motto:

"Tutaj wszystko pochodzi z wnętrza. Musi się zacząć głęboko w środku, a potem rozrastać się i rozrastać. Wtedy naprawdę zachodzą zmiany."

David Lynch "W Pogoni Za Wielką Rybą"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błękit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błękit. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 maja 2016

Błękitny las

Teraz gdy cmentarz zniknął za horyzontem, zanurzyliśmy się w las i ogarnął nas mrok. Nikt już nie wie gdzie jesteśmy i w jakim kierunku powinniśmy się udać. Nika twierdzi, że trzeba odpocząć.
Ale czy to w czymś pomoże?
Siadamy jednak, a Nika opowiada bajkę.
A może to nie jest bajka?
Może to sen, który mi się przyśnił?
Zupełnie jakby świat zrobił się przezroczysty.
Tak przezroczysty,
że udało mi się
ujrzeć dom babci
i topolową aleję, którą wieczorem
wracały z randek moje ciotki
zrywając mirabelki
żółte jak gwiazdki z nieba
Dziś
ciotki-rozwódki
z uschniętymi oczami
dziećmi u rąk
wracają do swoich mieszkań
aleją owdowiałych topoli

dom który
miał dwie tajemnice
piwnicę i strych
i trzecią na podwórku studnię.
Dziś
nie zaglądam do studni
na strychu więdną
dziecięce ubranka
i już nigdy
nie zmieszczę się
w babciny ogródek
a przecież mieszkały w nim
dwugłowe słoneczniki
jedną twarzą patrzyły w słońce
drugą chowały w ziemię
(czy jeszcze kiedyś
otrzepię im włosy z piasku?
jak wtedy)
kwiaty rosły spódnicami do góry
w słońcu pachniały złociście

Dziś?
też chyba pachną?
Chyba bo kiedyś
świat był mniejszy
lecz za to podwórko większe.

A może to nie był mój sen tylko jeden z wierszy Dominiki Sanders?
I świat zrobił się jeszcze bardziej przejrzysty.
Tak przejrzysty, że widać było bajkę, którą opowiadała Nika.
A może to był raczej jej sen?
A mój sen, zrobił się tak przezroczysty, że słychać było w nim słowa Niki:

Pamiętam, że wędrowałam polną dróżką. Miałam jakiś cel przed sobą, ale nie wiedziałam, na czym on polega.
Było mi źle, lecz nie wiedziałam dlaczego.
I zobaczyłam wielką błękitną chmurę, która wisiała na szarym niebie tuż nad horyzontem.
I szłam przed siebie tak długo, aż osiągnęłam horyzont.
Chmura zrobiona była z lasu. Wyrastał on z ziemi i wrastał w niebo, jakby miał dwa rodzaje korzeni. Te które zanurzamy w świat i te które zapuszczamy w niebo.
Albo inaczej.
Jakby wykiełkował w niebie z milionów błękitnych nasion, z miliardów gwiazd, zakorzenił się w nim, a potem zaczął wrastać w ziemię, rozkrzewiać się w niej.
Zatrzymałam się na skraju lasu oczarowana migotliwym blaskiem wydobywającym się z jego wnętrza. Zachwyt, który mnie ogarnął zasłonił wszystkie złe uczucia, z którymi tu przyszłam.
Ten las wyglądał jakby stworzono go z wody. Z miliardów drobnych kropelek.
„Z łez...” - pomyślał w mojej głowie jakiś głos. Nie wiadomo skąd? Jakby to ktoś inny myślał w mojej głowie.
Wzdrygnęłam się. Zachwyt nadal mnie wypełniał, ale zrobił się przezroczysty i nagle bardzo wyraźnie ujrzałam w sobie złość.
Powoli wsunęłam się między drzewa. W błękitno-zielonych półprzezroczystych liściach odbijało i załamywało się światło, więc kiedy podniosłam głowę do góry, zdawało mi się, że widzę nad sobą migocącą słonecznym blaskiem taflę jeziora. Nachyliłam się i obejrzałam z bliska liście. Były przejrzyste. Dokładnie widziałam wszystkie żyłki i krążące w nich soki. I moja złość też stała się przejrzysta. I zobaczyłam przez nią smutek. Smutek, ból i jakąś głęboką urazę, która pojawia się tylko wtedy kiedy zrani cię ktoś bardzo bliski. Ktoś kogo kochasz.
I właśnie wtedy wyrwał się ze mnie płacz. Nie chciałam płakać. Płacz wydawał się dla mojego ciała czymś niestosownym. Jednak płakałam. Początkowo tylko łzami. Potem całym ciałem, które zaczęło się od tego płaczu zmieniać, zmniejszać, jakby mój szloch odwrócił czas.
Gdy moje ciało było już całkiem maleńkie, zrozumiałam, że wówczas, w czasach, w których było tak kruche, jak w tej chwili, też uważałam, że płacz jest czymś niestosownym.
W miejscu, w którym łzy upadały pojawił się niewielki, błękitny kiełek. Po chwili zamienił się w przejrzystą roślinkę wyciągającą do światła liście.
Roślinka rosła i wkrótce ujrzałam przed sobą mocne, wysokie drzewo. Drzewo wyciągnęło do mnie ramiona i zamieniło się w kobiecą postać. Tak delikatną, cichą i zwiewną, jak wszystko tutaj. A jednocześnie w swojej zwiewności tak konkretną, jak może być konkretne tylko to, co w nas mieszka. Miała ciepły, łagodny uśmiech i ubrana była w koszulę nocną w kolorze manganowego błękitu. Lekką jak mgła. Jak obłok.
Była to postać, która przychodzi nocą, by pocieszyć, kiedy nadciągają złe sny, gdy pęcznieje uzbierany w ciągu dnia smutek. Dobra wróżka, która opiekuje się moim przeznaczeniem. „Matka chrzestna”, która mieszka w każdej bajce, w każdym z nas, więc nigdy nie może opuścić. Na co dzień niewidoczna i zdawałoby się zbędna, pojawia się wtedy, gdy czas się odwraca i przynosi ze sobą zapomniany szloch.
Wtuliłam się w jej miękkie ramiona, zanurzyłam twarz w delikatną puszystość włosów i właśnie tam wypełnił się mój płacz.
W górze zabłysło słońce, a jego światło rozszczepiło się w miliardach kropel wody z których zbudowany był las i zajaśniało we wszystkich kolorach tęczy.
A potem przyszedł złocisto różowy zmierzch. Zmierzch z tysiącem odcieni czerwieni. Wypełnił przejrzyste wnętrza drzew łagodnym ciepłem. Poczułam błogą senność i obudziłam się.

