Nieomal całą noc zajęło mi przeglądanie katalogów, które zostawiła Nika. Największe wrażenie zrobił na mnie cykl rzeźb, któremu autorka nadała osobliwy tytuł ''Diabły Frasobliwe w Świetle Krzyża''. Był tam diabeł ze sznurem, a właściwie pętlą zamiast ogona siedzący w pozie Chrystusa Frasobliwego, a także drewniana głowa diabła, któremu spomiędzy rogów wyrastały jakieś liście. Komentarz zamieszczony w katalogu wyjaśniał, że woda, którą podlewa się roślinę, spływa specjalnymi kanalikami do otworów umieszczonych w kącikach oczu. Jest to więc diabeł, który płacze. Działanie wody i ekspansja korzeni powodują, że diabelska głowa gnije od wewnątrz, rozkłada się przekształcając w pożywkę dla rośliny, zamieniając w ziemię. Dokładna dokumentacja tego procesu również znalazła się w katalogu.
Można w nim również przeczytać takie oto zdanie: ,,Któż może nas zbawić, jeśli nie ten, co sam grzeszył?'' oraz informację, że reprodukcje dzieł z tego cyklu stanowią szatę graficzną pierwszego wydania powieści Dominiki Sanders pt. ,,Dwa Spotkania z Diabłem''. Wspólne jest również motto, czyli wiersz Sanders zatytułowany tak samo jak cykl rzeźb i powieść. Myślę, że warto go zacytować:
DWA SPOTKANIA Z DIABŁEM,
CZYLI O TYM JAK DOSTAŁAM AMULET PRZECIW ZŁYM SNOM
SPOTKANIE PIERWSZE
Przyśnił mi się diabeł
barczysty i ogromny
płakał jak dziewczynka
która stłukła filiżankę:
- Co ci jest?
- Rogi! rogi mnie
bolą.
SPOTKANIE DRUGIE
Obciął sobie lewy róg
kiedy usnęłam
kończył już
kaleczyć go i pieścić.
- Masz to dla ciebie -
- podał mi krucyfiks
tak piękny jakby
dłuta wszystkich mistrzów
naraz zaczęły szlochać.
- Znałem takiego - rzekł
- który powiesił się na własnym ogonie.
Jeżeli boli niech przynajmniej
na coś się przyda.
Jedna z reprodukowanych rzeźb wydaje mi się dziwnie znajoma, choć za cholerę nie mogę sobie przypomnieć skąd ją znam. Kamienny diabeł z ułamanym rogiem (zupełnie jak z wiersza). Głowę podparł na brodzie, jakby ciążyły mu złe myśli. Zgiął kark i skulił ciało. Jego okrągłe plecy porasta mech. Widać, że posąg ustawiono w plenerze. Postument pod rzeźbą zaopatrzony jest w napisy, których nie sposób odczytać ze zdjęcia. Sądząc z układu strof jest to wiersz. Czyżby ''Dwa Spotkania z Diabłem''?
Cokolwiek to wszystko miałoby oznaczać jedno jest pewne - tajemnicza siostra Damiana jest niezwykle wszechstronną artystką.
Ale jaki to ma związek ze sprawą?
motto:
"Tutaj wszystko pochodzi z wnętrza. Musi się zacząć głęboko w środku, a potem rozrastać się i rozrastać. Wtedy naprawdę zachodzą zmiany."
David Lynch "W Pogoni Za Wielką Rybą"
czwartek, 7 kwietnia 2016
środa, 6 kwietnia 2016
Klucz do rozwiązania zagadki
- Zgadnij, co mnie dzisiaj spotkało! - zawołała podekscytowana Nika i nie czekając na odpowiedź, oświadczyła - Postanowiłam pozwiedzać sobie X i w jednym ze śmietników...
- Zwiedzałaś śmietniki?
- No wiesz, chciałam poznać miasteczko, że tak się wyrażę... od kuchni.
- Od kuchni, czyli od śmietnika?
- Nie łap mnie za słówka! Czasem warto poszperać po śmietnikach. Zobacz co znalazłam. No... nie rób takiej miny. Oczyściłam, zdezynfekowałam i czego tam jeszcze sobie życzysz. Bez obawy możesz wziąć w ręce. Nawet bez jednorazowych rękawiczek.
- Bardzo śmieszne...
- Nie marudź tylko patrz! Naprawdę warto.
