Wciąż jestem w X. Nie oznacza to jednak rezygnacji z wyjazdu. Wręcz przeciwnie. Dopiero teraz mam pewność, że to konieczne.
Dla dobra sprawy. Tej sprawy! Paradoksalnie, muszę wyjechać z X, żeby poznać tajemnicę popełnionej w X zbrodni.
I chcę, żeby Nika pojechała ze mną. Cerber też!
Rzecz w tym, że wreszcie mam to, czego najbardziej nam brakowało!!! Głównego podejrzanego! A właściwie podejrzaną.
Na początek jednak - w telegraficznym skrócie zrelacjonuję wydarzenia dzisiejszego poranka.
Zaczęło się od tego, że zepsuł mi się samochód (już po raz trzeci w tym pierdolonym X). Nic jednak nie było w stanie powstrzymać mnie przed wyjazdem. Żadne przeszkody. A co dopiero taki drobiazg? Od czego w końcu mamy publiczne środki transportu?! To, że dworzec znajduje się na drugim końcu miasteczka, to też żaden problem. Zostało mi jeszcze trochę kasy, choć to cholerne śledztwo przyniosło więcej strat niż zysków – również w materialnym sensie. Ale co tam, stać mnie jeszcze na taksówkę.
Taksówkarz (o dziwo!) przyjechał za wcześnie, co było świetnym pretekstem by uciąć kłopotliwą rozmowę z panią Marią, która usiłowała za wszelką cenę wyciągnąć ode mnie informacje na temat przyczyny tak nagłego wyjazdu, i na dodatek dość namolnie wypytywała, co się stało, że Nika siedzi zamknięta w pokoju. Uwięziony w kojcu Cebrzyk (tak ostatnio mówię na Cerbera) wył rozpaczliwie, jakby przeczuwając co nastąpi. Serce mi się krajało, ale... co robić.
Nawiasem mówiąc, taksówkarz ze swoją modiglianowską twarzą przypominał nieco listonosza, który przyniósł mi rozpaczliwą wiadomość z X.
Co za paradoks? Tamten wezwał mnie do rodzinnego miasteczka, a ten, symbolicznie rzecz ujmując, mnie z niego odwołuje.
Gdy wreszcie, już na dworcu, udało mi się dodzwonić do Klientki, tuż za moimi plecami rozległ się radosny bas.
Cebrzyk?
Cebrzyk!
Jakim cudem wydostał się z kojca?!
I jak to możliwe, że udało mu się dotrzeć za mną na dworzec?
Nie było czasu, żeby się nad tym zastanowić. Trzeba było przerwać rozmowę i pacyfikować psisko, bo zagrażało bezpieczeństwu publicznemu, a konkretnie bezpieczeństwu tych kilku osób, które prócz mnie znajdowały się w poczekalni i patrzyły na „bestię” z prawdziwym przerażeniem. Nie było to łatwe. Cebrzyk, nacieszywszy się moją osobą, nagle znieruchomiał z wzrokiem, a raczej węchem skierowanym w jakiś odległy cel. Potem rzucił się pędem przed siebie. Ja za nim. Przebiegł przez ulicę, omal nie powodując wypadku i wbiegł na przystanek przed dworcem, płosząc czekających na autobus przechodniów.
Obiektem jego nagłej fascynacji okazała się dziewczyna w czerwonych butach, która swoim wyglądem i sposobem noszenia ogromnie się wyróżniała z, że tak się wyrażę, tła. Poza tym... przypominała trochę Sabinę. Przez chwilę zdawało mi się nawet, że to ona.
Jednak nie złudne podobieństwo do dawnej opiekunki skłoniło Cebrzyka do tak gwałtownej reakcji, tylko fakt, że dziewczyna trzymała na kolanach małego dziwacznego pieska. A raczej suczkę, jak można było wywnioskować z oznak niecierpliwej ekscytacji uzewnętrznionej przez mojego pupila.
Cudem udało mi się opanować rozradowaną „bestię” przy pomocy wyciągniętego z bagażu paska, który tym razem wystąpił w roli smyczy.
Dziewczyna (jedyna chyba w X osoba, która nie boi się Cerbera) powiedziała, że nic nie szkodzi, że spoko, nie ma za co przepraszać, wszak miłość nie wybiera, zwłaszcza w psim świecie - to ostatnie ze śmiechem, bo fakt, trudno wyobrazić sobie gorzej dobraną parę niż jej maleńka sunia i mój „potwór”. Na zakończenie pogłaskała Cerbusia po głowie i wraz z podopieczną zniknęła w autobusie.
Okazało się, że w zamieszaniu zostawiła na przystanku jakąś broszurę.
A może to nie ona?
Może książeczka leżała tam wcześniej?
Faktem jest, że na ławce pod wiatą walały się jakieś, z lekka wymięte, bezpańskie druki.
Z powodu miłosnej przygody Cebrzyka pociąg uciekł. Jednak nie to zdecydowało o moim (chwilowym!!!) powrocie do pensjonatu.
Nawet nie fakt, że podróż z uwiązanym na pasku Cerberem mogła się okazać się prawdziwą katastrofą.
Powodem była treść broszury.
Nie uwierzycie, opisywała ona.... działalność ''Teatru Zbrodni''!!! Na wstępie znalazła się skrócona biografia Dominiki Sanders i streszczenie ''Dwóch spotkań z diabłem''. To można sobie darować. To już znacie.
Całą resztę pozwolę sobie bez zmian i skrótów przytoczyć.
Rozumowanie Sanders wygląda w ten sposób: Skoro grzech posiada siłę oczyszczającą i uwalnia od poczucia winy, które do grzechu popycha, trzeba go doświadczyć i to w sposób jak najbardziej intensywny. Nie wystarczy jednorazowe oczyszczenie. Wspomnienie upadku po jakimś czasie blednie i rozum znów zaczyna pytać, skąd się właściwie wzięło poczucie winy? Zatem należy zachować czujność i doświadczać upadku bezustannie, z dnia na dzień, gdy tylko zaistnieje taka potrzeba.
Jak to robić, by jednocześnie nie krzywdzić innych?
W tym celu powołany został Teatr Zbrodni. Miało to być miejsce, w którym każdy potrzebujący mógłby unaocznić sobie swój grzech w całej jego potworności i w ten sposób uwolnić się od niego.
Działalność Teatru Zbrodni była półformalna. Jego siedziba znajdowała się w willi wynajętej przez ówczesnego przyjaciela Sanders, który finansował większość jej przedsięwzięć z tamtego okresu. Sanders, pomimo swej nieco autystycznej osobowości, miała szerokie znajomościom w świecie artystycznym (i nie tylko). Z teatrem współpracowało wielu aktorów, plastyków, scenografów, specjalistów od efektów specjalnych, konstruktorów, pisarzy, psychologów i wiele innych osób o bliżej nie sprecyzowanej profesji. Nie byli zatrudnieni w teatrze na stałe, lecz pracowali przy realizacji konkretnego przedsięwzięcia. Każdy spektakl przygotowywany był indywidualnie na potrzeby konkretnego klienta. Jednak procedura wyglądała na ogół w ten sposób: zainteresowany zgłaszał się do koordynatora ,,zbrodni'' i opowiadał z czym przyszedł. Czasami sama rozmowa wystarczała, by klient poczuł się oczyszczony. Jeśli jednak to nie nastąpiło, koordynator uzgadniał z nim szczegóły, zbierał dokumentację, starał się dowiedzieć jak najwięcej o jego życiu i otoczeniu. Następnie wspólnie z literatem lub psychologiem próbował przewidzieć wszystkie następstwa danego wydarzenia i opracowywał wstępny scenariusz, konsultując się oczywiście z samym zainteresowanym.