czwartek, 12 maja 2016

Manganowy błękit

Ponoć Sanders skontaktowała się z jakimś znajomym Niki i przekazała informację, że zamierza przyjechać do X.
Kiedy?
Nie wiadomo.
Czy to była na pewno ona?
Tego również nie wiadomo.

P.S. Powoli powracają wspomnienia. Pokój Dominiki Sanders, gdy była dorastającą dziewczyną. Pełen szkiców, kartek zabazgranych niewyraźnym pismem, szafką (czy burkiem?) pomalowaną osobiście przez Dominikę na kolor manganowego błękitu i rysunkami na ścianach.

piątek, 6 maja 2016

W niebie

Miły dzień.
Nika, ona jest niesamowita, zafundowała mi wycieczkę-niespodziankę. Do najbliższego aeroklubu! Swoją drogą, nawet ten najbliższy znajduje się szmat drogi od X, więc większość czasu spędziliśmy w podróży. Ale to nic. I tak było warto.
Potem Nika stwierdziła, że chce „posmakować moich życiowych przyjemności” i uparła się skoczyć ze mną w tandemie.
Dziwne uczucie. Z jednej strony cudowne, a z drugiej... Wyobraźcie sobie, że dzielicie z kimś przestrzeń, która przez całe wasze dotychczasowe życie należała wyłącznie do was. To było mocne! Bardzo mocne! Ogarnęło mnie nieodparte uczucie, że potrzebuję kolejnego nieba, kolejnego błękitu, aby w spokoju rozpuścić emocje.
Ale potem... kiedy wracaliśmy z aeroklubu milcząc pogodnie ze sobą, nagle ogarnęło mnie uczucie... że nie zostało nic do roztopienia. Że mam w sobie taką ciszę jak nigdy dotąd.

Dopóki nie dotarło do mnie, że wracamy do X. 

niedziela, 1 maja 2016

Błękit, błękit, błękit

Jeden – błękit.
Dwa – błękit.
Trzy – błękit.
Cztery – błękit.
Pięć – błękit.
Sześć – błękit.
Siedem – błękit.
Osiem – błękit.
Dziewięć – błękit.
Dziesięć – błękit.
Jedenaście... nie kurwa, nie jedenaście, tylko jeden – błękit!
Skup się wreszcie do kurwy nędzy!

