motto:

"Tutaj wszystko pochodzi z wnętrza. Musi się zacząć głęboko w środku, a potem rozrastać się i rozrastać. Wtedy naprawdę zachodzą zmiany."

David Lynch "W Pogoni Za Wielką Rybą"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwień. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 maja 2016

Anioły

To najwspanialsze przebudzenie od wielu dni. Odeszło gdzieś całe zmęczenie, a wraz z nim wątpliwości i poczucie przygnębienia. Raźno ruszamy w drogę i, to chyba cud, wkrótce odnajdujemy grotę, w której ukryła się Nisia - chyba tylko dzięki temu, że Cerber do nas dołączył.
Drobne, chłopięce ciało zaginionej jest blade i zziębnięte. Nika tuli dziewczynkę tak długo, aż skóra dziecka rozświetla się, na podobieństwo nieba o wschodzie słońca. Potem Damian bierze ją na ręce i zbieramy się do powrotu. Nika wskazuje drogę, a ja... cóż... zapamiętuję. Zapisuję w myślach, jak przystało na kronikarza.
A na końcu tej drogi...
Dominika Sanders.
Bierze Nisię z rąk Damiana
i przytula do siebie.
I ciepło tego uścisku powinno
przeniknąć moje ciało.
Jak gdyby ktoś rozpalił ogień.
Ogień, przy którym można się ogrzać.
Ogień kominka,
przed którym w zimowe wieczory
gromadzi się rodzina.
Ogień ogniska,
nad którym świecą gwiazdy.
A jednak...
wciąż chłodno.
Jak zawsze,
odkąd sięga moja pamięć.
Zamiast ognia,
maleńka intensywnie czerwona iskra.
Skulona czerwień.
Krew zbita w grudkę.
Wokół siny z zimna błękit
wygasłego popiołu,
zamknięty grubą, czarną pętlą,
która nic nie przepuszcza
na zewnątrz
białe nieznajome.
Widzę ten zziębnięty
przerażony płomyk.
A przecież czerwień stworzono
dla ciepła,
dla namiętności,
dla rozkoszy.
Czerwień to miłość.
Moc pulsująca w żyłach.
To pewność siebie.
Odwaga.
Siła i wola
walki.
I gniew!
Jakże to męczące
pilnować czerwieni.
Niech więc zakwitnie
z zapomnianego miejsca.
w którym udeptywano ją przez lata.
Niech gniew spali się
jak chrust w piecu,
drewno w kominku
w moim ciele
wreszcie
rozlewa się ciepło
ogień,
co nie pozostawia zgliszcz,
określony delikatnym konturem silnych ramion,
granicą
łagodnie i bezpiecznie łączącą
ze światem,
światłem...
Granicą przez którą blask przenika
delikatną poświatą.
Ognisko
w ciemnym lesie,
przy którym może ogrzać się dziecko.
Biorę je na ręce i podchodzę
Za blisko?
Kobieta z dzieckiem na ręku
Ciepło ogniska...
Coś nie pasuje mi w tym obrazku.
Sadzam dziecko na mchu
i oddalam się w mrok.
PATRZĘ:
Mała dziewczynka sama w wielkim lesie.
Gdzieś z samej głębi
łkanie
aż do bólu
w zaciśniętym jak pięść gardle.
Uderza z taką mocą,
aż przez wyrwę w krtani
przeciska się szloch,
łzy uciekają
wymykają się
spod zatrzaśniętych
powiek.
Twarz tężeje
z wysiłku,
lecz już brak jej sił
by zatrzymać
płacz
cudowny
pełną piersią.
Lecz jakże to?
Jak to wygląda?!
Te wszystkie grymasy,
kaprysy,
śmieszne,
zasmarkane dźwięki,
gile z nosa,
czerwone oczy…
A przecież nic się nie stało.
Takiej dzielnej dziewczynce
z płaczem nie do twarzy.
POPATRZ tylko!
Więc znów ból w gardle,
powieki zaciskają się jak pięści.
I nagle wiem!
Wreszcie wiem!
że to PATRZENIE
tak czule
ogarnia
te wszystkie głupstwa,
chlipania,
błyszczący nos,
spuchnięte powieki…
aż do samego źródła łez.
Wreszcie można się cieszyć
odzyskaną czerwienią,
płaczem, co otwiera oddech
na świeżość błękitu,
SPOJRZENIEM
pełnym bezgranicznej cierpliwości,
które nigdy mnie nie opuści
nawet wówczas, gdy mi się zdarzy
na chwilę o nim zapomnieć.
Otwieram oczy
i widzę nad sobą
dwa anioły. Jeden ma czerwoną, zbyt pociągłą twarz, jak na obrazach Modiglianiego, a drugi wielkie, wylewające się z dekoltu piersi, rozłożyste biodra i usta chętne do smaków i pocałunków.
Ja zaś jestem drzewem. Jakby ktoś wyprowadził mój krwiobieg na zewnątrz. Przejrzyste tętnice wyrastają z moich z przegubów i nadgarstków, niczym gałęzie błękitnej spragnionej świata rośliny.
- Obudziła się! - cycaty anioł ociera łzę wzruszenia.
Zaś anioł od Modiglianiego pochyla nade mną swą czerwoną, zniszczoną twarz:
- Coś ty zrobiła, dziecinko?! Ratuj się! Ratuj póki czas!