Scenariusz w trakcie realizacji ulegał licznym przekształceniom. Powstało w ten sposób wiele pasjonujących opowieści, które same w sobie stanowią o wartości spuścizny pozostałej po Teatrze Zbrodni. Wydano je niedawno w formie zbioru i trzeba przyznać, że to fascynująca lektura.
W dalszej kolejności zajmowano się przygotowaniem rekwizytów. Konstruowano specjalne manekiny oddające dokładnie wygląd upatrzonej ofiary z wmontowanym specjalnym mechanizmem, który powodował na przykład, że podczas duszenia twarz ofiary wykrzywiała się w straszliwym grymasie.
Czasem w roli świadków przestępstwa lub ofiar występowali odpowiednio ucharakteryzowani aktorzy. Dotyczyło to na ogół znęcania się psychicznego i morderstw z broni palnej.
W przypadku rękoczynów, w których istotną rolę odgrywała np. siła uderzenia, ew. gwałtów - stosowano manekiny.
Opracowywano też efekty dźwiękowe i scenografię, niejednokrotnie imitującą dokładnie wskazane przez klienta miejsce.
Spektakle najczęściej odbywały się w willi wynajętej przez Teatr Zbrodni, czasem jednak przenosiły się do prywatnych mieszkań, bądź w plener. W takim przypadku przebiegu ,,zbrodni'' pilnowała wynajęta firma ochroniarska.
Łatwo sobie wyobrazić, że każdy spektakl wymagał ogromnego wkładu pracy zarówno ze strony realizatorów jak i klientów. Chyba tylko magnetycznej osobowości Dominiki Sanders należy przypisać fakt, ze pracowano za pół darmo i w szaleńczym tempie.
Osoby najbardziej zamknięte w sobie, nie mające ochoty konsultować się w sprawie swojej zbrodni, mogły wejść, wybrać rekwizyty i samodzielnie ją zaaranżować.
Jednym z najefektowniejszych i najkosztowniejszych zarazem przedsięwzięć był spektakl przygotowany przez pewnego bogatego mężczyznę, który zgłosił się z zamiarem popełnienia samobójstwa.
Pod kontrolą pracowników teatru, w swoim gabinecie podjął próbę powieszenia się. Sznur odcięto wystarczająco wcześnie, by nic mu się nie stało i wystarczająco późno, aby się wystraszył, że opiekunowie o nim zapomnieli i faktycznie czeka go śmierć.
Następnie za pomocą zrealizowanej uprzednio dokumentacji video zapoznał się z reakcjami różnych osób na wieść o jego śmierci. Szczególnie wstrząsnęło nim zachowanie dzieci i matki.
Oczywiście postacie te zostały zagrane przez aktorów. Wziął również udział we własnym pogrzebie. W orszaku pogrzebowym szło kilkadziesiąt osób. Wszystkie ucharakteryzowane na bliskich, rodzinę, znajomych i współpracowników. On sam przebrany był za swojego syna i miał się wczuć w jego sytuację emocjonalną.
Po mniej więcej dwóch latach spokojnej i niczym nie zakłóconej działalności nad Teatrem Zbrodni zebrały się pierwsze chmury. W prasie zaczęły się ukazywać krytyczne artykuły na jego temat. Pojawiły się pierwsze przypadki ataków nerwowych, a nawet jeden zawał serca - niektóre osoby nie wytrzymywały napięcia wywołanego odtwarzaniem ,,zbrodni''.
Kilkakrotnie aresztowano uczestników ,,zbrodni plenerowych'', co prawda po złożeniu wyjaśnień zostali zwolnieni, jednak fakty te postawiły pod znakiem zapytania dalszą działalność Teatru.
Przysłowiową kroplą przepełniającą kielich była próba popełnienia gwałtu na małej dziewczynce. Tylko szybka interwencja obserwatorów kontrolujących przebieg „spektaklu” zapobiegła tragedii. Gwałtu usiłował dokonać jeden z samodzielnie aranżujących zbrodnię. Przy okazji wyszło na jaw, że w teatrze zatrudniane były również dzieci, choć w tym przypadku mężczyzna przyprowadził dziewczynkę z ulicy.
Dominika Sanders w wyniku długotrwałego procesu została uniewinniona. Przez jakiś czas próbowała wskrzesić Teatr Zbrodni. Bezskutecznie. Po ostatecznym rozwiązaniu Teatru słuch o niej zaginął. Dopiero kilka dni temu postać artystki przypomniała nam wiadomość o jej samobójczej śmierci.
Po przeczytaniu artykułu rozmaite fakty zaczęły układać mi się w całość. Sen Niki o molestowaniu seksualnym i fragment, w którym mowa o tym, że w ''Teatrze Zbrodni" omal nie doszło do gwałtu na małej dziewczynce. To, co mówiła Nika o porywaczu i poczuciu winy oraz to, co o poczuciu winy pisała Sanders.
I nagle stało się dla mnie jasne, kto jest sprawcą tej zbrodni!
To ona! Słynna artystka z X!
A braciszek jej pomógł. Jest przecież za głupi, by sam coś takiego zaplanować.
To jej wina! Wymyśliła wszystko, wciągnęła go w swoje plany, a on zrobił, co kazała. Świruska! Zbok!
Czy ktoś przy zdrowych zmysłach założyłby ''Teatr Zbrodni''?!
Zaczynam rozumieć przesłanie książki, którą wypożyczyła nam pani psycholog. To była właśnie zwyrodniała forma pomocy. Pomoc będąca efektem wewnętrznych braków i siejąca wyłącznie spustoszenie.
A cała ta chora teoria na temat poczucia winy... Przypuszczam, że Sanders musiała zrobić coś, co wypełni jej przerośnięte poczucie winy i wykorzystała do tego porwane dziecko. Teatr już jej nie wystarczył.
Albo potrzebowała nieletnich aktorów do swoich nielegalnych spektakli.
Kto wie, co się teraz dzieje z tym biednym dzieckiem? Czy jeszcze żyje? A jeśli tak, czy kiedykolwiek będzie zdolne do normalnej egzystencji?
Pewne jest tylko to, że gdzieś je X wywiozła. Dlatego trzeba stąd wyjechać. Natychmiast!
Czekam na Nikę. Podobno, zaraz po tym, jak taksówka ruszyła z podjazdu, Nika otworzyła pokój i gdzieś sobie poszła.
Wracaj, słońce!
Wreszcie wiem, co musimy zrobić.
motto:
"Tutaj wszystko pochodzi z wnętrza. Musi się zacząć głęboko w środku, a potem rozrastać się i rozrastać. Wtedy naprawdę zachodzą zmiany."
David Lynch "W Pogoni Za Wielką Rybą"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sabina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sabina. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 maja 2016
środa, 13 kwietnia 2016
niedziela, 10 kwietnia 2016
Gorąca, pulsująca czerwień
Nawet Andżela nie jest specjalnie skłonna do zwierzeń. Wynika to, nie tyle z braku zaufania, co nadmiaru uczuć.
- Podobno miała nawet śmierć kliniczną – wyjaśniła mi zdławionym szeptem.
Broda Andżeli drżała, a usta ułożyły się w charakterystyczny grymas. Widać było, że próbuje stłumić płacz.
- Ale... - mówiła z trudem - nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. Biedne dziecko – Andżela przytuliła mnie mocno, a może raczej... przytuliła się do mnie.
Tak zastała nas Nika. W jej spojrzeniu zdawały się kryć dwie sprzeczne emocje. Zaskoczenie i... jakaś dziwna... pewność. Jakby to, co ujrzała stanowiło kolejne potwierdzenie jej przeczuć.