środa, 20 kwietnia 2016

Ślady

Dziś doszło między nami do niezłej awantury. Poszło o „kolekcję” z sekretarzyka. Nie wiem, co mnie podkusiło, by opowiedzieć Nice o moich niegdysiejszych podejrzeniach. Strasznie ją to wkurzyło. Że jak tak można?! Że wzajemne zaufanie to podstawa współpracy! Że skoro pojawiły się wątpliwości, trzeba było od razu o nich mówić! Itp. itd. A na koniec „zastrzeliła” mnie wyznaniem:
- Zresztą ja chyba wiem skąd te wenflony w twojej szufladzie?
- Teraz mi to mówisz?! Więc po co kurwa ta gadka o zaufaniu?!
- No... nie myślałam, że to dla ciebie takie ważne...
Tu padło kilka dosadnych słów, których nie ma sensu przytaczać, a które wyraziły moją opinię na temat obłudy mojej wspólniczki, bo jak to jest, że zupełnie inną miarę przykłada do moich „błędów” a całkiem inną do swoich. Mało brakowało, a doszłoby do zerwania współpracy. Aż wreszcie Nika dotarła do sedna sprawy, czyli do tego, skąd wzięły się w szufladzie te badziewia.
Okazało się, że córka naszej gospodyni ma, delikatnie mówiąc, problem z używkami. Podobno już dwu- lub trzykrotnie była odtruwana w domu. Stąd walające się po pensjonacie medyczne akcesoria, które Andżela „dobra dziewczyna, ale trochę nieogarnięta” upycha po kątach.
- Może zresztą wychodzi z założenia, że hotelowym gościom takie rekwizyty też mogą się przydać – zadumała się Nika.
- Odbiło ci? Do czego niby miałyby się przydać? Zresztą... sama mówiłaś, że ktoś chce mi coś przez to powiedzieć? Niby, że Andżela chce mi coś powiedzieć?
- Pomyliłam się. A zresztą... jedno drugiego nie wyklucza!
- Jasne. Na wszystko znajdziesz odpowiedź. I w ogóle kurwa skąd o tym wszystkim wiesz?
- Andżela mi powiedziała.
- Andżela?
- Myślisz, że tylko z tobą rozmawia?
Potem nastąpił ciąg dalszy wymiany zdań. Również dość gwałtowny. Wreszcie udało nam się dojść... no, nie powiem, że do porozumienia, ale przynajmniej wyciszenia emocji. I właśnie wtedy naszła mnie spóźniona refleksja dotycząca innej awantury. Tej sprzed kilku dni.
- Teraz przynajmniej rozumiem skąd ta paranoja u pani Marii.
- Jaka znowu paranoja? - zaciekawiła się Nika.
- Ta wariatka złapała mnie za rękę i zaczęła się wydzierać, że mam niby jakieś nakłucia i że wszystko przez te ćpuny. Kobieta jest przeczulona z powodu problemów córeczki.
- No, przecież masz.
- Co mam?
- Ślady po wkłuciach.
- Co ty pieprzysz?!
- O tu...
- Gdzie, kurwa?!
Nika bez słowa wskazała na błękitne, wypukłe żyły na wierzchu mojej dłoni.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Perwersyjna gra