Fakt! Było warto. Znaleziskiem okazał się czerwony segregator wypełniony katalogami wystaw niejakiej Dominiki Sanders. Nika wyciągnęła jeden z nich i przewertowała szybko.
- O tu!
Położyła przede mną piękną, kolorową reprodukcję obrazu, który widzieliśmy u Damiana. Było to bez wątpienia to samo dzieło, tyle, że kolory na zdjęciu były żywsze, szczególnie błękit. Widocznie drukarz podciągnął nieco barwy, bo wydawało mu się, że obraz nie powinien robić aż tak przygnębiającego wrażenia.
- Więc jednak to ona jest jego siostrą?
- Co? - spytała Nika roztargnionym głosem.
- No wiesz. Ten obraz... Ten sam, co u Damiana.
- Ach tak! - westchnęła Nika, jakby właśnie ocknęła z snu i w tej chwili stało się dla mnie jasne, że chodziło jej o coś zupełnie innego.
- No tak, ale... ja chciałam pokazać ten drugi obraz, ten na sąsiedniej stronie.
Reprodukcja przedstawiała... Czy ja wiem... Powiedzmy płomień. Płomień, którego źródło znajdowało się poza formatem płótna. Płomień, można by rzec, w pełni rozwinięty. Intensywny, ciepły, by nie powiedzieć gorący. Ale nie groźny. Płomień w pewnym stopniu ułożony. Porządkowała go bardzo staranna, namalowana laserunkowo, delikatna, lecz jednocześnie zdecydowana linia, która kreśliła wokół rozświetlonej czerwieni kontur. Zarys przypominał kształt mocnych, barczystych ramion. A właściwie ich fragment, jakby reszta postaci istniała gdzieś poza „kadrem”. Płomień zdawał się delikatnie przenikać granice konturu, tworząc wokół niego subtelną poświatę, nakładającą się na bogate, zarówno pod względem faktury jak i koloru, tło.
- Ten obraz to klucz do rozwiązania naszej zagadki – oznajmiła Nika.
- Zwiedzałaś śmietniki?
- No wiesz, chciałam poznać miasteczko, że tak się wyrażę... od kuchni.
- Od kuchni, czyli od śmietnika?
- Nie łap mnie za słówka! Czasem warto poszperać po śmietnikach. Zobacz co znalazłam. No... nie rób takiej miny. Oczyściłam, zdezynfekowałam i czego tam jeszcze sobie życzysz. Bez obawy możesz wziąć w ręce. Nawet bez jednorazowych rękawiczek.
- Bardzo śmieszne...
- Nie marudź tylko patrz! Naprawdę warto.
Fakt! Było warto. Znaleziskiem okazał się czerwony segregator wypełniony katalogami wystaw niejakiej Dominiki Sanders. Nika wyciągnęła jeden z nich i przewertowała szybko.
- O tu!
Położyła przede mną piękną, kolorową reprodukcję obrazu, który widzieliśmy u Damiana. Było to bez wątpienia to samo dzieło, tyle, że kolory na zdjęciu były żywsze, szczególnie błękit. Widocznie drukarz podciągnął nieco barwy, bo wydawało mu się, że obraz nie powinien robić aż tak przygnębiającego wrażenia.
- Więc jednak to ona jest jego siostrą?
- Co? - spytała Nika roztargnionym głosem.
- No wiesz. Ten obraz... Ten sam, co u Damiana.
- Ach tak! - westchnęła Nika, jakby właśnie ocknęła z snu i w tej chwili stało się dla mnie jasne, że chodziło jej o coś zupełnie innego.
- No tak, ale... ja chciałam pokazać ten drugi obraz, ten na sąsiedniej stronie.
Reprodukcja przedstawiała... Czy ja wiem... Powiedzmy płomień. Płomień, którego źródło znajdowało się poza formatem płótna. Płomień, można by rzec, w pełni rozwinięty. Intensywny, ciepły, by nie powiedzieć gorący. Ale nie groźny. Płomień w pewnym stopniu ułożony. Porządkowała go bardzo staranna, namalowana laserunkowo, delikatna, lecz jednocześnie zdecydowana linia, która kreśliła wokół rozświetlonej czerwieni kontur. Zarys przypominał kształt mocnych, barczystych ramion. A właściwie ich fragment, jakby reszta postaci istniała gdzieś poza „kadrem”. Płomień zdawał się delikatnie przenikać granice konturu, tworząc wokół niego subtelną poświatę, nakładającą się na bogate, zarówno pod względem faktury jak i koloru, tło.