- Przepraszam! – Andżela rozpłakała się w głos i wybiegła z pokoju. Zza drzwi słychać było, jak powtarza: „Biedne dziecko! Biedne dziecko!”
- Wiedziałam - Nika pokręciła głową – po prostu... wiedziałam.
- Co niby znowu wiedziałaś?! Nic nie wiedziałaś! Zawsze niby wszystko wiesz! – ogarnęła mnie irytacja. – A chodzi o to, że... Andżela... ona... po prostu... potrzebowała pocieszenia.
Twarz Niki przybrała wzgardliwy wyraz.
- Mówiąc „wiedziałam” miałam na myśli ten wypadek – wyjaśniła zimno. - Miałam sen...
- Tiaaa... zawsze masz jakiś sen.
- Sen, który wszystko zapowiadał – ciągnęła niezrażona, a w jej głosie zabrzmiała nieznana mi nuta... jakaś zimna wściekłość i desperacja. - Śniło mi się, że moje serce całkiem zamarzło. Było jak lód – Nika patrzyła na mnie wyzywająco, jakby opowiadając sen, chciała powiedzieć coś zupełnie innego - niezdolne do najmniejszego nawet poruszenia. Dopóki nie przyszła do mnie istota, która wyprowadziła moje puste żyły na zewnątrz. Wyrastały z moich z moich przegubów i nadgarstków niczym gałęzie błękitnego drzewa spragnionego świata...
- Chyba światła?
- Świata! – zdenerwowała się Nika. - Powiedziałam świata! - zamilkła na chwilę i dokończyła z wymuszonym spokojem:
- I czerpały zeń gorącą pulsującą czerwień.
- To niby taka metafora przetaczania krwi?
- Kurwa! Słuchasz mnie, czy nie? - wrzasnęła Nika.
Zatkało mnie. Nigdy wcześniej nie używała wulgaryzmów. Nie krzyczała. I jeszcze nigdy nie była aż tak wściekła.
- Jak mówię, że czerwień to czerwień!
- Przepraszam...
- Nie wiesz co to jest czerwień, kurwa mać?! Niby uwielbiasz czerwień, a nie wiesz, co to oznacza?!
Nika zamilkła, jakby zaskoczona własnym wybuchem. Wreszcie ukryła twarz w dłoniach. Przez chwilę tak siedziała próbując opanować wewnętrzne i zewnętrzne drżenie.
Podniosła głowę i spojrzała na mnie jakby z wielkiej odległości.
- Aż wreszcie lód w sercu się rozpuścił i moje serce też zaczęło pulsować. Emanując ciepło. Ciepło, które wypełniło całe moje ciało.
Nazajutrz kolekcja „skarbów” w szufladzie sekretarzyka wzbogaciła się o jeszcze jeden rekwizyt – tak zwany dren medyczny, czyli, łopatologicznie mówiąc, rurkę do kroplówki.
piątek, 18 marca 2016
czwartek, 10 marca 2016
Herbatka u podejrzanej
Pierwsza wizyta u potencjalnych „sprawców” zaliczona. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi w odniesieniu do tak nobliwej niewiasty jak pani Bartkowiak.
Nie obyło się bez drobnych komplikacji, które zaczęły się od niefortunnego zbiegu okoliczności, jeszcze w pensjonacie. Chodzi konkretnie o przypadkowo podsłuchaną rozmowę telefoniczną, w ramach której nasza gospodyni obcyndalała za coś Sabinę. Ogromnie to panią Marię skonfundowało, że została „przyłapana” w tak „kompromitującej” sytuacji.
- Wciąż z szanowną córeczką jakieś problemy – wyjaśniła nam po chwili Andżela.
Pani Maria z kolei, choć raczej nie przypadkiem, podsłuchała naszą rozmowę. Tak ją ta niedyskrecja Andżeli rozjuszyła, że omal nie wywaliła biedaczki z roboty.
Potem biegający po podwórku Cerber z radości ubłocił nam ubranie. Trzeba było wrócić do pokoju i przebrać się. Choć dla Niki brudne ciuchy nie stanowią żadnej przeszkody w składaniu wizyt.
Na koniec okazało się, że nawalił alternator. Złośliwość rzeczy martwych? Nie dla mojej wspólniczki. Nikę ten fakt nadzwyczaj uszczęśliwił. Od samego początku upierała się, by iść do naszych „podejrzanych” na piechotę, choć dom pani Bartkowiak leży na drugim końcu miasteczka. I tym oto nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności dopięła swego.
W sumie może to i na dobre dobre wyszło. To znaczy dobrze dla śledztwa, choć źle dla mojej i tak sponiewieranej psychiki. Spacer w towarzystwie Niki (przy niej wszystko odbiera się intensywniej) pozwolił mi bowiem z większą mocą doświadczyć X, które jakby nie patrzeć, jest tłem ponurej historii, która mnie tu przywiodła, posmakować (a mdły to smak) jego dziwnej dwoistości.
Na pierwszy rzut oka nic nie budzi podejrzeń ani złych emocji. Zadbane domki z kolorowymi rabatami od frontu, świeżo bielone ściany, starannie pomalowane płoty i nienagannie wysprzątane pokoje. Jednak przez zapach kwiatów, farb i środków czystości (wszyscy tu wciąż coś szorują i myją) przebija dziwna, niepokojąca woń kurzu, pleśni i rozkładających się odpadków.
Wnikliwy obserwator szybko zauważy, że wszystkie śmietniki w miasteczku są pełne. Jakby firmy zajmujące się wywozem odpadów całkiem o X zapomniały. Przepełnione są również upchnięte w kuchennych szafkach kubły na śmieci. Lodówki wypełnione przeterminowanym żarciem, trzymanym obok świeżych produktów, które bardzo szybko zaczynają się psuć, przez bezpośredni kontakt z gnijącą żywnością. We wszystkich możliwych kątkach i zakamarkach poutykano stare, niepotrzebne sprzęty. To samo na podwórkach, których nie widać od drogi. Od frontu kwiatki i bielone ściany, a z tyłu sterta zardzewiałych gratów. Podobnie prezentują się skwerki i ulice. Jeżeli zagłębisz się w mało uczęszczane zakamarki X z pewnością trafisz na góry, lub przynajmniej górki śmieci.
Inna rzecz, że trudno te „tajne” śmieciowiska odnaleźć, ponieważ w powietrzu niemal nieustannie unosi się mgła. Niezależnie od pory dnia, czy roku.
Swoją drogą to dziwne. Skąd ona się bierze? Z powodu tej mgły wszystko wydaje się mniej wyraźne, rozmazane. Jak pejzaż, który niezadowolony ze swego dzieła rysownik próbował wytrzeć gumką, lecz nie do końca mu się to udało. Owa mglistość zdaje się przenosić na ludzkie działania, które cechuje jakieś niedookreślenie, nieuchwytność. Wszystko w X wydaje się niezaczęte lub niedokończone.
A pod drzewami niezależnie od pory roku sterty butwiejących liści. Dziwne. Butwiejące liście, wilgoć w powietrzu, mgła, a ziemia sucha. Tak sucha, że wyhodowanie kolorowych kwiatków przed domem wymaga nie lada wysiłków. A przecież każdy musi mieć rabatkę od frontu! Każdy!
Może dlatego mieszkańcom X brakuje energii na jakiekolwiek inne działania. Na to, by coś zacząć lub dokończyć. Niestety, mam wrażenie, że mnie również ten stan się udziela.