Dziś Nika zaproponowała mi dość perwersyjną, by nie powiedzieć zboczoną zabawę.
A wszystko zaczęło się od tego, że dowiedziała się o blogu.
TYM BLOGU!!!
W jaki sposób do tego doszło?
Nie mam pojęcia.
Dobrze, że w porę udało mi się zmienić ustawienia prywatności i ukrócić jej wścibstwo.
- Piszesz blog? - spytała, choć przecież doskonale wiedziała, że to robię.
- To tylko takie jakby... notatki ze śledztwa.
- Skoro notatki ze śledztwa... czy nie powinnam ich przeczytać?
- Ale to... takie inne notatki... bardziej osobiste, coś w rodzaju... dziennika, nic ci nie powiedzą.
- Osobiste powiadasz - zamilkła na chwilę. - Wiesz – uśmiechnęła się – miałam kiedyś przyjaciela. Tak się złożyło, że obydwoje pisaliśmy dzienniki. On od dzieciństwa. Ja od wczesnej młodości. Grałam z nim w taką grę... w sumie nie pamiętam, kto pierwszy wpadł na ten pomysł...
- Grę? - przyznam, że zestawienie słów gra i dziennik wzbudziło we mnie pewien niepokój.
- Nazywała się LOSowanie. Trzy pierwsze litery to wersaliki, od LOSU.
- Hmmm... - coraz mniej mi się to podobało.
- Losowaliśmy fragmenty dzienników, otwierając zeszyty na chybił trafił i czytaliśmy je sobie nawzajem. On czytał wylosowany przeze mnie fragment swojego dziennika, a ja czytałam mu fragmenty swojego.
- A jeśli... no wiesz... trafił się fragment... zbyt intymny.
Nika roześmiała się do swoich wspomnień.
- Ze dwa razy wylosował opis swojej masturbacji.
- I co? Przeczytał?
- Tak.
- Nie sadzisz, że to... chore? Taka trochę pornografia emocjonalna?
- Wiesz... - zadumała się, najwyraźniej nie poczuwając się do odpowiedzi - skoro już razem pracujemy i chcemy być skuteczni, to... myślę, że powinniśmy się lepiej poznać.
- Ooo... Co to, to nie. Zapomnij!
Niedoczekanie! Nigdy nie udostępnię jej tego bloga!
- Ależ... nie oczekuję od ciebie... - zamilkła, jakby szukając właściwych słów- chciałam tylko... zaproponować coś lekkiego. Zaraz, zaraz... widziałam tu gdzieś... chyba na szafie... Jest!
Nika wdrapała się na krzesło i ściągnęła zakurzone „Scrablle”.
- Też będziemy losować. Litery. Kto pierwszy?
Odpowiedziało jej milczenie. Skąd do cholery mam wiedzieć, co jest lepsze, emocjonalnie bezpieczniejsze – zaczynać czy kończyć?
- W takim razie zaczynaj – uśmiechnęła się filuternie i ta figlarność w uśmiechu nie bardzo mi się spodobała.
- Nie. Lepiej ty!
- Ok!
Nika zacisnęła oczy. Tak, tak, zacisnęła, nie zamknęła, żeby nie było wątpliwości, że nie podgląda. Jakby od tej dziecinady zależało nasze życie.
- „Es” - oświadczyła tryumfalnie. - Literka „es”. Super! „Es” jak „Scrablle”. Albo jak „super!” - zaczęła się śmiać, jakby udało się jej powiedzieć nadzwyczajny dowcip. - W takim razie zaczynaj!
- Dlaczego ja?
- Ja losowałam. Ty zaczynasz.
- No ale.. co niby mam zaczynać? - ogarnął mnie niepokój, do czego ta głupia zabawa zmierza.
Nika ze śmiechem puknęła się otwartą dłonią w czoło.
- Ale ze mnie gapa. Nie powiedziałam, o co chodzi. To taka gra w zwierzenia.
- W zwierzenia?! Miało być coś lekkiego...
- Musisz powiedzieć mi coś o sobie. Coś czego jeszcze nie wiem. I żeby ta opowieść zaczynała się na „es”.
- Opowieść na literę „es”?
- No... powiedzmy, że tytuł tej opowieści powinien zaczynać się na „es”. W tej chwili tę grę wymyśliłam. Więc wybacz niedoróbki.
- Właśnie wymyśliłaś? No pięknie.
- Albo na „eś” – dodała Nika grzebiąc wśród plastikowych literek – bo zdaje się, że brakuje polskich liter.
Eś, eś, eś... Es, es, es... Co by tu kurwa, wymyślić na „es”, żeby było w miarę bezpieczne, w miarę neutralne?
Jasne!
Spadochrony!
To chyba w miarę bezpieczny temat.
Bezpieczny?
O święta naiwności. Nie przy Nice! Ona wszystko potrafi z człowieka wyciągnąć.
Fakt, na początek grzecznie wysłuchała mojej równie grzecznej opowieści o ciekawym hobby. Ale potem zaczęła drążyć: Co czuję tam w powietrzu? Co mi to daje? Itp., itd. i kukuryku. I co to oznacza, że lubię „odloty”? Nie omieszkała dodać, że spadochroniarstwo bardziej kojarzy jej się ze spadaniem, niż lotem.
- Bo nigdy nie skakałaś. Jest i spadanie i odlot. I to właśnie jest w tym najfajniejsze!
- Ok. W takim razie, powiedz mi jak to jest. Tak, żebym mogła sobie wyobrazić, poczuć. Może też kiedyś spróbuję?
Potem nastąpił kolejny etap analizy moich motywacji związanych w wyborem takiego, a nie innego sposobu spędzania wolnego czasu.
- O rany! Ale ty jesteś upierdliwa. Powiedzmy, że to mi pozwala w bezpieczny sposób doświadczać najgwałtowniejszych nawet emocji.
- Bezpieczny? - zdziwiła się Nika.
- Nie ciągnij mnie za język. Emocjonalnie bezpieczny.
- ???
- W ciszy, samotności, oddaleniu... Czy ja wiem? W chłodzie błękitu... dopiero tam mogę bez obaw roztopić nagromadzone we mnie emocje.
- Wiesz na czym polega paradoks? - spytała Nika po chwili namysłu.
- No?
- Próbujesz rozpuścić uczucia za pomocą błękitów – ruchem głowy wskazała na ukryte w kącie płótno pokryte tysiącami niebieskich kropek. A do tego potrzebna jest czerwień.
- Ja pierdziele, Nika! Daruj sobie te metafory.
- Roztapianie odbywa się w cieple. W chłodzie możesz, co najwyżej uczucia zamrozić.
- Tyle, że u mnie to działa akurat na odwrót. Ze względu na mój zawód. Nasz zawód. Dziwne, że tego nie rozumiesz. Czasem trzeba działać w ekstremalnych sytuacjach. W dodatku skutecznie. Więc nie ma wyjścia. Trzeba, jak to mówisz, zamrażać uczucia. Dopiero potem w bezpiecznych okolicznościach, można sobie pozwolić na ich uwolnienie.
- Boisz się spłonąć?
- Spłonąć he, he... Wygląda na to, że wznosimy się na wyżyny... tak zwanej poezji. Tak. Metaforycznie rzecz ujmując, boję się spłonąć. Tyle, że to nie strach. To instynkt samozachowawczy.
- To nie strach. To lęk – wymądrzyła się Nika.
- Mam dość. Wywnętrzam się już chyba od godziny. Twoja kolej.
- Dobrze... Ja wybrałam tytuł na „eś”.
- Niech będzie. Miejmy to już z głowy.
- Śmierć.
- Co?!
- Bo ja... – głos Niki nieoczekiwanie się załamał – ja już kiedyś... umarłam.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Gorąca, pulsująca czerwień