środa, 18 maja 2016

Ręcznik


"Jaskinia bestii” to według Niki rudera Damiana. Kto by pomyślał?
- Rozczarowałaś mnie, słońce. Jak to się ma do teorii prowadzenia śledztwa na wzór konstruowania kryminalnej fabuły z zaskakującym zakończeniem?
- Mówiłam już, że przyjmujesz wszystko zbyt dosłownie. Zakończenie będzie jakie musi być. Niezależnie od tego, czy ktoś uzna je za banał czy zaskoczenie. Poza tym wcale nie twierdzę, że Damian jest porywaczem. Wcale tego nie twierdzę.
- O co więc właściwie chodzi?
Nika zatrzymała się (maszerowaliśmy właśnie prosto w „paszczę bestii”), westchnęła i po raz nie wiem który rozwinęła przede mną „zaszyfrowany” list.
- Można to odczytać na jeszcze jeden sposób. Widzisz... kilka liter jest jakby pogrubionych.
- Czy ja wiem? To odręczne pismo, a autor z pewnością nie ćwiczył kaligrafii. Litery są różnej wielkości. Różnej grubości. Zobacz... tu omal nie zrobił dziury w papierze, a tu ledwo musnął długopisem powierzchnię kartki, jakby nieustannie walczyły w nim determinacja i zwątpienie. Litery nachylone to w lewo, to wprawo, czasem skierowane prosto do góry. Totalny chaos. Gdzieniegdzie poprawki, zamazania.
- Spójrz – Nika, jak zwykle, nie dawała za wygraną - wielkie „de”, małe „a”, wielkie „em”, wielkie „i”, małe „a” i wielkie „en”czyli... Damian.
- Może to tylko przypadek? Albo... myślenie, czy raczej... czytanie życzeniowe.
- Czytanie życzeniowe? Dlaczego twoim zdaniem miałabym życzenie, żeby odczytać list w ten sposób? Lubię Damiana? Zresztą... zaraz się przekonamy. Jesteśmy już na miejscu - powiedziała Nika i zapukała w rozlatujące się drzwi rozlatującej się chałupy.
Nikt jednak nam nie otworzył. Zdziwiło mnie to niepomiernie, gdyż, jak wiadomo Damian właściwie nie opuszcza swojej „jaskini”.
- Może coś mu się stało... Niemożliwe, żeby wyszedł.
- Czemu niemożliwe? - wzruszyła ramionami Nika.
- A może... po prostu nie chce nas wpuścić.
- Ja jednak sądzę, że nie ma go w domu - powiedziała moja partnerka i podeszła do uchylonego piwnicznego okienka.
Z wnętrza wydobywał się dobrze mi znany fetor pleśni, zatęchłej wilgoci i rozkładających się odpadków. Odór ten mieszał się z tak obcym piwnicznej atmosferze zapachem zewnętrznego świata, wpadającym do piwnicy przez okno. Piwnica nasiąkała złocisto-zielonym zapachem powietrza nasyconego aromatem rozgrzanego przez słońce chlorofilu. Zapachem, w którym wszystko może się zdarzyć. Zaś świat pochłaniał piwniczny smród, rozpraszał go, asymilował, rozgrzana zieleń liści przyjmowała go w siebie i oddawała w postaci świeżości, którą znów można było oddychać.
Nika zajrzała wgłąb i zaczęła się przeciskać przez wąską szczelinę okna.
- Co ty wyrabiasz! Przecież... to włamanie!
Wspólniczka spojrzała na mnie pobłażliwie.
- Jeżeli gospodarz zaprasza cię do swojego domu przez piwnicę i ty, choć to nieco osobliwe, korzystasz z tego zaproszenia, to czy można nazwać to włamaniem? - spytała takim tonem jakby tłumaczyła coś małemu dziecku:
- Nie... ale...
- No właśnie! - oznajmiła tryumfalnie i znów zaczęła wpychać głowę w wąską szczelinę.
- Nie widzę związku. Gospodarza nie ma w domu, a ty korzystając z jego nieobecności próbujesz się wcisnąć się tam, gdzie cię nie prosili. Zobaczysz, to się źle skończy!
Nika westchnęła ciężko. Wyjęła ze szczeliny głowę, którą przed chwilą z trudem tam wepchnęła i dotknęła mojej dłoni. Na jej twarzy malował się wyraz bezgranicznej cierpliwości.
- Czy nie zdziwiło cię, że Damiana nie ma w domu?
- Owszem zdziwiło i to nawet bardzo. Ale jest coś, co zdziwiło mnie jeszcze bardziej, a mianowicie to, że włamujesz się przez piwnicę do czyjegoś domu.
Nika pominęła ostatnią uwagę milczeniem i nie zrażona pytała dalej:
- A czy nie zdziwiło cię to, że okno do piwnicy jest otwarte?
To rzeczywiście dziwne! Odkąd pamiętam zawsze było zamknięte. Nawet za czasów mojego dzieciństwa. Pierwszy raz widzę, by tę piwnicę ktoś wietrzył. Prawdę powiedziawszy, pierwszy raz widzę, że Damian w ogóle wietrzy jakiekolwiek pomieszczenie swojego domu.
Nika przesłoniła oczy i spojrzała w niebo. Jest godzina dwunasta, samo południe, tak umówiłam się z Damianem. Dziś, w samo południe, w jego domu. Powiedział, że mnie wpuści i, jak widzisz, dotrzymał słowa. Wpuścił mnie, tyle, że nieco inną drogą. Wpuścił mnie do siebie przez piwnicę. Specjalnie zostawił otwarte okienko. No właź za mną.
- Zwariowałaś?! Nadal uważam, że to sprzeczne z prawem. Poza tym, nie zmieszczę się. Ty jesteś o wiele drobniejsza.
- Co z tego. Nawet najgrubsze dzieci jakoś się w końcu rodzą.
- Doprawdy, osobliwe skojarzenie.
Ale Nika nic już nie mówiła. Przeciskała się z trudem, powoli. Jej skóra zrobiła się purpurowa z wysiłku, a w kilku miejscach widać było otarcia. Rzeczywiście wyglądało to tak, jakby się rodziła. Tyle tylko, że w odwrotnym kierunku. Ze świata zewnętrznego do wewnątrz. Wreszcie znikła w środku. Po chwili w szparze błysnęły jej oczy.
- Tu jest kamień. Ogromny. Strasznie zawadza. Wprost nie można się ruszyć. Ooo... a tu coś... jakiś karteluszek... tekturka? - jej drobna dłoń wysunęła się na zewnątrz. Podała mi fotografię tak grubo pokrytą kurzem, że widać było tylko niewyraźne zarysy czyjejś głowy. Po chwili jej dłoń znów wysunęła się na zewnątrz, tym razem trzymając śnieżnobiałą chusteczkę. Spod warstwy pyłu wyłoniła się twarz dziecka ułożona w staranny uśmiech. Twarz tego dziecka wydała mi się znajoma.
Nika na dobre znikła w czeluściach piwnicy, a za jakiś czas - nie wiem jak długo to trwało, pół minuty, czy może pół godziny - dało się słyszeć charakterystyczne skrzypnięcie zardzewiałych zawiasów.
Drzwi wejściowe uchyliły się powoli, lecz zamiast zgrabnej główki Niki, wychyliła się zza nich ponura twarz Damiana.
- To znaczy... cały czas byłeś w domu?
Moje pytanie wyraźnie zmieszało Damiana.
- Ja... nie było mnie... to znaczy byłem... nie było mnie, ale jakby byłem... Eee... To znaczy byłem, ale jakby mnie nie było.... Eee... wyszedłem na chwilę i wróciłem tylnymi drzwiami... bo... bo...
Z Damianem najwyraźniej działo się coś dziwnego. Plątał się, jakby ktoś przyłapał go na gorącym uczynku. Dreptał nerwowo w miejscu i gwałtownie obgryzał skórki przy paznokciach, które i tak były w strzępach i na dodatek całkiem pokrwawione. W końcu zamilkł, odwrócił się nieoczekiwanie i bez słowa powędrował do ciemnej izby. A ja za nim.
W środku była już Nika. Siedziała na starym taborecie i spoglądała na Damiana, tak jak to tylko ona potrafi. Uważnie i ciepło zarazem. Damian usiadł naprzeciw niej i cicho, jakby z mozołem, jąkając się i przerywając zaczął coś wyjaśniać.
- Zrozum! Musiałem! Nie miałem innego wyjścia! Ty nawet nie wiesz, co ona mu robiła. Po kąpieli wycierała go ręcznikiem. Ale najbardziej wycierała go tam... - Damian zrobił się całkiem biały. Jego oczy jeszcze zapadły się jeszcze głębiej w ponurą twarz. Wyglądało to tak, jakby jego spojrzenie cofnęło się, wpadło w otchłań. Przez chwilę patrzył tak, jakby patrzył nigdzie. Jakby oślepł. Potem spuścił spojrzenie na swoje krocze - tam... - powtórzył stłumionym szeptem. Mówił powoli, z wysiłkiem, jakby wymiotował - wycierała go bardzo długo, dopóki TO... no wiesz... dopóki TO nie urosło... Ona robiła to specjalnie - Damian zbladł jeszcze bardziej. - I nie wiem, co jeszcze mu robiła. Wiem, że potem zdejmowała ten ręcznik i patrzyła.
Byłem kiedyś u nich. Dzieciak właśnie się kąpał. Wtem zawołał, że chce wyjść. Ona poszła do łazienki. Nie domknęła drzwi. Widziałem tylko jak bierze ręcznik. Natychmiast zamknąłem oczy. Byłem przerażony. Bałem się patrzeć, co będzie dalej.
Najpierw chciałem ją zabić, próbowałem nawet, ale... skończyło się na tym... - wyciągnął rękę, na której widać było kilka świeżych blizn. - A potem pomyślałem, że będzie lepiej, jeśli ukryję dziecko. W bezpiecznym miejscu. Żeby już nigdy więcej nie spotkało go nic złego. Postanowiłem je uratować. Sama widzisz, że to nie było porwanie. Musiałem to zrobić. Dla jego dobra. Uwierz mi! Ma u mnie jak u pana Boga za piecem - w tym miejscu Damian jakby się uspokoił, a nawet nieco ożywił. - Karmię go, czytam książeczki, kupuję... co tylko zechce. Jeszcze nigdy nie miał tylu zabawek. I nie masz pojęcia, jak świetnie się razem bawimy. I tylko... żadnego mycia, żadnych ręczników. Nie chcę, żeby dzieciak musiał do tego wracać, znów przeżywać. Wystarczy mu cierpień.
- Nie obawiasz się, że może czuć się w kryjówce nieco samotny.
Damian popatrzył na Nikę z bezbrzeżnym zdumieniem.
- Jak to? Przecież ma mnie! Mówiłem ci, że świetnie się bawimy! - ostatnie słowa powiedział wyraźnie poirytowanym tonem.
- Damian, skąd masz pewność, że temu dziecku coś się stało? Może ta kobieta wytarła je po prostu.
- Nie, to nie było takie zwykłe wycieranie...
- Skąd wiesz? Przecież zamknąłeś oczy.
Damian milczał przez chwilę. W końcu wrzasnął, aż serce mi podskoczyło. Kto by pomyślał, że umie krzyczeć?
- Nie wierzysz mi! Jesteś taka sama jak wszyscy! Przeciwko mnie! Wiem! Po prostu wiem! Ja wiem jak to jest!
Nika przyglądała mu się w milczeniu. Potem powiedziała cicho:
- To dziecko, które porwa... którym się zaopiekowałeś nie jest chłopcem. To dziewczynka. Nie mogło się jej przytrafić nic takiego. Owszem mogła przeżyć coś złego, coś strasznego, może nawet coś podobnego. Ale na pewno nie to, o czym opowiadałeś.
A więc to on, to Damian porwał dziecko. Zgodnie z nadziejami, oczekiwaniami i „wytycznymi” mieszkańców X. Jakby zrealizował jakąś samospełniającą się przepowiednię. Co za ironia losu. Tyle tylko, że nie zrobił mu nic złego. W każdym razie nie to, co w pewnym momencie przyszło mi do głowy. Inaczej wiedziałby, że dzieciak jest dziewczynką. Więcej, uprowadził to dziecko, żeby je uratować, pomóc, ochronić... Ochronić przed złem, którego nie było.