Cudaczne miasteczko. Trudno uwierzyć, że dawniej wydawało mi się całkiem zwyczajne. Nawet ten wszechobecny, choć bardzo subtelny zapach gnicia i rozkładu nie dziwił. Teraz wszystko wydaje się groźne. A może to moja podejrzliwość sprawia, że to, co zwyczajne i bezpieczne wydaje mi się tylko fasadą, za którą domyślam się czegoś strasznego. Mam jednak przeczucie, że nie chodzi tylko o sposób w jaki ten świat postrzegam, zniekształcony przez kłębiące się w głowie domysły. Tu faktycznie jest inaczej. W każdym razie inaczej niż w świecie, w którym dane mi było spędzić kilka ostatnich, całkiem udanych lat swojego życia. Trzeba mi było wyjechać stąd i powrócić, żeby to dostrzec.
Z zadumy wyrwały mnie jakieś okrzyki. To syn pani Bartkowiak czytał gazetę. Ktoś niezorientowany mógłby pomyśleć, że u Bartkowiaków wybuchła straszna awantura, a to tylko Bartkowiak Junior robił przegląd prasy podczas drugiego śniadania. Potrafił w ciągu kilku sekund wybrać artykuł, który najbardziej go zirytuje, a potem czytał go na głos matce, komentując ze wzburzeniem i tak głośno, że słychać było na drugim końcu ulicy.
- Co to za brednie! - dobiegł nas jego podniesiony głos. - ''Pewien ksiądz przekonywał podczas niedzielnego kazania, że ten, kto podniesie rękę na swoich rodziców zasługuje na to, by mu ją odrąbać. Podpowiedział nawet narzędzie, którego można użyć, aby zadośćuczynić sprawiedliwości. Miała być nim siekiera. Oskarżony o nawoływanie do agresji tłumaczył, że jego wypowiedź miała charakter metaforyczny. Reakcje wiernych świadczyły jednak o tym, że została przyjęta w dosłowny sposób. Czy więc duszpasterz, którego zadaniem jest nakłanianie do miłości bliźniego, możne używać metafor podnoszących i tak wysoki poziom wcale nie metaforycznej agresji, ujawniającej się na każdym kroku w życiu naszego społeczeństwa?'' – wydzierał się Bartkowiak junior. - Jak oni mogli puścić coś takiego do druku?! Napisali wczoraj w gazecie, że syn zarąbał siekierą rodziców! I co?! To jest w porządku?! A odrąbać rękę takiemu, co ją na własną matkę podniesie to nie jest?! A ja bym powiedział nie tylko rękę! Ale i łeb! I łeb!
Nika energicznie nacisnęła przycisk przy furtce i wrzaski mężczyzny przerwał natarczywy dźwięk dzwonka.
Otworzyła nam pani Batrkowiak, kobieta blisko siedemdziesięcioletnia, choć nikomu chyba nie przyszłoby do głowy nazwać ją starszą panią. Jest na to zbyt energiczna, zbyt aktywna, zbyt pracowita, a przy tym z pewnością nie wygląda na swoje lata. Uprzejma, choć jednocześnie szorstka i nieco sztywna, co znajduje odbicie w jej gestach i sposobie bycia, zachowuje się... nawet nie wiem jak to nazwać... jakby miała poczucie, że nieustannie ktoś ją obserwuje.
Uwielbia dawać dobre rady. W jej głosie słychać wówczas starannie wypracowane wysokie tony będące swoistą mieszaniną obojętności, władczości i irytacji. Zaczyna na ogół od słowa ''Musisz...'' a kończy stwierdzeniem ''...zrobisz jak zechcesz''. W tym zakończeniu profilaktycznie pobrzmiewa nutka urazy, jakby owo ''robienie jak się zechce'', wbrew dobrym radom tej nobliwej niewiasty, było aktem w najwyższym stopniu niestosownym.
Gospodyni zaprosiła nas do środka nie okazując nawet cienia zdziwienia naszym najściem, jakby ta niezapowiedziana wizyta była dla niej czymś najoczywistszym w świecie. Syn siedział w kuchni i z wyrazem wściekłości na poczerwieniałym z emocji obliczu przeżuwał kanapkę. Na nasz widok uniósł się nieco i wymamrotał burkliwie coś, co zapewne miało być powitaniem. Ktoś, kto go nie zna, mógłby tę burkliwość wziąć do siebie. Prawda jest jednak taka, że Stefan Barkowiak zawsze używa tego tonu, niezależnie od okoliczności. Poza ową „burkliwością” w głosie niczym specjalnym się nie wyróżnia. Jest mężczyzną w średnim wieku, średnio grubym, średnio wysokim, szpakowatym, o wyrazie twarzy naburmuszonego chłopca. Zajmuje się stolarką, a prowadzony przez niego warsztat znajduje się na posesji matki, toteż często można go u niej spotkać.
Gdy zasiedliśmy przy herbacie, pani domu uśmiechnęła się uprzejmie i zaczęła zabawiać nas rozmową. Zdawałoby się, że powinna zapytać o cel wizyty, ale najwyraźniej nie miała takiego zamiaru.
Nika przerwała jej w sposób niezupełnie grzeczny, wyjaśniając, że chodzi nam o zdjęcia. Pani Bartkowiak uśmiechnęła się jeszcze bardziej uprzejmie (i wyniośle zarazem), po czym oznajmiła, że owszem bardzo chętnie pokaże nam fotografie, ale na miejscu. Obrzuciła nas przy tym takim spojrzeniem, że prawdę mówiąc zrobiło mi się nieswojo na myśl, że Nika ośmieliła się zaproponować jej coś tak niestosownego, jak wypożyczenie rodzinnych zdjęć. Potem nasza gospodyni sięgnęła do szuflady i zaczęła pokazywać pożółkłe fotografie: swoje, syna, oraz najrozmaitszych krewnych i znajomych..
Opowiadała przy tym rozmaite historie: na przykład o tym, że syn ufarbował sobie kiedyś włosy, ale potem zmądrzał i ze szczegółami opisywała jego dolegliwości z dzieciństwa, co, nie ukrywam, wprawiło mnie w lekkie zażenowanie.
Stefan Bartkowiak burczał tylko coś pod nosem burkliwym głosem.
Nika słuchała tego wszystkiego z roztargnieniem rozglądając się nerwowo po pokoju. Zdziwiło mnie trochę, że zamiast oglądać fotografie gapi się na meble i ściany, ale okazało się, że tam również jest pełno zdjęć oprawionych w ozdobne ramki.
Wracaliśmy do biura w milczeniu. Nika sprawiała wrażenie nadzwyczaj zadumanej.
- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo ta wizyta posunęła nasze śledztwo do przodu – odezwała się nagle zwracając jasną, delikatną twarz w moim kierunku.
- Uważasz, że to któreś z nich porwało dziecko?
- Ależ skąd?
- Więc o co chodzi?
- Podobno malujesz portret psychologiczny sprawcy? - spytała tym swoim osobliwym, pełnym metafor językiem.
- Zgadza się. Ty piszesz kryminał, a ja maluję portret sprawcy.
Nika zdawała się nie zauważyć ironii zawartej w moich słowach.
- Więc rób to dalej. A ja będę dostarczać kolorów i faktur lub, jeśli wolisz, fragmentów układanki.
Fragmentów układanki? Nie wiem jak to się stało, ale na krótką chwilę osobliwa logika (czy raczej nielogiczność) detektyw Niki zdominowała mój sposób myślenia. Przypomniało mi się, co o niej mówiono. Że posiada niesamowitą intuicję, że zawsze potrafi się znaleźć w takim miejscu i takiej sytuacji, która w najmniej oczekiwany sposób odkrywa fragment tajemnicy. Nie wprost, lecz w jakiś dziwny metaforyczny sposób, który chyba tylko ona jest w stanie rozpoznać.