Rozpacz w pensjonacie. Podobno Sabina miała wypadek. Oczywiście, oficjalnie się o tym nie mówi. Wielka tajemnica. Jak zwykle. Nie mam nawet szans okazać wsparcia, choć współczuję. Fakt, pani Maria nie jest bohaterką mojej bajki, lecz, mimo to, mogę sobie wyobrazić cierpienie matki drżącej o życie swojego dziecka. Nie mówiąc o tym, że jej szalona córeczka, z niewiadomych przyczyn wydaje mi się jakoś... bliska.
Nawet Andżela nie jest specjalnie skłonna do zwierzeń. Wynika to, nie tyle z braku zaufania, co nadmiaru uczuć.
- Podobno miała nawet śmierć kliniczną – wyjaśniła mi zdławionym szeptem.
Broda Andżeli drżała, a usta ułożyły się w charakterystyczny grymas. Widać było, że próbuje stłumić płacz.
- Ale... - mówiła z trudem - nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. Biedne dziecko – Andżela przytuliła mnie mocno, a może raczej... przytuliła się do mnie.
Tak zastała nas Nika. W jej spojrzeniu zdawały się kryć dwie sprzeczne emocje. Zaskoczenie i... jakaś dziwna... pewność. Jakby to, co ujrzała stanowiło kolejne potwierdzenie jej przeczuć.
- Przepraszam! – Andżela rozpłakała się w głos i wybiegła z pokoju. Zza drzwi słychać było, jak powtarza: „Biedne dziecko! Biedne dziecko!”
- Wiedziałam - Nika pokręciła głową – po prostu... wiedziałam.
- Co niby znowu wiedziałaś?! Nic nie wiedziałaś! Zawsze niby wszystko wiesz! – ogarnęła mnie irytacja. –  A chodzi o to, że... Andżela... ona... po prostu... potrzebowała pocieszenia.
Twarz Niki przybrała wzgardliwy wyraz.
- Mówiąc „wiedziałam” miałam na myśli ten wypadek – wyjaśniła zimno. - Miałam sen...
- Tiaaa... zawsze masz jakiś sen.
- Sen, który wszystko zapowiadał – ciągnęła niezrażona, a w jej głosie zabrzmiała nieznana mi nuta... jakaś zimna wściekłość i desperacja. - Śniło mi się, że moje serce całkiem zamarzło. Było jak lód – Nika patrzyła na mnie wyzywająco, jakby opowiadając sen, chciała powiedzieć coś zupełnie innego -  niezdolne do najmniejszego nawet poruszenia. Dopóki nie przyszła do mnie istota, która wyprowadziła moje puste żyły na zewnątrz. Wyrastały z moich z moich przegubów i nadgarstków niczym gałęzie błękitnego drzewa spragnionego świata...
- Chyba światła?
- Świata! – zdenerwowała się Nika. - Powiedziałam świata! - zamilkła na chwilę i dokończyła z wymuszonym spokojem:
- I czerpały zeń gorącą pulsującą czerwień.
- To niby taka metafora przetaczania krwi?
- Kurwa! Słuchasz mnie, czy nie? - wrzasnęła Nika.
Zatkało mnie. Nigdy wcześniej nie używała wulgaryzmów. Nie krzyczała. I jeszcze nigdy nie była aż tak wściekła.
- Jak mówię, że czerwień to czerwień!
- Przepraszam...
- Nie wiesz co to jest czerwień, kurwa mać?! Niby uwielbiasz czerwień, a nie wiesz, co to oznacza?!
Nika zamilkła, jakby zaskoczona własnym wybuchem. Wreszcie ukryła twarz w dłoniach. Przez chwilę tak siedziała próbując opanować wewnętrzne i zewnętrzne drżenie. 
Podniosła głowę i spojrzała na mnie jakby z wielkiej odległości.
- Aż wreszcie lód w sercu się rozpuścił i moje serce też zaczęło pulsować. Emanując ciepło. Ciepło, które wypełniło całe moje ciało.

Nazajutrz kolekcja „skarbów” w szufladzie sekretarzyka wzbogaciła się o jeszcze jeden rekwizyt – tak zwany dren medyczny, czyli, łopatologicznie mówiąc, rurkę do kroplówki.