Więc może jednak jest zbrodniarzem, ponieważ oddał jej swój lęk i teraz ona musi go dźwigać.
Żeby choć przy okazji sam się go pozbył. Nic z tego. Damian oddał swój lęk, lecz lęk nie oddał Damiana. Może na moment? Na tę jedną chwilę, kiedy to Damian wyobraził sobie, że ratuje. Być może na tych kilka sekund lęk się oddalił. Ale przecież zaraz wrócił. I teraz oboje muszą go dźwigać.
Żeby choć pozwoliło to podzielić lęk na pół. Wówczas przynajmniej Damianowi byłoby lżej. Ale stało się na odwrót. Lęk się podwoił. Teraz każde z nich dźwiga cały, a może nawet więcej niż cały, bo musi jeszcze się zajmować lękiem tego drugiego. Dlatego teraz Damian musi cały czas ratować dziecko. Bez ustanku. Tylko to może przynieść mu ulgę. Choć na chwilę. Nika miała rację. Tak jak i Damianowi, nie chodziło nam o dziecko. Raczej o ratowanie. Ulgę. Niełatwo zrezygnować z ulgi. Nawet jeśli miałaby trwać kilka sekund. Niełatwo odstąpić od ratowania.
Było dla mnie całkiem jasne, że Damian będzie się bronił. Moje spojrzenie zatrzymało się na jego twarzy. Skurczonej jak pięść. W tym momencie jej ucisk zdawał się zelżeć. Damian patrzył na Nikę osłupiały:
- To niemożliwe. Ten dzieciak chodzi w spodniach, ma krótkie włosy, gra w nogę...
- Niektóre dziewczynki noszą spodnie i krótkie włosy, a nawet grają w piłkę...
- Ale on wygląda jak chłopiec i ma na imię Nik.
- Bo to jest taka dziewczynka, której wydaje się, że jest chłopcem. A może raczej... wydaje się jej, że to lepiej, fajniej być chłopcem. Naprawdę nazywa się Dominika. Nik to zdrobnienie. Skrót od imienia. Do-mi-NIK-a. Rozumiesz. Mówi w ten sposób o sobie, więc inni też tak na nią wołają. I jeszcze coś. To nie ona boi się ręczników. A w każdym razie nie bała się ich do tej pory. Uratowałeś niewłaściwe dziecko, Damianie.
Twarz Damiana zacisnęła się jeszcze mocniej, tak mocno, że krew zdawała się do niej w ogóle nie dopływać. Wyglądała jak martwa. Zimna, sztywna i nieruchoma. Odrętwiała. Jak dziecko, które Nika zobaczyła kiedyś w swojej głowie.
- Moja głowa - jęknął Damian. - Boli... Zaraz chyba pęknie. Dosyć już. I tak nie słyszę... Tak mnie łupie...
Nika przez chwilę wpatrywała się w milczeniu w białą twarz Damiana.
- Nie jej to zrobiono, lecz TOBIE.
Damian drżał, jego potężne muskuły drgały, a może raczej chwiały się. Zdawało się, że każdy jego mięsień, każde ścięgno znajduje się w jakimś dziwnym nieskoordynowanym ruchu. Jakby zaraz miał się rozpaść.
- To niemożliwe! Tego nie było! Nic takiego nie pamiętam! - Damian chodził nerwowo po pokoju, jakby nie mógł się zdecydować, jaki kierunek wybrać. Jakby chciał się gdzieś schować i nie mógł znaleźć kryjówki. Jakby nie miał dokąd uciec. Szedł przed siebie, po czym nieoczekiwanie zawracał, rozglądał się dookoła niewidzącym wzrokiem. W końcu wybiegł z domu.
Minęła chyba godzina, a może nawet dwie, nim udało się go odnaleźć. Nie uciekł daleko. Siedział w rozlatującej się szopie na tyłach obskurnego podwórka. Nika podeszła do zwalistej skulonej w kącie postaci, objęła go i delikatnie wyjęła z dłoni żyletkę, która właśnie miała zostawić kolejny krwisty ślad na przegubie Damiana. Mężczyzna drgnął jakby to dotknięcie go zabolało.
- To była moja wina - powiedział cicho. - Byłem inny niż wszystkie dzieci. Było we mnie coś takiego... Jakieś zło... Bezwstyd... Coś takiego, co sprawiało, że trzeba było tak ze mną robić. To ja działałem tak na ludzi.. Rozumiesz? Sprowokowałem ją. Zresztą ona nie robiła nic złego. Po prostu była troskliwą opiekunką. Wycierała mnie. To było tylko zwykłe wycieranie.
- To nie było zwykłe wycieranie. To ona chciała tak myśleć i chciała, żebyś i ty w to uwierzył.
- Nieprawda! Ona mnie tylko wycierała. To ja miałem bezwstydne myśli. Przecież to nie jej wina, że miałem takie myśli, że byłem takim bezwstydnikiem. Nie raz mi mówiła: ''Ty świntuchu. Co ty wyrabiasz. Pierwszy raz widzę takie bezwstydne dziecko. Co ci chodzi po głowie, gdy cię wycieram. Obrzydliwiec! ''
- To musiało być przerażające? Sam widzisz, że to była jej wina.
- NIE!!!
- Nie mówię o twojej macosze. Mówię o niej... - Nika wyciągnęła zdjęcie zaginionego dziecka. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że twarz na nim jest niezwykle podobna do twarzy małego chłopca ze starej fotografii, którą moja wspólniczka znalazła w piwnicy. Nika podała Damianowi zdjęcie.
- Mówię o małej Dominice, lub, jak wolisz, o małym Niku. Skoro Nikowi, jak twierdzisz, przytrafiło się to samo, to też musiała być jego wina.
Damian rzucił się w stronę Niki, jakby chciał ją uderzyć. Muskuły stwardniały pod jego skórą, a wszystkie blizny poczerwieniały
- Przecież to tylko dziecko! Nik nie mógł nic zrobić. Nie miał przed nią żadnej ucieczki, bo przecież, prócz niej, nie miał nikogo. Nikt, oprócz niej, nie tulił go, nie mówił czułych słów.
- Drogo musiał za to zapłacić.
Damian rozpłakał się. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek płakał. Nawet jako dziecko.
- To wina tamtej kobiety. Robiła to specjalnie. On nawet nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Myślał, że tak już jest, że tak musi być, że tak właśnie robią wszystkie mamusie, które bardzo kochają swoich synków. Bo ona mówiła, że tak robią tylko najlepsze mamusie. Te które najmocniej kochają. Ale dla niego to było straszne. To przecież tylko dzieciak. Niewinne dziecko. Dlatego musiałem go uratować. Zabrać od tamtej kobiety.
- Masz rację. To tylko dziecko. Jest absolutnie niewinne, jak każde dziecko. To ona jest za wszystko odpowiedzialna. Nie mogłaby tego robić, gdyby nie przerzuciła swojego wstydu i poczucia winny na swoją ofiarę. Dlatego on czuje się winny. Ale to nie jego wina. To cudza wina, którą ktoś mu wepchnął, jak przedmiot, którego jak najprędzej chciał się pozbyć. Jak ogromny, ciężki kamień, z którym bardzo niewygodnie iść przez życie. I odtąd mały skrzywdzony Nik musi dźwigać cudzy, wielki i strasznie ciężki kamień. Zabierz mu go i oddaj właścicielce. Masz rację, musisz uratować dziecko. Zabrać jak najdalej od tamtej kobiety. Ale najpierw dobrze mu się przyjrzyj.
Damian wpatrywał się w zdjęcie przez łzy. Patrzył na nie bardzo długo i w pewnym momencie z samego wnętrza jego potężnego ciała wydobył się jęk, który przerodził się w ryk niemal zwierzęcy.
Zdjęcie, na które patrzył nie było zdjęciem zaginionej Dominiki. To było zdjęcie, które Nika znalazła w piwnicy. Jego własne zdjęcie.
Damian płakał. Płakał tak, jakby siłą wydzierał z siebie ten płacz tak mocno spleciony z jego jelitami, wrośnięty w płuca, wątrobę, serce... Płakał tak jakby wyrywał z siebie wnętrzności.
A potem zaczął wymiotować. Z wysiłkiem, powoli, tak jakby rodził, nie wymiotował.
Kiedy skończył Nika otarła mu łzy białą chusteczką, umyła twarz jak małemu dziecku. A potem wzięła go za rękę i zaprowadziła przed wiszący na ścianie obraz Dominiki Sanders przedstawiający małą czerwoną skuloną kropkę.
- Spójrz! - powiedziała. - Czerwień! Czerwień to gniew. To wściekłość. Ale też siła, pewność siebie i energia. Czerwień to szaleństwo, odwaga i radość. Zmysłowa radość z wszystkiego, co nas otacza. Czerwień to walka. To pulsująca w tętnicach moc. Ciepło, przy którym zawsze możesz się ogrzać.
Spójrz, jak bardzo stłumiona jest czerwień na tym obrazie. Gęsta i lepka. Tak lepka, że skleja powieki, że każdy ruch wymaga ogromnego wysiłku. Czerwień przerażona i drżąca, skulona w kącie. Czerwień, która wypiera się czerwieni.
Już wiesz, co tracisz pozbawiając się gniewu?
Z głębi potężnego ciała Damiana znów wydobył się dźwięk przypominający jęk. Dźwięk ten zaczął drgać zamieniając się w niemal zwierzęce warczenie i gęstnieć. Zdawało się, że za chwilę rozsadzi zniszczone mury domu. Damian zbiegł do piwnicy i wrócił po chwili niosąc jakąś starą, zakurzoną skrzynkę pełną równie starych, nie strawionych zabawek: jakaś piłka, samochodzik, szczątki konika na biegunach... i małe misiaczki przypominające żelki w kształcie kształcie zwierzątek, które można kupić w sklepie ze słodyczami, tyle tylko, że całkiem odbarwione. Widać, że przez lata leżały w wilgotnym, pełnym pleśni miejscu.
Damian wyciągał je ze skrzyni i rozrzucał po podłodze, aż wreszcie znalazł coś czego najwyraźniej szukał. Coś, co było zakryte. Przed nim. Przede mną. Przed Niką? Jak choroba ze snu mojej wspólniczki. Przedmiot owinięty kawałkiem materiału - może skrawkiem starego ręcznika.
Damian zerwał zasłonę i ujrzeliśmy zdjęcie kobiety w ozdobnych ramach. Wypłowiałe i niewyraźne. Jej rysy zdawały się ginąć w otoczeniu bogato rzeźbionych ornamentów. A jednak wyraz tej twarzy sprawił, że mój żołądek skurczył się, a oddech zamilkł na jedną, krótką, króciutką chwilę. Właściwie byłaby to całkiem ładna i miła twarz, gdyby nie pewna sztywność rysów, mechaniczność uśmiechu, który zdawał się być tylko powierzchnią, wyglądem uśmiechu, a nie uśmiechem samym w sobie. Zupełnie jakby kobieta na zdjęciu nauczyła się wykonywać taki właśnie grymas (bo przecież tak robią wszyscy), nie znając jego znaczenia. Do tego starannie ułożona fryzura składająca się z drobnych loczków, które miały zapewne swobodnie spływać wokół policzków, były jednak zbyt mocno skręcone, co sprawiało, że wyglądały jak martwe. I pokolorowane surowe spojrzenie.
Damian spojrzał na obraz, na skuloną drobinkę czerwieni, która zdawała się świecić w ciemnym tle intensywniej niż zwykle. Nabrał powietrza w płuca. Jego skóra zaróżowiła się, a potem poczerwieniała intensywnie, jakby dopiero teraz dotarła do jej powierzchni krew, która dotychczas, zupełnie jak na obrazie, zbita była w maleńką, skuloną drobinkę czerwieni, ukrytą w najciemniejszej części Damiana.
Tak więc Damian poczerwieniał. Uniósł portret wysoko do góry i roztrzaskał go o podłogę z siłą, o którą trudno było podejrzewać nawet jego.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Perwersyjna gra

