motto:

"Tutaj wszystko pochodzi z wnętrza. Musi się zacząć głęboko w środku, a potem rozrastać się i rozrastać. Wtedy naprawdę zachodzą zmiany."

David Lynch "W Pogoni Za Wielką Rybą"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WIELKA RZECZ!!!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WIELKA RZECZ!!!. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 maja 2016

Wracam do Miasta

Aha, jestem po rozmowie z Klientką. Już wie, że wracam do Miasta. Ale tylko po to, by zakończyć śledztwo z X. Dopiero potem mogę się zająć jej zleceniem.
Czy zaakceptowała moja decyzję?
Nie wiem.
Był to raczej monolog niż rozmowa.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Gra na zawłokę

Andżela przyniosła odpowiedź od Klientki. Trudno w to uwierzyć, ale... MAM SZANSĘ! Oczywiście warunki zatrudnienia są mniej korzystne, niż na początku. Jednak wciąż jest to bardzo interesująca propozycja. Tylko... dlaczego kurwa akurat teraz, kiedy jesteśmy dosłownie o krok od rozwiązania zagadki?! I co ja zrobię z Cerberem?
Będę grać na zwłokę. Zawsze można przecież rżnąć głupa, że list nie doszedł, poczta nawaliła itp. Nie lubię tego i taj jak bohaterka „Dwóch spotkań z diabłem” brzydzę się kłamstwem. Czy mam jednak inne wyjście? Nie odpuszczę przecież śledztwa w takim momencie!

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Cholerne ćpuny!

Jakby mało było ostatnio paranoicznych sytuacji, dziś rano przytrafiła się kolejna. Pani Maria w odpowiedzi na moje „dzień dobry” chwyciła mnie za rękę i zaczęła krzyczeć:
- Pokaż żyły! Przecież widzę, że pokłute! To wszystko przez was!!! Cholerne ćpuny!!!
I wiecie co się wtedy stało?! Z głębi korytarza wyłonił się Cerber/Kajtuś/Czebrzyk i z groźnym pomrukiem ruszył w stronę pani Marii. Bronił mnie. Dosłownie w ostatniej chwili udało mi się chwycić za obrożę. Inaczej... Nie wiem jak to mogłoby się skończyć.

O jednym tylko marzę. Wyrwać się z tej paranoi! A Klientka wciąż milczy.

poniedziałek, 14 marca 2016

Klientko mojego życia!!!

Czekam na odpowiedź od Klientki. Klientki Mojego Życia. Tej od Wielkiego Zlecenia. Mam nadzieję, że da mi jeszcze jedną szansę. Kilka dni temu Andżela, w moim imieniu, wysłała do niej list przy okazji wizyty w sąsiednim miasteczku. Klientka nie odbiera telefonów, maili, itp., więc to jedyna dostępna w tej chwili forma kontaktu.
Oczywiście wszystko odbyło się w wielkiej tajemnicy. Również przed Niką. Dlatego miejscowa poczta nie wchodziła w grę - w X niczego nie da się ukryć (prócz oczywiście zaginionego dziecka). Z kolei wyjazd z X, nawet najkrótszy, z pewnością  wzbudziłby zainteresowanie mej dociekliwej (na swój sposób) wspólniczki.
Andżela, choć z pozoru wydaje się trochę szalona, jest tu jedyną osobą, której mogę zaufać. Oczywiście Nice też niby ufam, ale co z tego, skoro to zaufanie zawsze sprowadza mnie na manowce. Tak, tak... wierzę, że Nika chce dobrze, ale dobrymi chęciami he, he... Hades (a właściwie Tartar) wybrukowany.

piątek, 26 lutego 2016

GŁUPIO!

Bywalcy sklepu pana Brandta mają kolejny temat do plotek. Moje wyczyny w lokalnej knajpie.
Na usprawiedliwienie mogę napisać, że chodzi o feralną noc po otrzymaniu wiadomości od Wspólnika.
Pierdolę to!
Nie mam chyba nawet innego wyjścia.