- Ten obraz to klucz do rozwiązania naszej zagadki – oznajmiła Nika.
wtorek, 5 kwietnia 2016
Stare, niestrawione zabawki i GŁOS, który mnie dobrze zna
Nika przybiegła do mnie z samego rana. Nie dała nawet dokończyć śniadania.
Słuchaj! - zawołała podekscytowana. - Miałam sen! On musi coś znaczyć! Tylko proszę, odłóż kanapkę. Zjesz później. To nie jest opowieść, której można słuchać jedząc. Otóż... w tym śnie... no wiesz... chciało mi się rzygać. Chciałam koniecznie pozbyć się resztek pokarmu zalegających w jelitach. A właściwie nie tyle chciałam, zdaje się... nie miałam wyjścia. Ale z jakiś trudnych do wyjaśnienia powodów nie byłam w stanie. Wreszcie, po wielu trudach... jakoś mi się udało. Ale, uwierz mi, to była chyba najcięższa praca w moim życiu to rzyganie. Zwracałam z takim trudem, jakbym rodziła dziecko. Dokładnie tak to wyglądało. Rozumiesz, ten sam proces, tylko, że tak się wyrażę, przez gardło. W końcu się udało. Ale zamiast resztek pokarmu, zwymiotowałam kręgowca i to całkiem pokaźnych rozmiarów, a ściślej mówiąc jego szczątki. Chyba lepiej nie muszę wdawać się w szczegóły...
- O tak, to nie jest konieczne!
- I wtedy obok mnie pojawił się GŁOS. GŁOS, który mnie dobrze zna. A przynajmniej tak mu się zdaje. Ale to nie był mój głos. Kapujesz?
- Niespecjalnie.
- Nieważne. Znów zaczęłam wymiotować. A ten głos cały czas był przy mnie. Właściwie to nawet nie było mi z nim źle. Wymiotowałam i wspólnie analizowaliśmy, że tak się wyrażę, przedmiot, czy, ściślej mówiąc, przedmioty moich torsji. A były one doprawdy osobliwe: stare, niestrawione zabawki, jakaś piłka, samochodzik, szczątki konika na biegunach...
- To niemożliwe, mówiłam w przerwach pomiędzy jednym a drugim atakiem torsji, przecież nie mogłam tego zjeść.
- Skoro zwymiotowałaś, znaczy, że zjadłaś - tłumaczył GŁOS.
- Ooo... to... na to jeszcze się zgodzę - powiedziałam pokazując zwymiotowane właśnie misiaczki, podobne do kolorowych misiowych żelków, tyle tylko, że całkiem odbarwione, jakby przez lata leżały w wilgotnym, pełnym pleśni miejscu. - Coś takiego mogłam zjeść. Teoretycznie. Choć nie przypominam sobie.
W końcu zwymiotowałam coś, co GŁOS natychmiast przede mną ukrył, twierdząc, że nie powinnam tego widzieć. Była to jakaś choroba, lcze nie wiem jaka. Padła nawet łacińska nazwa, której nie pamiętam i która niczego mi nie wyjaśniła. GŁOS twierdził, że nie jest to bardzo groźna choroba, żebym się nie przejmowała, ale nie chciał jej pokazać.
Nika zamilkła przyglądając mi się badawczo, jakby chciała sprawdzić jakie wrażenie wywarły na mnie jej słowa.
- I co ty na ta to? - spytała po chwili.
Odpowiedzią było tylko wzruszenie ramion. Szczerze mówiąc, trudno mi było znaleźć jakiekolwiek związki pomiędzy prowadzoną przez nas sprawą, a snem Niki. Prócz tego może, że wczorajsza wizyta u Damiana omal nie doprowadziła mnie do wymiotów. Poza tym Nika w trakcie swojej opowieści robiła tak sugestywne miny, że jedyną rzeczą jaką w tej chwili zaprzątała moją uwagę była ta część kanapki, która już przedtem znalazła się w moim wnętrzu, a teraz pod wpływem opowieści mojej wspólniczki, usiłowała wydostać się na zewnątrz.
- Blado wyglądasz - stwierdziła Nika i wyglądała na zdziwioną widząc, że resztę kanapki oddaję Cerberowi, na którym opowieść Niki nie zrobiła najmniejszego wrażenia.