Dziś Nika zaproponowała mi dość perwersyjną, by nie powiedzieć zboczoną zabawę.
A wszystko zaczęło się od tego, że dowiedziała się o blogu.
TYM BLOGU!!!
W jaki sposób do tego doszło?
Nie mam pojęcia.
Dobrze, że w porę udało mi się zmienić ustawienia prywatności i ukrócić jej wścibstwo.
- Piszesz blog? - spytała, choć przecież doskonale wiedziała, że to robię.
- To tylko takie jakby... notatki ze śledztwa.
- Skoro notatki ze śledztwa... czy nie powinnam ich przeczytać?
- Ale to... takie inne notatki... bardziej osobiste, coś w rodzaju... dziennika, nic ci nie powiedzą.
- Osobiste powiadasz - zamilkła na chwilę. - Wiesz – uśmiechnęła się – miałam kiedyś przyjaciela. Tak się złożyło, że obydwoje pisaliśmy dzienniki. On od dzieciństwa. Ja od wczesnej młodości. Grałam z nim w taką grę... w sumie nie pamiętam, kto pierwszy wpadł na ten pomysł...
- Grę? - przyznam, że zestawienie słów gra i dziennik wzbudziło we mnie pewien niepokój.
- Nazywała się LOSowanie. Trzy pierwsze litery to wersaliki, od LOSU.
- Hmmm... - coraz mniej mi się to podobało.
- Losowaliśmy fragmenty dzienników, otwierając zeszyty na chybił trafił i czytaliśmy je sobie nawzajem. On czytał wylosowany przeze mnie fragment swojego dziennika, a ja czytałam mu fragmenty swojego.
- A jeśli... no wiesz... trafił się fragment... zbyt intymny.
Nika roześmiała się do swoich wspomnień.
- Ze dwa razy wylosował opis swojej masturbacji.
- I co? Przeczytał?
- Tak.
- Nie sadzisz, że to... chore? Taka trochę pornografia emocjonalna?
- Wiesz... - zadumała się, najwyraźniej nie poczuwając się do odpowiedzi - skoro już razem pracujemy i chcemy być skuteczni, to... myślę, że powinniśmy się lepiej poznać.
- Ooo... Co to, to nie. Zapomnij!
Niedoczekanie! Nigdy nie udostępnię jej tego bloga!
- Ależ... nie oczekuję od ciebie... - zamilkła, jakby szukając właściwych słów- chciałam tylko... zaproponować coś lekkiego. Zaraz, zaraz... widziałam tu gdzieś... chyba na szafie... Jest!
Nika wdrapała się na krzesło i ściągnęła zakurzone „Scrablle”.
- Też będziemy losować. Litery. Kto pierwszy?
Odpowiedziało jej milczenie. Skąd do cholery mam wiedzieć, co jest lepsze, emocjonalnie bezpieczniejsze – zaczynać czy kończyć?
- W takim razie zaczynaj – uśmiechnęła się filuternie i ta figlarność w uśmiechu nie bardzo mi się spodobała.
- Nie. Lepiej ty!
- Ok!
Nika zacisnęła oczy. Tak, tak, zacisnęła, nie zamknęła, żeby nie było wątpliwości, że nie podgląda. Jakby od tej dziecinady zależało nasze życie.
- „Es” - oświadczyła tryumfalnie. - Literka „es”. Super! „Es” jak „Scrablle”. Albo jak „super!” - zaczęła się śmiać, jakby udało się jej powiedzieć nadzwyczajny dowcip. - W takim razie zaczynaj!
- Dlaczego ja?
- Ja losowałam. Ty zaczynasz.
- No ale.. co niby mam zaczynać? - ogarnął mnie niepokój, do czego ta głupia zabawa zmierza.
Nika ze śmiechem puknęła się otwartą dłonią w czoło.
- Ale ze mnie gapa. Nie powiedziałam, o co chodzi. To taka gra w zwierzenia.
- W zwierzenia?! Miało być coś lekkiego...
- Musisz powiedzieć mi coś o sobie. Coś czego jeszcze nie wiem. I żeby ta opowieść zaczynała się na „es”.
- Opowieść na literę „es”?
- No... powiedzmy, że tytuł tej opowieści powinien zaczynać się na „es”. W tej chwili tę grę wymyśliłam. Więc wybacz niedoróbki.
- Właśnie wymyśliłaś? No pięknie.
- Albo na „eś” – dodała Nika grzebiąc wśród plastikowych literek – bo zdaje się, że brakuje polskich liter.
Eś, eś, eś... Es, es, es... Co by tu kurwa, wymyślić na „es”, żeby było w miarę bezpieczne, w miarę neutralne?
Jasne!
Spadochrony!
To chyba w miarę bezpieczny temat.
Bezpieczny?
O święta naiwności. Nie przy Nice! Ona wszystko potrafi z człowieka wyciągnąć.
Fakt, na początek grzecznie wysłuchała mojej równie grzecznej opowieści o ciekawym hobby. Ale potem zaczęła drążyć: Co czuję tam w powietrzu? Co mi to daje? Itp., itd. i kukuryku. I co to oznacza, że lubię „odloty”? Nie omieszkała dodać, że spadochroniarstwo bardziej kojarzy jej się ze spadaniem, niż lotem.
- Bo nigdy nie skakałaś. Jest i spadanie i odlot. I to właśnie jest w tym najfajniejsze!
- Ok. W takim razie, powiedz mi jak to jest. Tak, żebym mogła sobie wyobrazić, poczuć. Może też kiedyś spróbuję?
Potem nastąpił kolejny etap analizy moich motywacji związanych w wyborem takiego, a nie innego sposobu spędzania wolnego czasu.
- O rany! Ale ty jesteś upierdliwa. Powiedzmy, że to mi pozwala w bezpieczny sposób doświadczać najgwałtowniejszych nawet emocji.
- Bezpieczny? - zdziwiła się Nika.
- Nie ciągnij mnie za język. Emocjonalnie bezpieczny.
- ???
- W ciszy, samotności, oddaleniu... Czy ja wiem? W chłodzie błękitu... dopiero tam mogę bez obaw roztopić nagromadzone we mnie emocje.
- Wiesz na czym polega paradoks? - spytała Nika po chwili namysłu.
- No?
- Próbujesz rozpuścić uczucia za pomocą błękitów – ruchem głowy wskazała na ukryte w kącie płótno pokryte tysiącami niebieskich kropek. A do tego potrzebna jest czerwień.
- Ja pierdziele, Nika! Daruj sobie te metafory.
- Roztapianie odbywa się w cieple. W chłodzie możesz, co najwyżej uczucia zamrozić.
- Tyle, że u mnie to działa akurat na odwrót. Ze względu na mój zawód. Nasz zawód. Dziwne, że tego nie rozumiesz. Czasem trzeba działać w ekstremalnych sytuacjach. W dodatku skutecznie. Więc nie ma wyjścia. Trzeba, jak to mówisz, zamrażać uczucia. Dopiero potem w bezpiecznych okolicznościach, można sobie pozwolić na ich uwolnienie.
- Boisz się spłonąć?
- Spłonąć he, he... Wygląda na to, że wznosimy się na wyżyny... tak zwanej poezji. Tak. Metaforycznie rzecz ujmując, boję się spłonąć. Tyle, że to nie strach. To instynkt samozachowawczy.
- To nie strach. To lęk – wymądrzyła się Nika.
- Mam dość. Wywnętrzam się już chyba od godziny. Twoja kolej.
- Dobrze... Ja wybrałam tytuł na „eś”.
- Niech będzie. Miejmy to już z głowy.
- Śmierć.
- Co?!
- Bo ja... – głos Niki nieoczekiwanie się załamał – ja już kiedyś... umarłam.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Gorąca, pulsująca czerwień