środa, 24 lutego 2016

KONIEC

 I CHUJ!
Wielkie Zlecenie poszło się jebać!
Wspólnik przesłał właśnie wiadomość, że Klientka przekazała mu sprawę.
Kurwa! Kto by pomyślał, że baba okaże się tak niecierpliwa! Mogła poczekać jeszcze kilka dni. Świat by się nie zawalił.
Na „osłodę” dodał, to znaczy wspólnik, w jakiej części ciała i jak głęboko mnie ma i że nie spodziewał się po mnie takiego braku odpowiedzialności.
I ja też mam go w dupie!
Pierdolę ich!
Historia, którą się w X zajmuję jest o wiele ciekawsza. Jeśli odpowiednio ją naświetlić można zrobić sobie niezły pi-ar.
Choć kasy to z tego raczej nie będzie.

piątek, 19 lutego 2016

Jeszcze tylko dzień...

Klientka wkurwiona, czego od dawna można było się spodziewać. Wspólnik też. Jeszcze dzień lub dwa i wracam. Niezależnie od efektów. Bo moje wielkie, międzynarodowe ZLECENIE szlag trafi.

środa, 17 lutego 2016

Kawa i pączki

Wszystko wydaje się łatwe, dopóki nie okaże się trudne. Haruję jak Michał Anioł przy Kaplicy Sykstyńskiej, a mimo to, by pozostać przy malarskich metaforach, wciąż jestem na etapie szykowania gruntu pod malowidło.
Po upierdliwych zazwyczaj czynnościach (zbieranie materiałów, grzebanie w archiwach, itp, itd.) wracam do pensjonatu, jedynego miejsca, w którym mogę bez przeszkód, bez tego wszechobecnego w X dziamgotania na temat rozmaitych pierdół (niechęć pani Marii ma jednak dobre strony, przynajmniej ona nie zawraca mi dupy) zanurzyć się w samotność, w tę, jak to kiedyś określił mój Klient-Poeta „muszlę z pancernego szkła, wędrowny dom, przejrzystą macicę” i w spokoju ducha przetrawiać wydarzenia pracowitego dnia, oddzielając ziarno od plew, fakty od emocji. Z mizernym zazwyczaj skutkiem.
Inna rzecz, że pomocy znikąd. Chwilami mam wrażenie, że drodzy rodacy wręcz utrudniają prowadzenie śledztwa.
Któż więc, do cholery, napisał ten list?!
Owszem, oczekują, że rozwiążę sprawę. Nie robią jednak nic, by to ułatwić.
Snuję się od domu do domu, wypijam hektolitry kaw i herbat, pochłaniam tony szarlotek, pączków i placków z wiśniami i przeprowadzam setki rozmów, które niczego nie wnoszą.
Wszyscy są nadzwyczaj sympatyczni: z łezką w oku wspominają dawne czasy, a zwłaszcza jakie to ze mnie było miłe dziecko, zanim to całą rodziną wyprowadziliśmy się z miasteczka. Wygłaszają laurki na temat moich głośnych (nawet TU!) sukcesów, dodając przy tym, jak bardzo na mnie liczą. I na tym koniec.
Zero konkretnych informacji.
Jakaś zmowa milczenia, czy co?!
Czasem mam wrażenie, że to zemsta za naszą „zdradę”, bo „jak można było się stąd wyprowadzić?!”, „wszak  nasze X to najcudniejsze miejsce na świecie!”.
Wspólnik zaczyna się niecierpliwić. A ja na, wszelki wypadek, nie liczę czasu, który upłynął od wyjazdu z Miasta.
Jeszcze tylko dzień lub dwa.
Byle znaleźć punkt zaczepienia.

niedziela, 14 lutego 2016

Proustowskie frykasy

źródło: http://www.secondactive.com/2009/08/mindfulness-exercise-read-marcel-proust.html