środa, 6 kwietnia 2016

Klucz do rozwiązania zagadki

- Zgadnij, co mnie dzisiaj spotkało! - zawołała podekscytowana Nika i nie czekając na odpowiedź, oświadczyła - Postanowiłam pozwiedzać sobie X i w jednym ze śmietników...
- Zwiedzałaś śmietniki?
- No wiesz, chciałam poznać miasteczko, że tak się wyrażę... od kuchni.
- Od kuchni, czyli od śmietnika?
- Nie łap mnie za słówka! Czasem warto poszperać po śmietnikach. Zobacz co znalazłam. No... nie rób takiej miny. Oczyściłam, zdezynfekowałam i czego tam jeszcze sobie życzysz. Bez obawy możesz wziąć w ręce. Nawet bez jednorazowych rękawiczek.
- Bardzo śmieszne...
- Nie marudź tylko patrz! Naprawdę warto.
Fakt! Było warto. Znaleziskiem okazał się czerwony segregator wypełniony katalogami wystaw niejakiej Dominiki Sanders. Nika wyciągnęła jeden z nich i przewertowała szybko.
- O tu!
Położyła przede mną piękną, kolorową reprodukcję obrazu, który widzieliśmy u Damiana. Było to bez wątpienia to samo dzieło, tyle, że kolory na zdjęciu były żywsze, szczególnie błękit. Widocznie drukarz podciągnął nieco barwy, bo wydawało mu się, że obraz nie powinien robić aż tak przygnębiającego wrażenia.
- Więc jednak to ona jest jego siostrą?
- Co? - spytała Nika roztargnionym głosem.
- No wiesz. Ten obraz... Ten sam, co u Damiana.
- Ach tak! - westchnęła Nika, jakby właśnie ocknęła z snu i w tej chwili stało się dla mnie jasne, że chodziło jej o coś zupełnie innego.
- No tak, ale... ja chciałam pokazać ten drugi obraz, ten na sąsiedniej stronie.
Reprodukcja przedstawiała... Czy ja wiem... Powiedzmy płomień. Płomień, którego źródło znajdowało się poza formatem płótna. Płomień, można by rzec, w pełni rozwinięty. Intensywny, ciepły, by nie powiedzieć gorący. Ale nie groźny. Płomień w pewnym stopniu ułożony. Porządkowała go bardzo staranna, namalowana laserunkowo, delikatna, lecz jednocześnie zdecydowana linia, która kreśliła wokół rozświetlonej czerwieni kontur. Zarys przypominał kształt mocnych, barczystych ramion. A właściwie ich fragment, jakby reszta postaci istniała gdzieś poza „kadrem”. Płomień zdawał się delikatnie przenikać granice konturu, tworząc wokół niego subtelną poświatę, nakładającą się na bogate, zarówno pod względem faktury jak i koloru, tło.
- Ten obraz to klucz do rozwiązania naszej zagadki – oznajmiła Nika.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

W jaskini bestii

Nie uwierzycie, ale... wizyta u Damiana zaliczona!!! Tak! Tak! Zaskoczeni! Cóż mnie też, przy okazji tego wydarzenia, spotkało parę zaskoczeń. Przede wszystkim, nie bardzo chciało mi się uwierzyć, że „bestia” ot tak po prostu wpuści nas do domu. Tylko dlatego, że zapukamy do drzwi. W mojej głowie powstało przynajmniej kilkanaście awaryjnych planów, wyjść B, C, D i... Z, które o dziwo(!) okazały się zbędne.
Przyznam, że zrobiło mi się naprawdę nieswojo, kiedy to miasteczkowe monstrum przez ledwo uchylone drzwi zaprosiło nas do środka. Jeżeli w ogóle tych kilka pomruków, jakie z siebie wydobył można nazwać zaproszeniem. Na samą myśl, że właśnie znajduję się w miejscu, w którym od lat nie bywał nikt, prócz głównego lokatora, ogarnął mnie jakiś dziwny, nieokreślony niepokój.
A zaraz potem zachciało mi się wymiotować.
To przez ten zapach. Piwniczna woń przesiąknięta odorem zgnilizny, pleśni i butwiejących szmat. Smród nie mytego ciała i nigdy nie pranych, przepoconych ubrań. Jak gdyby kwintesencja tej delikatnej, ledwo wyczuwalnej woni przenikającej atmosferę miasteczka.
I żadnych innych bodźców poza tym odorem, ponieważ w „jaskini Damiana” było tak ciemno, że funkcjonował w niej wyłącznie zmysł węchu.
Dopiero po chwili, gdy moje oczy przyzwyczaiły się do panującego tam mroku, udało mi się dostrzec majaczące wśród kurzu i ciemności kształty porozrzucanych w bezładzie sprzętów.
W kącie stało płótno odwrócone malowidłem do ściany. Nika przeniosła je w pobliże okna i prowizorycznie oczyściła z grubej warstwy kurzu i pajęczyn. Promienie słońca z trudem przenikały przez brudne szyby ledwie oświetlając obraz.
W samym centrum pustej płaszczyzny widniała mała, intensywnie czerwona plamka, niczym drobny, skulony płomyk. Wokół niej rozpościerał się obszar przeraźliwie sinego błękitu otoczony grubą, czarną krechą, która nic nie przepuszcza na zewnątrz. A wokół tej czarnej, nieprzekraczalnej granicy... nawet nie wiem jak to określić... było białe... nieznajome, po prostu fragment płótna pokryty farbą w ten sposób, jakby ktoś malował ścianę, nie obraz. Bez tych wszystkich drgnięć, impastów, śladów pędzla, które ożywiały śmiercionośny chłód sino-błękitnej szarości zamkniętej czarną kreską.
- To mój autoportret – oznajmił nieoczekiwanie Damian.
Zaskoczyło mnie to wyznanie.
- Naprawdę? Więc... ty malujesz?
- Niezupełnie. Ten obraz namalowała moja siostra.
Informacja ta zdumiała mnie jeszcze bardziej. Zawsze zdawało mi się, że Damian jest jedynakiem.
- Masz siostrę? Pierwszy raz słyszę. A więc... to autoportret twojej siostry? Czy może twój portret przez nią namalowany?
Damian nie odpowiedział na pytanie. Spojrzał na mnie tak, jakby w ogóle go nie zrozumiał.
- Portret - wyszeptała Nika patrząc mi w oczy. - Portret – powtórzyła. - To był naprawdę genialny pomysł z tymi portretami.