Rozpacz w pensjonacie. Podobno Sabina miała wypadek. Oczywiście, oficjalnie się o tym nie mówi. Wielka tajemnica. Jak zwykle. Nie mam nawet szans okazać wsparcia, choć współczuję. Fakt, pani Maria nie jest bohaterką mojej bajki, lecz, mimo to, mogę sobie wyobrazić cierpienie matki drżącej o życie swojego dziecka. Nie mówiąc o tym, że jej szalona córeczka, z niewiadomych przyczyn wydaje mi się jakoś... bliska.
Nawet Andżela nie jest specjalnie skłonna do zwierzeń. Wynika to, nie tyle z braku zaufania, co nadmiaru uczuć.
- Podobno miała nawet śmierć kliniczną – wyjaśniła mi zdławionym szeptem.
Broda Andżeli drżała, a usta ułożyły się w charakterystyczny grymas. Widać było, że próbuje stłumić płacz.
- Ale... - mówiła z trudem - nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. Biedne dziecko – Andżela przytuliła mnie mocno, a może raczej... przytuliła się do mnie.
Tak zastała nas Nika. W jej spojrzeniu zdawały się kryć dwie sprzeczne emocje. Zaskoczenie i... jakaś dziwna... pewność. Jakby to, co ujrzała stanowiło kolejne potwierdzenie jej przeczuć.
- Przepraszam! – Andżela rozpłakała się w głos i wybiegła z pokoju. Zza drzwi słychać było, jak powtarza: „Biedne dziecko! Biedne dziecko!”
- Wiedziałam - Nika pokręciła głową – po prostu... wiedziałam.
- Co niby znowu wiedziałaś?! Nic nie wiedziałaś! Zawsze niby wszystko wiesz! – ogarnęła mnie irytacja. –  A chodzi o to, że... Andżela... ona... po prostu... potrzebowała pocieszenia.
Twarz Niki przybrała wzgardliwy wyraz.
- Mówiąc „wiedziałam” miałam na myśli ten wypadek – wyjaśniła zimno. - Miałam sen...
- Tiaaa... zawsze masz jakiś sen.
- Sen, który wszystko zapowiadał – ciągnęła niezrażona, a w jej głosie zabrzmiała nieznana mi nuta... jakaś zimna wściekłość i desperacja. - Śniło mi się, że moje serce całkiem zamarzło. Było jak lód – Nika patrzyła na mnie wyzywająco, jakby opowiadając sen, chciała powiedzieć coś zupełnie innego -  niezdolne do najmniejszego nawet poruszenia. Dopóki nie przyszła do mnie istota, która wyprowadziła moje puste żyły na zewnątrz. Wyrastały z moich z moich przegubów i nadgarstków niczym gałęzie błękitnego drzewa spragnionego świata...
- Chyba światła?
- Świata! – zdenerwowała się Nika. - Powiedziałam świata! - zamilkła na chwilę i dokończyła z wymuszonym spokojem:
- I czerpały zeń gorącą pulsującą czerwień.
- To niby taka metafora przetaczania krwi?
- Kurwa! Słuchasz mnie, czy nie? - wrzasnęła Nika.
Zatkało mnie. Nigdy wcześniej nie używała wulgaryzmów. Nie krzyczała. I jeszcze nigdy nie była aż tak wściekła.
- Jak mówię, że czerwień to czerwień!
- Przepraszam...
- Nie wiesz co to jest czerwień, kurwa mać?! Niby uwielbiasz czerwień, a nie wiesz, co to oznacza?!
Nika zamilkła, jakby zaskoczona własnym wybuchem. Wreszcie ukryła twarz w dłoniach. Przez chwilę tak siedziała próbując opanować wewnętrzne i zewnętrzne drżenie. 
Podniosła głowę i spojrzała na mnie jakby z wielkiej odległości.
- Aż wreszcie lód w sercu się rozpuścił i moje serce też zaczęło pulsować. Emanując ciepło. Ciepło, które wypełniło całe moje ciało.

Nazajutrz kolekcja „skarbów” w szufladzie sekretarzyka wzbogaciła się o jeszcze jeden rekwizyt – tak zwany dren medyczny, czyli, łopatologicznie mówiąc, rurkę do kroplówki.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Ogień i truskawki

 W jadalni było ciepło i przytulnie. Ogień wesoło trzaskał w kominku. Przy stole siedziała Andżela i zajadała truskawki. Skąd ona je wzięła o tej porze roku?! Obfite piersi wylewały się z obcisłego sweterka. Kilka czerwonych kropel kapnęło na jej dekolt, a truskawkowy sok rozmazał się na ustach, jednak Andżela w ogóle się tym nie przejęła. Jadła z takim apetytem, tak intymnie, jakby na całym świecie nie istniało nic prócz truskawek, nic, prócz soczystej, słodkiej czerwieni.
- Może przyjdę później?
- Spoko – uśmiechnęła się Andżela oblizując wargi i wyciągając w moją stronę miseczkę z owocami.
- Prawdę mówiąc... mam pytanie.
- Wal! – wymamrotała władając do ust kolejny soczysty owoc.
- Mówiłaś, że w moim pokoju mieszkała kiedyś pewna artystka...
- Aaa... ta świruska.
- Właśnie. Pamiętasz jej nazwisko? Czy to nie była przypadkiem Dominika Sanders?
Przypadkiem, czy nie przypadkiem, nie pamiętam. Co to ma do rzeczy? Wiem tylko, że z głową miała trochę nie po kolei. Był tu raz u niej taki jeden, świata poza nią nie widział - nie rozumiem, bo ta artystka to nic nadzwyczajnego, podobna do tej chudej, co prowadzi z tobą śledztwo - miły i dobry człowiek. Spodobał by ci się. Niby poczciwiec, ale z werwą. I przystojny. Miał taki śliczny tyłek, że oczu wprost nie mogłam oderwać. Zamknęli się w pokoju, a potem on wyszedł. I łzy miał o oczach. Facet, a płakał. Tak mu zrobiła.