Jeden z moich dawnych klientów (średniej klasy poeta, wielkiej klasy businessman) wróciwszy z sentymentalnej podróży do miejscowości, w której dorastał, przez pół dnia opowiadał mi o wglądach, olśnieniach i zadziwieniach, których tam doświadczył, nie zważając na to, że marnuje czas przeznaczony na omawianie sprawy. Cóż, jego pieniądze, jego wybór. Czasem mam wrażenie, że niektórzy mylą śledztwo z psychoanalizą. Przeczytał mi nawet wiersz napisany pod wpływem tej wizyty, dość zręcznie, muszę przyznać, spuentowany: bo w tamtych czasach świat był mniejszy, lecz za to podwórko większe.
Otóż, jeżeli o mnie chodzi, nic z tych rzeczy - żadnych olśnień, wglądów, zero sentymentalnych puent i ckliwych refleksji na temat rozmiarów tutejszych podwórek, zero otwierających pamięć „magdalenek” i innych proustowskich frykasów, choć dobrotliwe mieszkanki X z uporem podtykają mi wypieki, które jadało się tu powszechnie w czasach mojego dzieciństwa, jakby w nadziei, że wreszcie załapię.
Skąd moja nienaturalna w tych okolicznościach obojętność?
Może stąd, że od chwili przyjazdu doświadczam świata trochę mgliście, jakby ten, wspomniany już tutaj podskórny niepokój upośledził mój aparat odbioru. Jakby nadmiar zalewających mnie z zewnątrz emocji: wszystkie te ochy, achy, dobrotliwe, lecz nietaktowne wycieczki w stronę osobistego życia, zmatowiły „szybę”, którą zwykle (na czas śledztwa) stawiam między sobą a światem, aby zapewnić sobie niezbędną do pracy czystość umysłu.
A może mój osobliwy nastrój to raczej reakcja na dziwną powściągliwości kumoszek-karmicielek i dobrotliwych wąsatych komentatorów spod sklepu pana Brandta w sprawie śledztwa. Wyciągnięcie od nich jakichkolwiek informacji to prawdziwa orka na ugorze. Więc w orzę w pocie czoła.

P.S. Swoją drogą chyba nic się strasznego nie stanie, jeśli zdradzę, że sprawa dotyczy zaginięcia/porwania. Nie wiem czemu robię to dopiero teraz. Najwyraźniej udzieliła mi się powszechna w X paranoja, żeby z wszystkiego robić tajemnicę.
- Lepiej nic nie mówić - jak wyjaśniła mi jedna z kokoszek-kumoszek - bo ludzie wezmą nas na języki.
Jacy ludzie?! W X i tak wszyscy wiedzą.
I jak kogoś znaleźć, skoro ukrywa się fakt, że ten KTOŚ zaginął?

Z tego wszystkiego pobyt w X troszkę się przedłuży. No ale jeszcze dwa, trzy dni i spadam, bo Klientka Mego Życia śle do mnie każdego dnia uprzejme zapytania.

czwartek, 11 lutego 2016

Tylko na chwilę!

Ok! Zajrzę tam. Dosłownie na chwilę. W końcu przed takim ZLECENIEM należy mi się chwila oddechu. Zwłaszcza, że roboty ostatnio nie brakowało. Rozejrzę się i najwyżej kogoś im podeślę. Tymczasem mój Wspólnik zbierze materiały i za kilka dni, po powrocie z urlopu, biorę się do roboty.

środa, 10 lutego 2016

Listonosz


Uff... po takiej nocy trudno zabrać się do roboty, najbardziej nawet ekscytującej. A jednak z samego rana, około godziny dwunastej (niektórzy twierdzą, że to południe) udało mi się zasiąść w fotelu z filiżanką czarnej kawy w jednej i plikiem dokumentów w drugiej ręce.
I właśnie wtedy ktoś zadzwonił do drzwi.
Listonosz.
Dziwne, bo to nie był polecony. Zwykła przesyłka, którą można po prostu wrzucić do skrzynki. Tyle, że wysłana priorytetem.
Listonosz, dziwny gość z nienaturalnie pociągłą (jak na obrazach Modiglianiego), czerwoną twarzą i sznytami na nadgarstku podał mi kopertę, a potem przez kilka chwil stał i patrzył na mnie w milczeniu. Aż zrobiło mi się nieswojo. Wreszcie westchnął, spojrzał na swoje niedoczyszczone buty, potem znów na mnie i wyszeptał:
- Taka delikatna twarz, można by rzec... buzia.
Po czym odwrócił się i wyszedł bez pożegnania.
Nie wiem czemu, kompletnie wytrąciło mnie to z równowagi.
List okazał się równie dziwny, jak sposób, w który go dostarczono. Bez nazwisk. Bez adresu zwrotnego. Na kopercie stempel poczty mojego rodzinnego miasteczka, a w środku tylko dwa słowa: „Pomóż!”, podpisano „Mieszkańcy”.
Dlaczego zawsze, gdy dzieje się coś ważnego, spotykają mnie tak paranoiczne sytuacje?!
Pierdolę to!
Pierdolę listy z rodzinnego miasteczka!