środa, 16 marca 2016

Czerwone oko

Dziś wieczorem jakieś piekielne charczenie pod drzwiami.
Wyglądam przez judasza, a tam... okrągłe, czerwono oko spoglądające na mnie z mroku.  
Kurwa, co jest grane?!
To tylko Cerber. Z świecącą na czerwono źrenicą w niebieskiej tęczówce.
Chodź piesku. Dobrze, że jesteś.

Błękit, kurwa, błękit

Maluję. To, kurwa, zawsze mi pomaga. Muszę się jakoś wyciszyć, ochłonąć...
Jeden - błękit,
dwa – błękit,
trzy – błękit,
cztery – błękit,
pięć – błękit,
sześć – błękit,
siedem – błękit,
osiem – błękit,
dziewięć – błękit,
dziesięć –błękit,
Jeden – błękit,
dwa – błękit...

czwartek, 3 marca 2016

Malarskie zazen dla początkujących


 Wmojej biuro-sypialni pojawił się nowy mebel. Sztalugi. Do tego pudełko z farbami i kilka pięknie zagruntowanych, nieskazitelnie białych płócien. Malarstwo to moje lekarstwo na stres. Dlatego w dłuższą podróż zawsze zabieram podstawowy malarski zestaw. No ale wyjazd do X planowany był na kilka dni. Kto mógł przewidzieć?
Wygląda jednak na to, że nie mam innego wyjścia, jak się tu zadomowić.
No, chyba, że przyjedzie pierdolona Nika i mnie stąd wypierdoli.
Wracając do mojej antystresowej kuracji. Uprawiam, że tak się wyrażę, abstrakcyjny puentylizm. Bardzo polecam! Zapełniam przestrzeń milionami kolorowych, odpowiednio zestawionych kropek, które układają się w otwarte, abstrakcyjne kompozycje. Jeśli potrzebuję energetycznego kopa stosuję kolory dopełniające np. zieleń i czerwień – nic mnie tak nie spiduje, jak pulsujący rytm, który dzięki takim zestawieniom powstaje.
Gdy, wręcz przeciwnie, chcę się wyciszyć, maluję monochromatyczne kompozycje.
Najważniejszy - z mojego oczywiście punktu widzenia, bo przecież nie z punktu widzenia odbiorcy (swoich obrazów i tak nikomu nie pokazuję) - jest sam proces. Malując, liczę kolorowe punkciki od jednego do dziesięciu.
Potem od nowa.
I od nowa.
I od nowa...
Takie malarskie zazen dla początkujących. Tyle, że zamiast oddechów liczę kropki. Nie wiem, co prawda, czy taka „medytacja” pozwoli mi kiedykolwiek osiągnąć satori, ale na mały wewnętrzny odlocik zazwyczaj mogę liczyć!
Lubię też odloty w bardziej dosłownym znaczeniu. Moim kolejnym lekarstwem na stres są skoki ze spadochronem. Może to paradoks, ale właśnie w powietrzu, ponad wszystkimi zdarzeniami, w chłodnej (w sensie dosłownym i kolorystycznym) przestrzeni, najłatwiej doświadczam tego szczególnego przypływu ciepła - uczucia, które nazywam „stanem czerwieni”. Uwielbiam, gdy pulsująca czerwień wypełnia moje ciało. Ale jest to zbyt intymne doświadczenie, aby przeżywać je w tłumie. Zazwyczaj nawet dwie osoby to za dużo. W ogóle, chyba trudno przeżywać ten stan w kontakcie - przynajmniej dla mnie jest to trudne - może dlatego najłatwiej osiągam go wysoko, ponad światem.
Wyjątkiem jest seks. Seks niewątpliwie odbywa się w kontakcie i też daje kopa.
No, ale póki jestem w X mogę zapomnieć o skokach.
O seksie chyba też.