środa, 6 kwietnia 2016

Klucz do rozwiązania zagadki

- Zgadnij, co mnie dzisiaj spotkało! - zawołała podekscytowana Nika i nie czekając na odpowiedź, oświadczyła - Postanowiłam pozwiedzać sobie X i w jednym ze śmietników...
- Zwiedzałaś śmietniki?
- No wiesz, chciałam poznać miasteczko, że tak się wyrażę... od kuchni.
- Od kuchni, czyli od śmietnika?
- Nie łap mnie za słówka! Czasem warto poszperać po śmietnikach. Zobacz co znalazłam. No... nie rób takiej miny. Oczyściłam, zdezynfekowałam i czego tam jeszcze sobie życzysz. Bez obawy możesz wziąć w ręce. Nawet bez jednorazowych rękawiczek.
- Bardzo śmieszne...
- Nie marudź tylko patrz! Naprawdę warto.
Fakt! Było warto. Znaleziskiem okazał się czerwony segregator wypełniony katalogami wystaw niejakiej Dominiki Sanders. Nika wyciągnęła jeden z nich i przewertowała szybko.
- O tu!
Położyła przede mną piękną, kolorową reprodukcję obrazu, który widzieliśmy u Damiana. Było to bez wątpienia to samo dzieło, tyle, że kolory na zdjęciu były żywsze, szczególnie błękit. Widocznie drukarz podciągnął nieco barwy, bo wydawało mu się, że obraz nie powinien robić aż tak przygnębiającego wrażenia.
- Więc jednak to ona jest jego siostrą?
- Co? - spytała Nika roztargnionym głosem.
- No wiesz. Ten obraz... Ten sam, co u Damiana.
- Ach tak! - westchnęła Nika, jakby właśnie ocknęła z snu i w tej chwili stało się dla mnie jasne, że chodziło jej o coś zupełnie innego.
- No tak, ale... ja chciałam pokazać ten drugi obraz, ten na sąsiedniej stronie.
Reprodukcja przedstawiała... Czy ja wiem... Powiedzmy płomień. Płomień, którego źródło znajdowało się poza formatem płótna. Płomień, można by rzec, w pełni rozwinięty. Intensywny, ciepły, by nie powiedzieć gorący. Ale nie groźny. Płomień w pewnym stopniu ułożony. Porządkowała go bardzo staranna, namalowana laserunkowo, delikatna, lecz jednocześnie zdecydowana linia, która kreśliła wokół rozświetlonej czerwieni kontur. Zarys przypominał kształt mocnych, barczystych ramion. A właściwie ich fragment, jakby reszta postaci istniała gdzieś poza „kadrem”. Płomień zdawał się delikatnie przenikać granice konturu, tworząc wokół niego subtelną poświatę, nakładającą się na bogate, zarówno pod względem faktury jak i koloru, tło.
- Ten obraz to klucz do rozwiązania naszej zagadki – oznajmiła Nika.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

W jaskini bestii

Nie uwierzycie, ale... wizyta u Damiana zaliczona!!! Tak! Tak! Zaskoczeni! Cóż mnie też, przy okazji tego wydarzenia, spotkało parę zaskoczeń. Przede wszystkim, nie bardzo chciało mi się uwierzyć, że „bestia” ot tak po prostu wpuści nas do domu. Tylko dlatego, że zapukamy do drzwi. W mojej głowie powstało przynajmniej kilkanaście awaryjnych planów, wyjść B, C, D i... Z, które o dziwo(!) okazały się zbędne.
Przyznam, że zrobiło mi się naprawdę nieswojo, kiedy to miasteczkowe monstrum przez ledwo uchylone drzwi zaprosiło nas do środka. Jeżeli w ogóle tych kilka pomruków, jakie z siebie wydobył można nazwać zaproszeniem. Na samą myśl, że właśnie znajduję się w miejscu, w którym od lat nie bywał nikt, prócz głównego lokatora, ogarnął mnie jakiś dziwny, nieokreślony niepokój.
A zaraz potem zachciało mi się wymiotować.
To przez ten zapach. Piwniczna woń przesiąknięta odorem zgnilizny, pleśni i butwiejących szmat. Smród nie mytego ciała i nigdy nie pranych, przepoconych ubrań. Jak gdyby kwintesencja tej delikatnej, ledwo wyczuwalnej woni przenikającej atmosferę miasteczka.
I żadnych innych bodźców poza tym odorem, ponieważ w „jaskini Damiana” było tak ciemno, że funkcjonował w niej wyłącznie zmysł węchu.
Dopiero po chwili, gdy moje oczy przyzwyczaiły się do panującego tam mroku, udało mi się dostrzec majaczące wśród kurzu i ciemności kształty porozrzucanych w bezładzie sprzętów.
W kącie stało płótno odwrócone malowidłem do ściany. Nika przeniosła je w pobliże okna i prowizorycznie oczyściła z grubej warstwy kurzu i pajęczyn. Promienie słońca z trudem przenikały przez brudne szyby ledwie oświetlając obraz.
W samym centrum pustej płaszczyzny widniała mała, intensywnie czerwona plamka, niczym drobny, skulony płomyk. Wokół niej rozpościerał się obszar przeraźliwie sinego błękitu otoczony grubą, czarną krechą, która nic nie przepuszcza na zewnątrz. A wokół tej czarnej, nieprzekraczalnej granicy... nawet nie wiem jak to określić... było białe... nieznajome, po prostu fragment płótna pokryty farbą w ten sposób, jakby ktoś malował ścianę, nie obraz. Bez tych wszystkich drgnięć, impastów, śladów pędzla, które ożywiały śmiercionośny chłód sino-błękitnej szarości zamkniętej czarną kreską.
- To mój autoportret – oznajmił nieoczekiwanie Damian.
Zaskoczyło mnie to wyznanie.
- Naprawdę? Więc... ty malujesz?
- Niezupełnie. Ten obraz namalowała moja siostra.
Informacja ta zdumiała mnie jeszcze bardziej. Zawsze zdawało mi się, że Damian jest jedynakiem.
- Masz siostrę? Pierwszy raz słyszę. A więc... to autoportret twojej siostry? Czy może twój portret przez nią namalowany?
Damian nie odpowiedział na pytanie. Spojrzał na mnie tak, jakby w ogóle go nie zrozumiał.
- Portret - wyszeptała Nika patrząc mi w oczy. - Portret – powtórzyła. - To był naprawdę genialny pomysł z tymi portretami.

środa, 16 marca 2016

Czerwone oko

Dziś wieczorem jakieś piekielne charczenie pod drzwiami.
Wyglądam przez judasza, a tam... okrągłe, czerwono oko spoglądające na mnie z mroku.  
Kurwa, co jest grane?!
To tylko Cerber. Z świecącą na czerwono źrenicą w niebieskiej tęczówce.
Chodź piesku. Dobrze, że jesteś.

sobota, 5 marca 2016

JEST!