Wyobraźmy sobie na przykład, że Nika poszła na spacer i spotkała dwie panie, które rozprawiają o cenach mięsa. Nie oznacza to bynajmniej, że któraś z tych pań ma związek ze sprawą, lecz może na przykład znaczyć, że przestępca zajmuje się produkcją wędlin lub coś w tym rodzaju. Tak to przynajmniej rozumiem. Jeżeli w ogóle jest tu coś do rozumienia. Tak więc wizyta u pani Bartkowiak dostarczyła nam fragmentu układanki. Cóż to może w praktyce oznaczać, biorąc pod uwagę fakt, że, jak twierdzi Nika, żadne z nich nie dokonało porwania? Czyżby dokonał tego jakiś ksiądz, a może sprzedawca gazet? To byłoby zbyt oczywiste. A może nobliwa, starsza pani, po której nikt się tego nie spodziewa? Albo nastolatek, żywiący nienawiść do swoich rodziców? Artykuł, o którym mówił/krzyczał Stefan Bartkowiak o tym właśnie opowiadał.
I nagle mnie olśniło. Złość! To oczywiste! Sprawca przeniósł złość z rodziców na dziecko. Rodzice z jakichś powodów nie nadawali się do tego, aby na nich się złościć. Zupełnie jak pani Bartkowiak. Jest przecież tak akuratna. Dlatego porwano dziecko, a oszczędzono dorosłych. Mój Boże! Czy to może oznaczać, że ktoś je zarąbał siekierą?!
Jedno jest pewne. Chodzi o zjawisko przeniesienia złości. I proces magazynowania jej przez lata. Ilekroć zdarzyło mi się spotkać Stefana Bartkowiaka, zawsze powtarzała się identyczna sytuacja. Kiedy siadał z matką do drugiego śniadania, nieodmiennie wyciągał gazetę i wyszukiwał taki artykuł, przy którym mógł się porządnie zezłościć. I potem, zawsze to samo, czytał głośno, nawet bardzo głośno, a jego głos był pełen wściekłości, która zdawała się pochodzić z jakiegoś innego źródła, z innego świata. Tak jakby czerpał ją z głęboko ukrytego miejsca, w którym przez wiele lat na siłę ją upychał i w którym ona już nie może się zmieścić. Więc on znalazł sobie właśnie taki sposób, by choć trochę tej złości upuścić. Jakby gazety służyły tylko do tego, by można się było przy nich bezpiecznie zdenerwować.
- W zasadzie nie ma się do czego przyczepić, ale przepsychologizowane - skomentowała moje wywody Nika.
- Prze-co? Przepraszam?
- Przepsychologizowane. Poza tym mało konkretne. Znajdź mi przestępcę, który nie posiada w sobie, jak to określasz, pokładów gromadzonej przez lata złości - powiedziała i zaczęła z wielką uwagą oglądać swoje poobgryzane paznokcie. Po chwili oderwała wzrok od tej fascynującej, choć nieco wątpliwej ozdoby swoich bardzo zgrabnych, trzeba przyznać, dłoni i dodała ze smutkiem.
- Wszystko to prawda, co mówisz o porywaczu, o jego psychice. I co z tego? Czy w jakikolwiek sposób zbliżyło cię to do dziecka. Być może sprawca został w jakiś sposób odnaleziony. Co prawda tylko teoretycznie. Ale nie o to przecież chodzi. Chodzi o to, aby odnaleźć dziecko.
- Jak to? Przecież sama mówiłaś... No i zbierałaś fotografie.
Nika wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni kurtki zdjęcie i podsunęła mi pod sam nos. Fotografia przedstawiała porwane dziecko.
- Ach tak! Chcesz mi wmówić, że przez cały czas chodziło ci tylko i wyłącznie o portret dzieciaka? To niby po co zbierałaś te wszystkie fotografie? Nie dlatego przecież, że były to fotografie porwanych dzieci, lecz potencjalnych sprawców?
I Nika znów obdarzyła mnie tym spojrzeniem, które miało oznaczać, że nawet nie warto podejmować prób wyjaśniania mi spraw tak subtelnych. Lecz tym razem było to spojrzenie pełne smutku.
- Tak wiem - powiedziała cicho - czasem łatwo się w tym pogubić.
Nie obyło się bez drobnych komplikacji, które zaczęły się od niefortunnego zbiegu okoliczności, jeszcze w pensjonacie. Chodzi konkretnie o przypadkowo podsłuchaną rozmowę telefoniczną, w ramach której nasza gospodyni obcyndalała za coś Sabinę. Ogromnie to panią Marię skonfundowało, że została „przyłapana” w tak „kompromitującej” sytuacji.
- Wciąż z szanowną córeczką jakieś problemy – wyjaśniła nam po chwili Andżela.
Pani Maria z kolei, choć raczej nie przypadkiem, podsłuchała naszą rozmowę. Tak ją ta niedyskrecja Andżeli rozjuszyła, że omal nie wywaliła biedaczki z roboty.
Potem biegający po podwórku Cerber z radości ubłocił nam ubranie. Trzeba było wrócić do pokoju i przebrać się. Choć dla Niki brudne ciuchy nie stanowią żadnej przeszkody w składaniu wizyt.
Na koniec okazało się, że nawalił alternator. Złośliwość rzeczy martwych? Nie dla mojej wspólniczki. Nikę ten fakt nadzwyczaj uszczęśliwił. Od samego początku upierała się, by iść do naszych „podejrzanych” na piechotę, choć dom pani Bartkowiak leży na drugim końcu miasteczka. I tym oto nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności dopięła swego.
W sumie może to i na dobre dobre wyszło. To znaczy dobrze dla śledztwa, choć źle dla mojej i tak sponiewieranej psychiki. Spacer w towarzystwie Niki (przy niej wszystko odbiera się intensywniej) pozwolił mi bowiem z większą mocą doświadczyć X, które jakby nie patrzeć, jest tłem ponurej historii, która mnie tu przywiodła, posmakować (a mdły to smak) jego dziwnej dwoistości.
Na pierwszy rzut oka nic nie budzi podejrzeń ani złych emocji. Zadbane domki z kolorowymi rabatami od frontu, świeżo bielone ściany, starannie pomalowane płoty i nienagannie wysprzątane pokoje. Jednak przez zapach kwiatów, farb i środków czystości (wszyscy tu wciąż coś szorują i myją) przebija dziwna, niepokojąca woń kurzu, pleśni i rozkładających się odpadków.
Wnikliwy obserwator szybko zauważy, że wszystkie śmietniki w miasteczku są pełne. Jakby firmy zajmujące się wywozem odpadów całkiem o X zapomniały. Przepełnione są również upchnięte w kuchennych szafkach kubły na śmieci. Lodówki wypełnione przeterminowanym żarciem, trzymanym obok świeżych produktów, które bardzo szybko zaczynają się psuć, przez bezpośredni kontakt z gnijącą żywnością. We wszystkich możliwych kątkach i zakamarkach poutykano stare, niepotrzebne sprzęty. To samo na podwórkach, których nie widać od drogi. Od frontu kwiatki i bielone ściany, a z tyłu sterta zardzewiałych gratów. Podobnie prezentują się skwerki i ulice. Jeżeli zagłębisz się w mało uczęszczane zakamarki X z pewnością trafisz na góry, lub przynajmniej górki śmieci.