sobota, 13 lutego 2016

Błękit

 Już wiem skąd niechęć Marii-Gorgony do mojej osoby. Zdradziła mi to Andżela, którą najwyraźniej udało mi się obłaskawić wraz Cerberem.
Nie chodzi o psa. W każdym razie nie tylko? Jest również inny powód.
- A trzeba było sobie inny pokój wybrać, to by się pani Marysia nie krzywiła – powiedziała Andżela stawiając na biurku poranną kawę.
- Inny? Czemu inny? Ten ma największą łazienkę i... fajny klimat.
- Klimat?
- Znaczy się... Urządzony jest ładnie.
- Eee tam... ładnie. A to łóżko! Brrr... - wzdrygnęła się Andżela.
Fakt, łóżko jest dość nietypowe. Białe, metalowe z regulowanym podgłówkiem przypomina bardziej element szpitalnego wyposażenia, niż hotelowy mebel. Ale mnie to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Taki regulowany podgłówek jest nadzwyczaj praktyczny.
- Łóżko jak łóżko. Ważne, że wygodne. Ale kolory fajne. Pierwszy raz widzę na ścianach błękit manganowy.
Andżela popatrzyła na mnie gapowato. Skąd niby miałaby wiedzieć, co to jest błękit manganowy?
- Błękit, a ciepły, rozumiesz? Mój ulubiony odcień.
Nie rozumiała. W jej spojrzeniu pojawiło się... coś... jakby cień podejrzliwości.
- No cóż - mój wzrok prześliznął się po elementach zdobnego w błękitne akcenty wnętrza: fotelu w prążki (nazbyt wygodnym, by zasiąść w nim do pracy), świętych obrazkach w niebieskich ramkach... i zatrzymał na wciśniętym w kąt mebelku, który od razu zwrócił moją uwagę
- Albo ten sekretarzyk. Na moje oko początek dziewiętnastego wieku. Cudo!
- Aaa... tamto próchno - skrzywiła się i przysunęła tak blisko, że jej włosy musnęły mój policzek. – Chodzi o to, że... że... - zawiesiła głos, po czym dokończyła konspiracyjnym szeptem - ten pokój wybierają same świry.

piątek, 12 lutego 2016

Cerber o niebieskim oku

- Kajtuś!!!
- Cerber!!!
Bestia dwojga imion (z pewnością Cerber bardziej adekwatne) stała przede mną wydobywając z głębi trzewi złowrogi pomruk, a dwie kobiety (młoda i stara) przekrzykiwały się, próbując odciągnąć ode mnie potwora, który stanowił jakąś osobliwą mieszankę psich ras. Z pewnością miał w sobie geny któregoś z wielkich molosów - świadczyła o tym imponująca postura. Wśród przodków musiał się też zaplątać husky – wskazywała na to jakaś trudna do opisania wilkowatość w wyglądzie i dwukolorowe oczy – jedno brązowe, drugie niebieskie, co nadawało potężnej paszczy niepokojący wygląd i zdawało się przewrotnie korespondować z dwoistością imion. Jakby na każde imię przypadał inny kolor oka. Ciekawe tylko, który kolor był dla Cerbera, a który dla Kajtusia?
A jednak coś się X zmienia. Za moich czasów nie mieszkały tu żadne bestie.
- Kajtuś pieseczku! Zostaw gościa!!! – ryczała starsza, czyli pani Maria.
- Do mnie!!! - wołała Andżela (nie, nie była córka gospodyni, tylko dziewczyna, która pomaga pani Marii prowadzić pensjonat, całkiem ładna, nawiasem mówiąc). - Cerber! Do nogi!!!
Fraza ta obudziła w pani Marii niezrozumiałą agresję, jakby słowo „Cerber” uruchomiło w niej jakiś tajemniczy mechanizm.
- Tyle razy prosiłam... Wiesz, że nienawidzę tego imienia! - wydarła na Andżelę, aż jej twarz zrobiła się purpurowa i błyszcząca.
- Ale on... inaczej... nie reaguje – tłumaczyła się dziewczyna.
Fakt, ilekroć padało imię Cerber, pies, kontrolując mnie kątem oka, zezował w stronę Andżeli. Imię „Kajtuś” zlewał koncertowo.
Panie skupiły się na kłótni zostawiając mnie (i psa) w spokoju, a raczej w niepokoju, bo różne rzeczy można było o Kajtusiu-Cerberze powiedzieć tylko nie to, że był spokojny.
Szczęśliwie, moje psie śledztwo zmusiło mnie do dość szczegółowego zapoznania się z literaturą dotyczącą języka i zachowań psów oraz zasięgnięcia kilku porad u czołowego psiego behawiorysty. Pierwszy raz jednak dane mi było wypróbować tę wiedzę w praktyce i... uff... zadziałało!!!
Międzygatunkowy, ludzko-psi rozejm przypieczętowany został drobnym przekupstwem. Cóż, nie było innego wyjścia, jak podzielić się z Cerberem-Kajtusiem drugim śniadaniem. W ten oto dość banalny sposób bestia została obłaskawiana.
Kobiety zaskoczone nagłą ciszą, która zapadła w naszej (mojej i Cerbera) części podwórka przerwały kłótnię i z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia patrzyły, jak potwór je mi z ręki.
- Ale numer! – wykrztusiła wreszcie Andżela i zaczęła się głośno śmiać. - Od początku wiedziałam! Pies zawsze wyczuje dobrego człowieka!
Pani Maria spojrzała na mnie krzywo, jakby zła, że udało mi się zakolegować z bestią.