P.S. Nie udało mi się znaleźć reprodukcji Modiglianiego, która dobrze by oddawała wygląd "mojego" listonosza. Publikuję więc portret Jeana Cocteau, (artysty, który zwykł mawiać o sobie "Jestem kłamstwem, które zawsze mówi prawdę" - nie wiem czemu mi się to przypomniało), ponieważ najlepiej ukazuje spojrzenie, którym mnie obdarzył (tzn. listonosz, a nie Cocteau).  

wtorek, 9 lutego 2016

WIELKA RZECZ!!!

Plan był taki – zakładam blog, a jeśli zdarzy się coś naprawdę ważnego, coś SPEKTAKULARNEGO, coś co uczyni moją fantastycznie rozwijającą się karierę jeszcze bardziej fantastyczną i rozwijającą się jeszcze lepiej -  robię pierwszy wpis. A potem...
Potem opisuję wszystko krok po kroku, trop po tropie... jak najdokładniej. Na tyle oczywiście, na ile to możliwe w mojej dość specyficznej sytuacji. Żeby tym razem nic się nie spieprzyło, żeby doprowadzić tę SPEKTAKULARNĄ RZECZ do szczęśliwego i nie mniej SPEKTAKULARNEGO finału.
I właśnie... STAŁO SIĘ!!!
Robię więc obiecany pierwszy wpis, bo wiem, że TO jest TO!, że TAKA SZANSA już się nie powtórzy!!!

P.S. No dobrze, moja kariera nie przebiegała - zwłaszcza ostatnio - tak wystrzałowo, jak można by wywnioskować z tego, co zostało powyżej napisane.
Ale teraz to się zmieni!!! Koniec obaw, że resztę życia spędzę na podglądaniu niewiernych małżonków lub kojeniu obsesyjnych lęków nadopiekuńczych mateczek, które nie potrafią odpuścić kontroli nad dorastającą latoroślą. Albo co gorsza poszukiwaniu zaginionych... psów. Tak, tak, tego typu „prestiżowe fuchy” też się trafiały w mojej znakomitej karierze. Cóż, trudno odmówić stałej klientce popadającej w depresję po stracie pupila. Fakt, można na takich zleceniach zarobić i to całkiem nieźle, czasem nawet lepiej niż nieźle - zwłaszcza na psie, babeczka zapłaciła lepiej niż za męża - wszystko zależy od poziomu paranoi i zasobności portfela zleceniodawcy. Jednak perspektywa dużej kasy to zbyt mało, by doświadczyć tego szczególnego uczucia, które pojawia się wyłącznie w chwilach prawdziwego zagrożenia. Nie żeby zaraz pchać się w sam środek ognia. Wystarczy zbliżyć się na tyle, by poczuć ciepło podpełzającej pod stopy czerwieni, a wraz z nim charakterystyczny przypływ energii. Uwielbiam ten stan. Jedna taka chwila warta jest więcej niż lata sytej, lecz bezbarwnej egzystencji strawionej na śledzeniu psów (swoją droga, to zabawne – tropić psa, czyli zwierzę tropiące), zbuntowanych nastolatków lub potencjalnie nielojalnych małżonków.
Wygląda jednak na to, że dni i tygodnie spędzone na wysłuchiwaniu paranoicznych podejrzeń oraz niczym nie uzasadnionych kwękań i smęceń nie poszły na marne. Jedna z moich klientek, perfekcyjna businesswoman, która w wyniku żmudnego i niezwykle kosztownego śledztwa otrzymała niepodważalne dowody na wierność swojego nieudacznego małżonka (Certyfikat Wierności, jak ja to nazywam), chyba przez wdzięczność, przyniosła mi ZLECENIE!!!
TO ZLECENIE!!!
Będzie i wielka kasa, i wielka sława, i wielka przygoda!!!
Już teraz czuję wypełniającą żyły, gorącą, pulsującą czerwień!

Szczegóły jutro. Dziś będę świętować!!! W tej chwili i tak nie mogę się skupić. Trzeba trochę schłodzić emocje, a świętowanie to jeden z najprzyjemniejszych i najbardziej skutecznych sposobów. Cudowne i pożyteczne, jak powiadał pewien psychoanalityk, choć raczej nie miał na myśli imprezowania.