Inna rzecz, że trudno te „tajne” śmieciowiska odnaleźć, ponieważ w powietrzu niemal nieustannie unosi się mgła. Niezależnie od pory dnia, czy roku.
Swoją drogą to dziwne. Skąd ona się bierze? Z powodu tej mgły wszystko wydaje się mniej wyraźne, rozmazane. Jak pejzaż, który niezadowolony ze swego dzieła rysownik próbował wytrzeć gumką, lecz nie do końca mu się to udało. Owa mglistość zdaje się przenosić na ludzkie działania, które cechuje jakieś niedookreślenie, nieuchwytność. Wszystko w X wydaje się niezaczęte lub niedokończone.
A pod drzewami niezależnie od pory roku sterty butwiejących liści. Dziwne. Butwiejące liście, wilgoć w powietrzu, mgła, a ziemia sucha. Tak sucha, że wyhodowanie kolorowych kwiatków przed domem wymaga nie lada wysiłków. A przecież każdy musi mieć rabatkę od frontu! Każdy!
Może dlatego mieszkańcom X brakuje energii na jakiekolwiek inne działania. Na to, by coś zacząć lub dokończyć. Niestety, mam wrażenie, że mnie również ten stan się udziela.
Cudaczne miasteczko. Trudno uwierzyć, że dawniej wydawało mi się całkiem zwyczajne. Nawet ten wszechobecny, choć bardzo subtelny zapach gnicia i rozkładu nie dziwił. Teraz wszystko wydaje się groźne. A może to moja podejrzliwość sprawia, że to, co zwyczajne i bezpieczne wydaje mi się tylko fasadą, za którą domyślam się czegoś strasznego. Mam jednak przeczucie, że nie chodzi tylko o sposób w jaki ten świat postrzegam, zniekształcony przez kłębiące się w głowie domysły. Tu faktycznie jest inaczej. W każdym razie inaczej niż w świecie, w którym dane mi było spędzić kilka ostatnich, całkiem udanych lat swojego życia. Trzeba mi było wyjechać stąd i powrócić, żeby to dostrzec.
Z zadumy wyrwały mnie jakieś okrzyki. To syn pani Bartkowiak czytał gazetę. Ktoś niezorientowany mógłby pomyśleć, że u Bartkowiaków wybuchła straszna awantura, a to tylko Bartkowiak Junior robił przegląd prasy podczas drugiego śniadania. Potrafił w ciągu kilku sekund wybrać artykuł, który najbardziej go zirytuje, a potem czytał go na głos matce, komentując ze wzburzeniem i tak głośno, że słychać było na drugim końcu ulicy.
- Co to za brednie! - dobiegł nas jego podniesiony głos. - ''Pewien ksiądz przekonywał podczas niedzielnego kazania, że ten, kto podniesie rękę na swoich rodziców zasługuje na to, by mu ją odrąbać. Podpowiedział nawet narzędzie, którego można użyć, aby zadośćuczynić sprawiedliwości. Miała być nim siekiera. Oskarżony o nawoływanie do agresji tłumaczył, że jego wypowiedź miała charakter metaforyczny. Reakcje wiernych świadczyły jednak o tym, że została przyjęta w dosłowny sposób. Czy więc duszpasterz, którego zadaniem jest nakłanianie do miłości bliźniego, możne używać metafor podnoszących i tak wysoki poziom wcale nie metaforycznej agresji, ujawniającej się na każdym kroku w życiu naszego społeczeństwa?'' – wydzierał się Bartkowiak junior. - Jak oni mogli puścić coś takiego do druku?! Napisali wczoraj w gazecie, że syn zarąbał siekierą rodziców! I co?! To jest w porządku?! A odrąbać rękę takiemu, co ją na własną matkę podniesie to nie jest?! A ja bym powiedział nie tylko rękę! Ale i łeb! I łeb!
Nika energicznie nacisnęła przycisk przy furtce i wrzaski mężczyzny przerwał natarczywy dźwięk dzwonka.
Otworzyła nam pani Batrkowiak, kobieta blisko siedemdziesięcioletnia, choć nikomu chyba nie przyszłoby do głowy nazwać ją starszą panią. Jest na to zbyt energiczna, zbyt aktywna, zbyt pracowita, a przy tym z pewnością nie wygląda na swoje lata. Uprzejma, choć jednocześnie szorstka i nieco sztywna, co znajduje odbicie w jej gestach i sposobie bycia, zachowuje się... nawet nie wiem jak to nazwać... jakby miała poczucie, że nieustannie ktoś ją obserwuje.
Uwielbia dawać dobre rady. W jej głosie słychać wówczas starannie wypracowane wysokie tony będące swoistą mieszaniną obojętności, władczości i irytacji. Zaczyna na ogół od słowa ''Musisz...'' a kończy stwierdzeniem ''...zrobisz jak zechcesz''. W tym zakończeniu profilaktycznie pobrzmiewa nutka urazy, jakby owo ''robienie jak się zechce'', wbrew dobrym radom tej nobliwej niewiasty, było aktem w najwyższym stopniu niestosownym.
Gospodyni zaprosiła nas do środka nie okazując nawet cienia zdziwienia naszym najściem, jakby ta niezapowiedziana wizyta była dla niej czymś najoczywistszym w świecie. Syn siedział w kuchni i z wyrazem wściekłości na poczerwieniałym z emocji obliczu przeżuwał kanapkę. Na nasz widok uniósł się nieco i wymamrotał burkliwie coś, co zapewne miało być powitaniem. Ktoś, kto go nie zna, mógłby tę burkliwość wziąć do siebie. Prawda jest jednak taka, że Stefan Barkowiak zawsze używa tego tonu, niezależnie od okoliczności. Poza ową „burkliwością” w głosie niczym specjalnym się nie wyróżnia. Jest mężczyzną w średnim wieku, średnio grubym, średnio wysokim, szpakowatym, o wyrazie twarzy naburmuszonego chłopca. Zajmuje się stolarką, a prowadzony przez niego warsztat znajduje się na posesji matki, toteż często można go u niej spotkać.
Gdy zasiedliśmy przy herbacie, pani domu uśmiechnęła się uprzejmie i zaczęła zabawiać nas rozmową. Zdawałoby się, że powinna zapytać o cel wizyty, ale najwyraźniej nie miała takiego zamiaru.
Nika przerwała jej w sposób niezupełnie grzeczny, wyjaśniając, że chodzi nam o zdjęcia. Pani Bartkowiak uśmiechnęła się jeszcze bardziej uprzejmie (i wyniośle zarazem), po czym oznajmiła, że owszem bardzo chętnie pokaże nam fotografie, ale na miejscu. Obrzuciła nas przy tym takim spojrzeniem, że prawdę mówiąc zrobiło mi się nieswojo na myśl, że Nika ośmieliła się zaproponować jej coś tak niestosownego, jak wypożyczenie rodzinnych zdjęć. Potem nasza gospodyni sięgnęła do szuflady i zaczęła pokazywać pożółkłe fotografie: swoje, syna, oraz najrozmaitszych krewnych i znajomych..
Opowiadała przy tym rozmaite historie: na przykład o tym, że syn ufarbował sobie kiedyś włosy, ale potem zmądrzał i ze szczegółami opisywała jego dolegliwości z dzieciństwa, co, nie ukrywam, wprawiło mnie w lekkie zażenowanie.
Stefan Bartkowiak burczał tylko coś pod nosem burkliwym głosem.
Nika słuchała tego wszystkiego z roztargnieniem rozglądając się nerwowo po pokoju. Zdziwiło mnie trochę, że zamiast oglądać fotografie gapi się na meble i ściany, ale okazało się, że tam również jest pełno zdjęć oprawionych w ozdobne ramki.