Słuchaj! - zawołała podekscytowana. - Miałam sen! On musi coś znaczyć! Tylko proszę, odłóż kanapkę. Zjesz później. To nie jest opowieść, której można słuchać jedząc. Otóż... w tym śnie... no wiesz... chciało mi się rzygać. Chciałam koniecznie pozbyć się resztek pokarmu zalegających w jelitach. A właściwie nie tyle chciałam, zdaje się... nie miałam wyjścia. Ale z jakiś trudnych do wyjaśnienia powodów nie byłam w stanie. Wreszcie, po wielu trudach... jakoś mi się udało. Ale, uwierz mi, to była chyba najcięższa praca w moim życiu to rzyganie. Zwracałam z takim trudem, jakbym rodziła dziecko. Dokładnie tak to wyglądało. Rozumiesz, ten sam proces, tylko, że tak się wyrażę, przez gardło. W końcu się udało. Ale zamiast resztek pokarmu, zwymiotowałam kręgowca i to całkiem pokaźnych rozmiarów, a ściślej mówiąc jego szczątki. Chyba lepiej nie muszę wdawać się w szczegóły...
- O tak, to nie jest konieczne!
- I wtedy obok mnie pojawił się GŁOS. GŁOS, który mnie dobrze zna. A przynajmniej tak mu się zdaje. Ale to nie był mój głos. Kapujesz?
- Niespecjalnie.
- Nieważne. Znów zaczęłam wymiotować. A ten głos cały czas był przy mnie. Właściwie to nawet nie było mi z nim źle. Wymiotowałam i wspólnie analizowaliśmy, że tak się wyrażę, przedmiot, czy, ściślej mówiąc, przedmioty moich torsji. A były one doprawdy osobliwe: stare, niestrawione zabawki, jakaś piłka, samochodzik, szczątki konika na biegunach...
- To niemożliwe, mówiłam w przerwach pomiędzy jednym a drugim atakiem torsji, przecież nie mogłam tego zjeść.
- Skoro zwymiotowałaś, znaczy, że zjadłaś - tłumaczył GŁOS.
- Ooo... to... na to jeszcze się zgodzę - powiedziałam pokazując zwymiotowane właśnie misiaczki, podobne do kolorowych misiowych żelków, tyle tylko, że całkiem odbarwione, jakby przez lata leżały w wilgotnym, pełnym pleśni miejscu. - Coś takiego mogłam zjeść. Teoretycznie. Choć nie przypominam sobie.
W końcu zwymiotowałam coś, co GŁOS natychmiast przede mną ukrył, twierdząc, że nie powinnam tego widzieć. Była to jakaś choroba, lcze nie wiem jaka. Padła nawet łacińska nazwa, której nie pamiętam i która niczego mi nie wyjaśniła. GŁOS twierdził, że nie jest to bardzo groźna choroba, żebym się nie przejmowała, ale nie chciał jej pokazać.
Nika zamilkła przyglądając mi się badawczo, jakby chciała sprawdzić jakie wrażenie wywarły na mnie jej słowa.
- I co ty na ta to? - spytała po chwili.
Odpowiedzią było tylko wzruszenie ramion. Szczerze mówiąc, trudno mi było znaleźć jakiekolwiek związki pomiędzy prowadzoną przez nas sprawą, a snem Niki. Prócz tego może, że wczorajsza wizyta u Damiana omal nie doprowadziła mnie do wymiotów. Poza tym Nika w trakcie swojej opowieści robiła tak sugestywne miny, że jedyną rzeczą jaką w tej chwili zaprzątała moją uwagę była ta część kanapki, która już przedtem znalazła się w moim wnętrzu, a teraz pod wpływem opowieści mojej wspólniczki, usiłowała wydostać się na zewnątrz.
- Blado wyglądasz - stwierdziła Nika i wyglądała na zdziwioną widząc, że resztę kanapki oddaję Cerberowi, na którym opowieść Niki nie zrobiła najmniejszego wrażenia.
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
W jaskini bestii
Przyznam, że zrobiło mi się naprawdę nieswojo, kiedy to miasteczkowe monstrum przez ledwo uchylone drzwi zaprosiło nas do środka. Jeżeli w ogóle tych kilka pomruków, jakie z siebie wydobył można nazwać zaproszeniem. Na samą myśl, że właśnie znajduję się w miejscu, w którym od lat nie bywał nikt, prócz głównego lokatora, ogarnął mnie jakiś dziwny, nieokreślony niepokój.
