyznać, dłoni i dodała ze smutkiem.
- Wszystko to prawda, co mówisz o porywaczu, o jego psychice. I co z tego? Czy w jakikolwiek sposób zbliżyło cię to do dziecka. Być może sprawca został w jakiś sposób odnaleziony. Co prawda tylko teoretycznie. Ale nie o to przecież chodzi. Chodzi o to, aby odnaleźć dziecko.
- Jak to? Przecież sama mówiłaś... No i zbierałaś fotografie.
Nika wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni kurtki zdjęcie i podsunęła mi pod sam nos. Fotografia przedstawiała porwane dziecko.
- Ach tak! Chcesz mi wmówić, że przez cały czas chodziło ci tylko i wyłącznie o portret dzieciaka? To niby po co zbierałaś te wszystkie fotografie? Nie dlatego przecież, że były to fotografie porwanych dzieci, lecz potencjalnych sprawców?
I Nika znów obdarzyła mnie tym spojrzeniem, które miało oznaczać, że nawet nie warto podejmować prób wyjaśniania mi spraw tak subtelnych. Lecz tym razem było to spojrzenie pełne smutku.
- Tak wiem - powiedziała cicho - czasem łatwo się w tym pogubić.

Jak dziecko

Zabawne. Nika ma maleńkie stopy. Jak dziecko. Gdyby nie fakt, że dopiero przyjechała, można by pomyśleć, że to ona zostawiła ślady w cerberowym kojcu.

sobota, 5 marca 2016

Cerber obłaskawiony

Podobno pilnujący podwórka Cerber nawet na Nikę nie warknął. Tak przynajmniej twierdzi okropnie wzburzona tym faktem Andżela.

czwartek, 3 marca 2016

Detektyw Andżela

 Andżela jest kochana, pomocna, ale... strasznie upierdliwa. Nie było wyjścia, jak „wciągnąć” ją do śledztwa, czyli zlecić jakąś pierdółkę. Niech ma poczucie, że robi coś ważnego i da mi trochę luzu.
Ową pierdółką jest szukanie odciśniętego w cerberowym kojcu buta, a raczej jego właściciela lub właścicielki, bo but taki bardziej unisex. Właściwie mam pewność, że należy do jednego z dzieciaków kuzynki pani Marii. Ale co tam! Przecież Andżela nie musi o tym wiedzieć.
Początkowo była trochę zła: czemu wcześniej nic nie wiedziała? Przecież to ona podała mi ten trop, itp. itd. Dała się jednak udobruchać, gdy usłyszała, że to dla jej dobra, w trosce o nią, żeby nie martwić jej, nie denerwować. Ale teraz, kiedy już wiem, jaki mocny ma charakter i że byle stres jej nie złamie, pojawił się pomysł, by zaprosić ją do współpracy. 
Wyszła ode mnie nad ranem, ogromnie przejęta i z tysiącem pomysłów na śledztwo. Trochę mi głupio, że tak ją wkręcam, ale nie mam chyba innego wyjścia.

sobota, 27 lutego 2016

Spacer z bestią


No dobra nie jest ani łatwa, ani banalna. Przede wszystkim wezwano mnie zbyt późno. W tego tego typu sprawach o sukcesie decyduje pierwszych 5 dni, by nie powiedzieć pierwsze godziny.
Nie wspominając już o tym, że zebrany dotychczas materiał dowodowy jest szczątkowy, nawet mniej niż szczątkowy. Prawdopodobnie większość śladów została przez niedbalstwo zatarta.
Mam ochotę im wykrzyczeć: To wasza wina! To wy zawaliliście sprawę!
Ktoś mógłby, na moim miejscu, całkiem słusznie zdecydować, że no sorry, już po ptakach, spadam stąd!
Ale nie ja!
Zresztą... czy mam w tej sytuacji inne wyjście...

P.S. Dziś na spacerze „bestia” został przez mnie na nowo ochrzczony. Otrzymał imię... Cerbuś – będące swego rodzaju syntezą dwóch poprzednich (Cerber i Kajtuś). Wiem, idiotyczne brzmi, ale co tam...  Cerbuś vel Cerbi vel Cerbo vel Cebrzyk jest w siódmym niebie, choć, że pozwolę sobie na mały żarcik, nie w niebie jest miejsce Cerbera. Ja zaś znów próbuję połączyć „cudowne z pożytecznym”. Resetuję się - długie spacery niwelują stres; socjalizuję „bestię” i... kolekcjonuję spojrzenia mieszkańców, którzy patrzą patrzą na mnie jakby z pewnym uznaniem odkąd prowadzam na smyczy potwora.
Przynajmniej tyle.

Kajtuś, Cerber, Cerbuś... Wygląda na to, że he, he... zbliżam się do Hadesu.