Wracaliśmy do biura w milczeniu. Nika sprawiała wrażenie nadzwyczaj zadumanej.
- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo ta wizyta posunęła nasze śledztwo do przodu – odezwała się nagle zwracając jasną, delikatną twarz w moim kierunku.
- Uważasz, że to któreś z nich porwało dziecko?
- Ależ skąd?
- Więc o co chodzi?
- Podobno malujesz portret psychologiczny sprawcy? - spytała tym swoim osobliwym, pełnym metafor językiem.
- Zgadza się. Ty piszesz kryminał, a ja maluję portret sprawcy.
Nika zdawała się nie zauważyć ironii zawartej w moich słowach.
- Więc rób to dalej. A ja będę dostarczać kolorów i faktur lub, jeśli wolisz, fragmentów układanki.
Fragmentów układanki? Nie wiem jak to się stało, ale na krótką chwilę osobliwa logika (czy raczej nielogiczność) detektyw Niki zdominowała mój sposób myślenia. Przypomniało mi się, co o niej mówiono. Że posiada niesamowitą intuicję, że zawsze potrafi się znaleźć w takim miejscu i takiej sytuacji, która w najmniej oczekiwany sposób odkrywa fragment tajemnicy. Nie wprost, lecz w jakiś dziwny metaforyczny sposób, który chyba tylko ona jest w stanie rozpoznać.
Wyobraźmy sobie na przykład, że Nika poszła na spacer i spotkała dwie panie, które rozprawiają o cenach mięsa. Nie oznacza to bynajmniej, że któraś z tych pań ma związek ze sprawą, lecz może na przykład znaczyć, że przestępca zajmuje się produkcją wędlin lub coś w tym rodzaju. Tak to przynajmniej rozumiem. Jeżeli w ogóle jest tu coś do rozumienia. Tak więc wizyta u pani Bartkowiak dostarczyła nam fragmentu układanki. Cóż to może w praktyce oznaczać, biorąc pod uwagę fakt, że, jak twierdzi Nika, żadne z nich nie dokonało porwania? Czyżby dokonał tego jakiś ksiądz, a może sprzedawca gazet? To byłoby zbyt oczywiste. A może nobliwa, starsza pani, po której nikt się tego nie spodziewa? Albo nastolatek, żywiący nienawiść do swoich rodziców? Artykuł, o którym mówił/krzyczał Stefan Bartkowiak o tym właśnie opowiadał.
I nagle mnie olśniło. Złość! To oczywiste! Sprawca przeniósł złość z rodziców na dziecko. Rodzice z jakichś powodów nie nadawali się do tego, aby na nich się złościć. Zupełnie jak pani Bartkowiak. Jest przecież tak akuratna. Dlatego porwano dziecko, a oszczędzono dorosłych. Mój Boże! Czy to może oznaczać, że ktoś je zarąbał siekierą?!
Jedno jest pewne. Chodzi o zjawisko przeniesienia złości. I proces magazynowania jej przez lata. Ilekroć zdarzyło mi się spotkać Stefana Bartkowiaka, zawsze powtarzała się identyczna sytuacja. Kiedy siadał z matką do drugiego śniadania, nieodmiennie wyciągał gazetę i wyszukiwał taki artykuł, przy którym mógł się porządnie zezłościć. I potem, zawsze to samo, czytał głośno, nawet bardzo głośno, a jego głos był pełen wściekłości, która zdawała się pochodzić z jakiegoś innego źródła, z innego świata. Tak jakby czerpał ją z głęboko ukrytego miejsca, w którym przez wiele lat na siłę ją upychał i w którym ona już nie może się zmieścić. Więc on znalazł sobie właśnie taki sposób, by choć trochę tej złości upuścić. Jakby gazety służyły tylko do tego, by można się było przy nich bezpiecznie zdenerwować.
- W zasadzie nie ma się do czego przyczepić, ale przepsychologizowane - skomentowała moje wywody Nika.
- Prze-co? Przepraszam?
- Przepsychologizowane. Poza tym mało konkretne. Znajdź mi przestępcę, który nie posiada w sobie, jak to określasz, pokładów gromadzonej przez lata złości - powiedziała i zaczęła z wielką uwagą oglądać swoje poobgryzane paznokcie. Po chwili oderwała wzrok od tej fascynującej, choć nieco wątpliwej ozdoby swoich bardzo zgrabnych, trzeba przyznać, dłoni i dodała ze smutkiem.
- Wszystko to prawda, co mówisz o porywaczu, o jego psychice. I co z tego? Czy w jakikolwiek sposób zbliżyło cię to do dziecka. Być może sprawca został w jakiś sposób odnaleziony. Co prawda tylko teoretycznie. Ale nie o to przecież chodzi. Chodzi o to, aby odnaleźć dziecko.
- Jak to? Przecież sama mówiłaś... No i zbierałaś fotografie.
Nika wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni kurtki zdjęcie i podsunęła mi pod sam nos. Fotografia przedstawiała porwane dziecko.
- Ach tak! Chcesz mi wmówić, że przez cały czas chodziło ci tylko i wyłącznie o portret dzieciaka? To niby po co zbierałaś te wszystkie fotografie? Nie dlatego przecież, że były to fotografie porwanych dzieci, lecz potencjalnych sprawców?
I Nika znów obdarzyła mnie tym spojrzeniem, które miało oznaczać, że nawet nie warto podejmować prób wyjaśniania mi spraw tak subtelnych. Lecz tym razem było to spojrzenie pełne smutku.
- Tak wiem - powiedziała cicho - czasem łatwo się w tym pogubić.
czwartek, 18 lutego 2016
Uwolnić bestię
- Kto tam?
- To ja.
- Jaka znowu ja?
- Andżela. Można?
- Aaa... Andżela. Jasne, że można!
- Pracujesz? - bardziej stwierdziła niż spytała, patrząc na rozłożone przede mną papiery i przycupnęła na skrawku „szpitalnego” łóżka. Na fotelu również piętrzyły się dokumenty.
- Myślałam, że detektyw to ciekawszy zawód. No wiesz, niesamowite wydarzenia, przygody, dreszczyk emocji... A ty bez obrazy siedzisz w papierzyskach, jak moja ciotka-księgowa.
- Cóż...
Andżela zamilkła. Przez kilka chwil udawała, że nie dostrzega mojego pytającego spojrzenia.
- Wciąż mnie to męczy... – wykrztusiła wreszcie spuszczając wzrok – dlatego musiałam wreszcie... chodzi o dzień twojego przyjazdu...
- Tak?
- Mówiłam ci już, że to Sabina przybłąkała Cerbera. Tu już ze dwa lata będzie. Najpierw wszystko było ok, ale jak Sabina wyjechała... No wiesz, to fajny pies, ale pani Marysia nie ma do niego podejścia.
- Fakt. Nazwać „bestię” Kajusiem... Symptomatyczne.
Moja naiwna gospodyni uważa zapewne, że przy pomocy imienia odczaruje prawdziwą naturę Cerbera.
- Sympatyczne? Dlaczego sympatyczne? - zdziwiła się Andżela.
- Sympto... Zresztą nic... Mów dalej.
- No więc... kiedy wyjechała Sabina, pani Maria zamknęła go w kojcu. To takie jakby podwóreczko, na końcu ogrodu. Z przejściem do garażu, zamiast budy. Tylko jak Sabina przyjeżdżała, wychodził.