A zaraz potem zachciało mi się wymiotować.
To przez ten zapach. Piwniczna woń przesiąknięta odorem zgnilizny, pleśni i butwiejących szmat. Smród nie mytego ciała i nigdy nie pranych, przepoconych ubrań. Jak gdyby kwintesencja tej delikatnej, ledwo wyczuwalnej woni przenikającej atmosferę miasteczka.
I żadnych innych bodźców poza tym odorem, ponieważ w „jaskini Damiana” było tak ciemno, że funkcjonował w niej wyłącznie zmysł węchu.
Dopiero po chwili, gdy moje oczy przyzwyczaiły się do panującego tam mroku, udało mi się dostrzec majaczące wśród kurzu i ciemności kształty porozrzucanych w bezładzie sprzętów.
W kącie stało płótno odwrócone malowidłem do ściany. Nika przeniosła je w pobliże okna i prowizorycznie oczyściła z grubej warstwy kurzu i pajęczyn. Promienie słońca z trudem przenikały przez brudne szyby ledwie oświetlając obraz.
W samym centrum pustej płaszczyzny widniała mała, intensywnie czerwona plamka, niczym drobny, skulony płomyk. Wokół niej rozpościerał się obszar przeraźliwie sinego błękitu otoczony grubą, czarną krechą, która nic nie przepuszcza na zewnątrz. A wokół tej czarnej, nieprzekraczalnej granicy... nawet nie wiem jak to określić... było białe... nieznajome, po prostu fragment płótna pokryty farbą w ten sposób, jakby ktoś malował ścianę, nie obraz. Bez tych wszystkich drgnięć, impastów, śladów pędzla, które ożywiały śmiercionośny chłód sino-błękitnej szarości zamkniętej czarną kreską.
- To mój autoportret – oznajmił nieoczekiwanie Damian.
Zaskoczyło mnie to wyznanie.
- Naprawdę? Więc... ty malujesz?
- Niezupełnie. Ten obraz namalowała moja siostra.
Informacja ta zdumiała mnie jeszcze bardziej. Zawsze zdawało mi się, że Damian jest jedynakiem.
- Masz siostrę? Pierwszy raz słyszę. A więc... to autoportret twojej siostry? Czy może twój portret przez nią namalowany?
Damian nie odpowiedział na pytanie. Spojrzał na mnie tak, jakby w ogóle go nie zrozumiał.
- Portret - wyszeptała Nika patrząc mi w oczy. - Portret – powtórzyła. - To był naprawdę genialny pomysł z tymi portretami.
niedziela, 3 kwietnia 2016
Po przerwie
Zastanawiacie się pewnie skąd tak długa przerwa w moich zapiskach. Otóż jakieś paskudne, oporne na leczenie zapalenie płuc przykuło mnie na ponad dwa tygodnie do metalowego, prawie szpitalnego łóżka, w które wyposażony jest wynajęty przeze mnie pokój (czyżby jakieś proroctwo?) Jakby nawet los sprzysiągł się przeciwko temu śledztwu. Jakby ten znaleziony jakiś czas temu w szufladzie wenflon stanowił osobliwą zapowiedź przeszkód, które pojawią się na drodze do rozwiązania sprawy.
Nika też zachorowała, ale przeszła przez to jak błyskawica i już od kilku dni biega i coś załatwia, a w między czasie opiekuje się mną jak zawodowa pielęgniarka, tyle, że z większą dozą empatii.
Kto by pomyślał, że okaże się silniejsza i bardziej odporna ode mnie! Ta dziewczyna coraz bardziej mnie zdumiewa.
Na szczęście ja również wreszcie mam się lepiej i liczę, że wkrótce uda mi się wrócić do pracy.
Nika też zachorowała, ale przeszła przez to jak błyskawica i już od kilku dni biega i coś załatwia, a w między czasie opiekuje się mną jak zawodowa pielęgniarka, tyle, że z większą dozą empatii.
Kto by pomyślał, że okaże się silniejsza i bardziej odporna ode mnie! Ta dziewczyna coraz bardziej mnie zdumiewa.
Na szczęście ja również wreszcie mam się lepiej i liczę, że wkrótce uda mi się wrócić do pracy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