Przyjechała z samego rana i pierwsze kroki skierowała do mojej biuro-sypialni.
Siedzę sobie przy porannej kawie i przeglądam notatki próbując skonstruować choćby szkic psychologicznego portretu sprawcy, lecz różne niewesołe myśli, które tłuką się po mojej głowie, skutecznie mi to uniemożliwiają.
I nagle pukanie do drzwi, choć zdawało mi się, że już nikt w miasteczku nie chce ze mną gadać. A za drzwiami obiekt moich wkurwień we własnej osobie.
Na jedną króciutką chwilę odebrało mi mowę. Muszę przyznać, że trudno mi było połączyć tę delikatną istotę, która stała przede mną uśmiechając się ciepło z wyobrażeniem, które powstało w mojej głowie. Jej kruchość, miękkość, jakaś dziwna zwiewność i dziecięcy urok zupełnie nie pasowały do stworzonego przeze mnie wizerunku. Doprawdy, brakowało tylko cienkich warkoczyków. Z pewnością nie wyglądała na oszustkę, a na wariatkę miała zbyt przytomny wyraz twarzy.
- Nika – przedstawiła się wyciągając do mnie drobną dłoń z poobgryzanymi skórkami przy paznokciach. - A to co za cudo? - spytała ni z tego ni z owego przenosząc spojrzenie na sekretarzyk – Obstawiam początek dziewiętnastego wieku. - Jej wzrok omiótł pokój i zatrzymał się na blejtramach wciśniętych w kąt pokoju:
- O, puste płótno.
Fakt, jakoś w tym X niczego nie udało mi się namalować.
Po tych słowach powinien paść tekst typu: „Ja też interesuję się impresjonizmem.” albo „Specjalizujesz się w pejzażach czy raczej w martwych naturach? Bo człowieka to chyba najtrudniej namalować?” albo inny pseudo artystowski komentarz. To najczęstsza reakcja na moje hobby. Ale nic z tych rzeczy.
- Jakie to buddyjskie – uśmiechnęła się Nika.
Tiaaa... cholernie zen! Wygląda na to, że mam w głowie kompletną pustkę! Istne satori! – tak mniej więcej mogłaby brzmieć riposta. Mogłaby, bo tego typu błyskotliwe komentarze zawsze przychodzą do głowy po fakcie. Może z powodu mojego he, he... pustogłowia. Tym razem więc Nice zostało oszczędzone zapoznanie się z sarkastyczną stroną mojej osobowości. Mogła za to bez przeszkód szwendać się po mojej prywatnej przestrzeni, co zazwyczaj cholernie mnie wkurza. Tym razem, o dziwo nie. Może zaskoczenie jej najściem było zbyt duże.
Tymczasem nowo zapoznana „znachorka od spraw kryminalnych” zacumowała rozradowany wzrok na czerwonym flakoniku, który stał na półce, dokładnie w tym samym miejscu, w którym postawiła go Andżela.
- Uwielbiam czerwień - oświadczyła. – Można? - spytała i nie czekając na odpowiedź otworzyła buteleczkę. - Cudo! - westchnęła. – Perfumy o zapachu ognia. Moje ulubione - wtarła kilka kropel za uchem, na linii włosów puszystych jak mgła i opadła na niewiarygodnie wygodny fotel w prążki, który zawsze odbierał mi chęć do pracy. W pokoju rozszedł się zapach ogniska, a może raczej kominka. Zdawało mi się nawet, że zrobiło się w nim nieco cieplej.
- To taki jakby – roześmiała się - suplement emocji.
Suplement emocji? Słowa Niki wywołały w mojej głowie kuriozalny obraz. Półeczka pełna różnokolorowych buteleczek z parafarmaceutykami, a na każdej z nich osobliwa etykieta np.: „Cumplix - suplement bliskości. Preparat nie może być stosowany jako substytut zróżnicowanych relacji lub zdrowego życia emocjonalnego”; “Wcurwix – suplement złości”.
Co ona pierdzieli? W moje nienaturalne oczarowanie gościem ponownie wkradł się element nieufności. Dopóki Nika nie zaskoczyła mnie ponownie.
- Portret? To świetny pomysł! - oznajmiła pełnym entuzjazmu głosem
Skąd do cholery wiedziała nad czym aktualnie pracuję?
- Czy nie sądzisz, że warto połączyć siły. To naprawdę skomplikowana sprawa.
I nie wiem, czy na całym świecie znalazłaby się choć jedna osoba, która byłaby w stanie jej odmówić.

czwartek, 3 marca 2016

Malarskie zazen dla początkujących


 Wmojej biuro-sypialni pojawił się nowy mebel. Sztalugi. Do tego pudełko z farbami i kilka pięknie zagruntowanych, nieskazitelnie białych płócien. Malarstwo to moje lekarstwo na stres. Dlatego w dłuższą podróż zawsze zabieram podstawowy malarski zestaw. No ale wyjazd do X planowany był na kilka dni. Kto mógł przewidzieć?
Wygląda jednak na to, że nie mam innego wyjścia, jak się tu zadomowić.
No, chyba, że przyjedzie pierdolona Nika i mnie stąd wypierdoli.
Wracając do mojej antystresowej kuracji. Uprawiam, że tak się wyrażę, abstrakcyjny puentylizm. Bardzo polecam! Zapełniam przestrzeń milionami kolorowych, odpowiednio zestawionych kropek, które układają się w otwarte, abstrakcyjne kompozycje. Jeśli potrzebuję energetycznego kopa stosuję kolory dopełniające np. zieleń i czerwień – nic mnie tak nie spiduje, jak pulsujący rytm, który dzięki takim zestawieniom powstaje.
Gdy, wręcz przeciwnie, chcę się wyciszyć, maluję monochromatyczne kompozycje.
Najważniejszy - z mojego oczywiście punktu widzenia, bo przecież nie z punktu widzenia odbiorcy (swoich obrazów i tak nikomu nie pokazuję) - jest sam proces. Malując, liczę kolorowe punkciki od jednego do dziesięciu.
Potem od nowa.
I od nowa.
I od nowa...
Takie malarskie zazen dla początkujących. Tyle, że zamiast oddechów liczę kropki. Nie wiem, co prawda, czy taka „medytacja” pozwoli mi kiedykolwiek osiągnąć satori, ale na mały wewnętrzny odlocik zazwyczaj mogę liczyć!
Lubię też odloty w bardziej dosłownym znaczeniu. Moim kolejnym lekarstwem na stres są skoki ze spadochronem. Może to paradoks, ale właśnie w powietrzu, ponad wszystkimi zdarzeniami, w chłodnej (w sensie dosłownym i kolorystycznym) przestrzeni, najłatwiej doświadczam tego szczególnego przypływu ciepła - uczucia, które nazywam „stanem czerwieni”. Uwielbiam, gdy pulsująca czerwień wypełnia moje ciało. Ale jest to zbyt intymne doświadczenie, aby przeżywać je w tłumie. Zazwyczaj nawet dwie osoby to za dużo. W ogóle, chyba trudno przeżywać ten stan w kontakcie - przynajmniej dla mnie jest to trudne - może dlatego najłatwiej osiągam go wysoko, ponad światem.
Wyjątkiem jest seks. Seks niewątpliwie odbywa się w kontakcie i też daje kopa.
No, ale póki jestem w X mogę zapomnieć o skokach.
O seksie chyba też.

poniedziałek, 22 lutego 2016

"Delegowany" na zbrodniarza


źródło: https://twinpeaksarchives.wordpress.com/2013/07/03/twin-peaks-bob-wanted-poster/

Pisanie przerwała mi Andżela, która przyszła na ploteczki.
Lubię ją. Nawet bardzo. Ale jak tak dalej pójdzie, to nawet tu, w pensjonacie, nie znajdę spokoju.
To właśnie skutek uboczny wchodzenia we wszelkiego rodzaju relacje. Człowiek potem nie może się skupić na ważnych
sprawach.