Teraz przynajmniej wiem do czego służy (a raczej służyła) ogrodzona (kolczastym drutem!!!) przestrzeń w tylnej części podwórka ukryta za gęstym żywopłotem z krzewów mirabelek. Pies co prawda miejsca miał wystarczająco (kojec jest naprawdę duży), lecz z pewnością brakowało mu towarzystwa. Stąd zapewne problemy z socjalizacją i agresja. Nie wiem, co by się z nim stało, gdyby nie rzadkie bo rzadkie, ale lepsze to niż nic, odwiedziny Sabiny. I dobre serce Andżeli.
- Żeby nie odstraszał gości, no bo już wiesz... - wyjaśniła Andżela.
- Jakich gości?
- Normalnych. Takich co tu przyjeżdżają... No ty. Tamta artystka. I w ogóle...
- Dobra. Nieważne.
- W każdym razie... Wtedy jakoś wymsknął. Wymsknął się, no mówię ci. Akurat dziwnym trafem w dzień twojego przyjazdu.
- Wymsknął?
- No właśnie! Cholera wie jak?! Jakby go ktoś wypuścił czy co?
- Daj spokój Andżela, może furtka była niedomknięta.
- Eee... tam. Cerber, zdolna bestia, nauczył się furtkę otwierać. Klamką! Nie każdy byle kundel tak ma. Więc go zamykałyśmy na skobelek. A już szczególnie, jak ktoś miał przyjechać. Bo, nie mówiłam ci o tym, takiego jednego inkasenta, to omal nie zagryzł.
Nastąpiła chwila nerwowego milczenia (o ile milczenie może być nerwowe).
- Boję się – Andżela zbladła – że to specjalnie. Że ktoś się tu zakradł i... no wiesz? Żeby przeszkodzić ci w śledztwie. Dlatego uprosiłam panią Marysię, że skoro do ciebie Cerber nie startuje, to żeby go zostawić na podwórku. Wtedy – Andżela ściszyła głos – będzie mógł cię pilnować.
Następna godzina (a może dwie) upłynęły mi na przekonywaniu Andżeli (za pomocą wszelkich znanych mi werbalnych i nie werbalnych sposobów), że nie ma powodu do niepokoju, że to spiskowa teoria dziejów, przypadek itp. itd. Chyba się udało. Andżela opuściła mój pokój w kwitnącym nastroju.
We mnie jednak, nie ukrywam, pozostał cień wątpliwości, jakiś niepokój.
Chyba zaczynam wpadać w paranoję!
P.S. Jedyna z tego korzyść, że udało się he, he... uwolnić Bestię!!!
niedziela, 14 lutego 2016
Sabina
List napisano na zwykłym białym arkuszu w formacie A4. Jeśli chodzi o wstępną analizę grafologiczną, dominuje wrażenie chaosu i niedbalstwa. Pismo mało czytelne i trochę dziecinne. Lewy margines wąski, co może oznaczać niepewność, obawę, złą kondycję psychiczną albo tarapaty finansowe autora lub autorki - użyto form gramatycznych, które uniemożliwiają ustalenie płci. Opadające linie wiersza charakterystyczne dla osób o obniżonym nastroju lub w depresji. Litery nachylone to w lewą, to wprawą stronę (czasem skierowane prosto do góry) zdradzają chwiejną osobowość, nieprzewidywalność, trudny okres w życiu, brak równowagi wewnętrznej albo problemy z podjęciem decyzji. Do tego wzmacniająca opisane wcześniej cechy zmienna wielkość liter, charakterystyczna też dla ludzi poszukujących, twórczych i uzdolnionych artystycznie. Kropka nad „i” w kształcie skierowanego w lewo łuku (zainteresowanie światem wewnętrznym, obserwacja własnych odczuć i wyobrażeń) i przesunięta w lewo (skłonność do cofania się w przeszłość i analizy własnego postępowanie, opieszałość w działaniu).
Adresatem jest niejaki Andrzej.
Może wystarczy ustalić kto zacz, by rozwiązać zagadkę?
P.S. Córka pani gospodyni (Sabina) przyjechała na weekend. Podobno studiuje w Mieście. Śliczna, choć chyba dość ekscentryczna dziewczyna. Całkowite przeciwieństwo mamusi.
Maria-Gorgona próbowała za wszelką cenę utrzymać swoją latorośl z daleka ode mnie. Stosowała w tym celu wszelkie możliwe typy zamieniających w kamień spojrzeń oraz inne formy werbalnej i niewerbalnej perswazji. Czyżby chciała ochronić Sabinę przed zgubnym wpływem kontaktu z moją świrniętą osobą? Czy może raczej powodował nią wstyd? Szanowna córeczka przez cały weekend chodziła narąbana.
Zupełnie to nie zraziło mego nowego przyjaciela (zwanego również Cerberem), który dopuścił się wobec mnie „zdrady” i przez bite dwa dni nie odstępował na krok Sabiny. Jak wyjaśniła mi Andżela (pełniąca tu najwyraźniej rolę greckiego chóru) to właśnie szanowana córeczka sprowadziła bestię do pensjonatu. Ona też wymyśliła imię Cerber.
Ot trochę ploteczek z „metropolii” X. Najwyraźniej upodabniam się do bywalców sklepu pana Brandta.
piątek, 12 lutego 2016
Miasteczko X
Czy X w ogóle się nie zmienia?
Dyskomfort potęguje fakt, że mimo powszechnego entuzjazmu dla mojej „sławnej” i jakże „wspaniałej” osoby, dosłownie cudem (chyba tylko dzięki doświadczeniu w „ciąganiu za języki”) udało mi się ustalić, po co właściwie mnie do X wezwano. A i to bardzo oględnie.
Zrobiło to na mnie dość nieprzyjemne wrażenie, bo po cholerę mnie ściągają, skoro nie chcą powiedzieć o co chodzi?! Że niby, jak wyjaśniła jedna z kumoszek, po co zaczynać pobyt od przykrych spraw.
- Najpierw trzeba troszku odpocząć, rozgościć się, sił nabrać, nacieszyć się miejscami dzieciństwa...
No ale, jakby nie patrzeć, właśnie dla tej przykrej sprawy tu jestem! Nie da się więc jej pominąć.
Swoją drogą, trzeba przyznać, sprawa jest naprawdę ponura. Niestety, na razie, z uwagi na dobro śledztwa, nie mogę zdradzić o co chodzi.
No ale czas na kwaterę! Rozgościć się, jak powiedziała kumoszka, której za cholerę nie mogę odnaleźć w swoich wspomnieniach, choć ona zna każdy nieomal szczegół mojego dzieciństwa.
Ulokowano mnie w pensjonacie pod osobliwym "tytułem" Tawerna Bezpieczna Przystań. A gdzieżby indziej, skoro to jedyne tego typu lokum w miasteczku. Swoją drogą, zachodzę w głowę, kto wymyślił tę nazwę, skoro w X nigdy nie było żadnego akwenu. Nie licząc kilku przydomowych oczek wodnych, po których można puszczać co najwyżej papierowe żaglówki. A jeszcze bardziej dziwi mnie to, że dawniej w ogóle mnie ta nazwa nie dziwiła. Ten dość ekscentryczny przybytek (do dziś zachodzę w głowę, kto wpadł na idiotyczny pomysł, że do X będą przyjeżdżać turyści) słabo zachował się w mojej pamięci. Nic w tym dziwnego – pensjonaty zapamiętają zatrzymujący się w nich goście, nie autochtoni, którzy nocują przecież we własnych domach. Pamiętam tylko tyle, że prowadziła go... pani Marta? Maria? Tak. Maria. Miała, zdaje się, córeczkę. Dziś pewnie już dorosłą. Ciekawe co u niej? To znaczy u tej córeczki. Pani Maria niespecjalnie mnie interesuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