Wracając do Damiana. Nawet jego fizjonomia budzi podejrzenia. Nie wspominając o trybie życia. Bo, kto to widział, by całymi tygodniami, ba! miesiącami nie wychodzić z domu. Tu, w każdym razie, jest to wystarczający powód, by snuć niekończące się domysły na temat tego, co Damian robi, kiedy go nie widać.
Dom, zresztą, też jest „podejrzany”. „Jaskinia Damiana”. Tylko tak się tu o nim mówi. Trudno uwierzyć, że za życia jego matki - właściwie macochy (mama Damiana zmarła tuż po jego urodzeniu) - był to jeden z najlepiej utrzymanych budynków w mieście. Lśnił perfekcyjną wprost czystością.
Tak. Dopóki żyła pani M. wszystko przedstawiało się zupełnie inaczej. Nie pamiętam jej dobrze, ale wiem, że ludzie zwykli powtarzać na jej temat taką oto formułkę: ''To dobra kobieta''. O tak! Wszyscy ją tu szanowali. Nie opuściła żadnej mszy, wspierała finansowo tutejszą parafię, angażowała się w życie społeczne. Była schludna, czysta i opanowana. Całkowite przeciwieństwo Damiana, którego przypadek był potwierdzeniem popularnej w X teorii, że w najlepszej rodzinie może trafić się czarna owca.
Ludzie dużo tu o tym mówili. Szczególnie, gdy zaczęły się problemy: ucieczki z domu, pijaństwa i narkotyki, pierwsze wizyty policji w małym, schludnym domku.
- W dzisiejszych czasach wszystko zwala się na wychowanie, że to niby rodzice są winni jeżeli z dziećmi są problemy - zwykła mawiać pewna sąsiadka - ale popatrzcie na Damiana. Cała rodzina porządna. Żadnego pijaństwa, żadnych awantur. Pani M. przyjęła go jak własnego, stara się jak może. Zawsze czysty, zaopiekowany, porządnie ubrany. Do najlepszych szkół, do najlepszych lekarzy go wozi, ręki nigdy na niego nie podniosła, złego słowa nie powiedziała, ciągle tylko serduszko, kochanie... I co? Jaka wdzięczność za jej starania? Teraz serce jej pęka, gdy widzi, co się z nim dzieje. Ten chłopak do grobu ją wpędzi.
I rzeczywiście, kiedy zmarła, wszyscy obwiniali o jej śmierć Damiana, że to przez niego, ze zgryzoty, choć była panią w mocno podeszłym wieku, więc jej odejście nikogo nie powinno było dziwić.
Niektórzy nawet podszeptywali, że to Damian ją zamordował.
Kiedy zabrakło gospodyni domek zaczął zarastać brudem, kurzem i pleśnią. A wraz z nim zarastał brudem Damian, który zaszył się w jego wnętrzu, zaciągnął zasłony i trwał tak, nie dopuszczając do siebie ani ludzi ani słonecznego światła. Potrafił całymi godzinami siedzieć bez ruchu w jednym miejscu, cały napięty, jakby to siedzenie wymagało od niego ogromnego wysiłku. Lub jakby się czaił do skoku. I wszyscy czekali na ten skok. Z niepokojem i nadzieją, bo wreszcie znalazłby się powód, by zrobić z nim porządek. A tu nic! Wciąż nic!
Co pewien czas wynurzał się z „jaskini”, by uzupełnić zapasy jedzenia. Mrużył nienawykłe do światła oczy i z wysiłkiem, ostrożnie jak zwierzę przewiezione nagle i wbrew swojej woli w obce środowisko, przenosił swoje ogromne, przykurczone cielsko wąskimi uliczkami X prosto do sklepu pana Brandta.
Jego potężne, muskularne ciało naznaczone było licznymi śladami autoagresji, a skóra wyglądała jak mapa, na której można było śledzić rozwój jego nienawiści do siebie. Sznyty i tatuaże pokrywały niemal każdy jej centymetr. Miała blado szary odcień, tylko na policzkach, brodzie i nosie odcinały się intensywną czerwienią jaskrawe rumieńce, które dziwnie kontrastowały z resztą twarzy. Jego oczy skryte były głęboko w ponurej twarzy, a wąskie usta wyglądały jak sklejone ze sobą. Patrząc na jego twarz, szczególnie na te zaciśnięte usta, miało się wrażenie, że Damian wciąż się wysila, żeby nie zwymiotować.
Damian nie lubił mówić, a kiedy się zdenerwował, nie robił nic, tylko mocniej zaciskał pięści, które i tak zawsze były zamknięte, jakby kurczowo się czegoś trzymał. Grdyka podchodziła mu wówczas do góry, lecz on natychmiast ją spychał i znów to samo, do góry i do dołu, do góry i do dołu... Ta latająca grdyka i mocniej niż zwykle zaciśnięte pięści, to były jedyne oznaki, po których można było rozpoznać, że coś go porusza.
Wszyscy, którym dane było go spotkać podczas jednej z tych jego, nielicznych wędrówek, milkli i spuszczali, bądź odwracali wzrok, starając się jednak kątem oka obserwować to monstrum, przerażające stworzenie nie z tego świata, nasycić nim swoje oczy. Potem zaś, gdy znikał za najbliższym rogiem, używali sobie na nim ile wlezie, dopóki znów nie zagrzebał się w swoim brudnym, butwiejącym domku, jak chore zwierzę w norze.
Damian taki już jest. Aż się prosi (to jedno z ulubionych w X określeń np. „sam się o prosił”, „po prostu prosiłeś się o klapsa”), żeby go oskarżyć. I prawdę mówiąc wszyscy tego ode mnie oczekują. Patrzą na mnie w ponurym milczeniu, dziwiąc się czemu zwlekam.
Czasami mam wrażenie, że tylko o to im chodzi. O to, by raz a dobrze załatwić „problem Damiana”. Pozbyć się go na zawsze, gdyż on ze swoim gnijącym domem zbyt jaskrawo zakłóca wizerunek miasteczka.
Być może tylko po to mnie wezwano. Nie dla śledztwa, lecz niejako przy okazji śledztwa. Trudno jednak wsadzić kogoś za kratki tylko dlatego, że wygląda na przestępcę, choć, przyznam, byłoby to niezwykle wygodne rozwiązanie. Również dla mnie. Mnie jednak chodzi o prawdę. I chcę ją poznać niezależnie od kosztów, jakie mi przyjdzie za to zapłacić.

sobota, 13 lutego 2016

Czerwień

Wieczorem Andżela przyniosła mi flakonik z barwionego na czerwono szkła. Z jakimiś perfumami?
- Wypróbuj! W reklamie powiedzieli, że... no wiesz... – puściła do mnie oczko – rozpala zmysły!
Odbiło jej!!! Sama jest świruską!
Ale sympatyczną.

wtorek, 9 lutego 2016

WIELKA RZECZ!!!

Plan był taki – zakładam blog, a jeśli zdarzy się coś naprawdę ważnego, coś SPEKTAKULARNEGO, coś co uczyni moją fantastycznie rozwijającą się karierę jeszcze bardziej fantastyczną i rozwijającą się jeszcze lepiej -  robię pierwszy wpis. A potem...
Potem opisuję wszystko krok po kroku, trop po tropie... jak najdokładniej. Na tyle oczywiście, na ile to możliwe w mojej dość specyficznej sytuacji. Żeby tym razem nic się nie spieprzyło, żeby doprowadzić tę SPEKTAKULARNĄ RZECZ do szczęśliwego i nie mniej SPEKTAKULARNEGO finału.
I właśnie... STAŁO SIĘ!!!
Robię więc obiecany pierwszy wpis, bo wiem, że TO jest TO!, że TAKA SZANSA już się nie powtórzy!!!

P.S. No dobrze, moja kariera nie przebiegała - zwłaszcza ostatnio - tak wystrzałowo, jak można by wywnioskować z tego, co zostało powyżej napisane.
Ale teraz to się zmieni!!! Koniec obaw, że resztę życia spędzę na podglądaniu niewiernych małżonków lub kojeniu obsesyjnych lęków nadopiekuńczych mateczek, które nie potrafią odpuścić kontroli nad dorastającą latoroślą. Albo co gorsza poszukiwaniu zaginionych... psów. Tak, tak, tego typu „prestiżowe fuchy” też się trafiały w mojej znakomitej karierze. Cóż, trudno odmówić stałej klientce popadającej w depresję po stracie pupila. Fakt, można na takich zleceniach zarobić i to całkiem nieźle, czasem nawet lepiej niż nieźle - zwłaszcza na psie, babeczka zapłaciła lepiej niż za męża - wszystko zależy od poziomu paranoi i zasobności portfela zleceniodawcy. Jednak perspektywa dużej kasy to zbyt mało, by doświadczyć tego szczególnego uczucia, które pojawia się wyłącznie w chwilach prawdziwego zagrożenia. Nie żeby zaraz pchać się w sam środek ognia. Wystarczy zbliżyć się na tyle, by poczuć ciepło podpełzającej pod stopy czerwieni, a wraz z nim charakterystyczny przypływ energii. Uwielbiam ten stan. Jedna taka chwila warta jest więcej niż lata sytej, lecz bezbarwnej egzystencji strawionej na śledzeniu psów (swoją droga, to zabawne – tropić psa, czyli zwierzę tropiące), zbuntowanych nastolatków lub potencjalnie nielojalnych małżonków.
Wygląda jednak na to, że dni i tygodnie spędzone na wysłuchiwaniu paranoicznych podejrzeń oraz niczym nie uzasadnionych kwękań i smęceń nie poszły na marne. Jedna z moich klientek, perfekcyjna businesswoman, która w wyniku żmudnego i niezwykle kosztownego śledztwa otrzymała niepodważalne dowody na wierność swojego nieudacznego małżonka (Certyfikat Wierności, jak ja to nazywam), chyba przez wdzięczność, przyniosła mi ZLECENIE!!!
TO ZLECENIE!!!
Będzie i wielka kasa, i wielka sława, i wielka przygoda!!!
Już teraz czuję wypełniającą żyły, gorącą, pulsującą czerwień!

Szczegóły jutro. Dziś będę świętować!!! W tej chwili i tak nie mogę się skupić. Trzeba trochę schłodzić emocje, a świętowanie to jeden z najprzyjemniejszych i najbardziej skutecznych sposobów. Cudowne i pożyteczne, jak powiadał pewien psychoanalityk, choć raczej nie miał na myśli imprezowania.